Kościół bije jak dziewczyna*

Nikt przecież nie jest jawnym zwolennikiem przemocy wobec kobiet. Dlaczego zatem w kwestii, w której wszyscy powinni być zgodni, tej zgody nie ma? – o biskupach czytających Konwencję Rady Europy pisze Magdalena Chrzczonowicz. Mamy w […]


Nikt przecież nie jest jawnym zwolennikiem przemocy wobec kobiet. Dlaczego zatem w kwestii, w której wszyscy powinni być zgodni, tej zgody nie ma? – o biskupach czytających Konwencję Rady Europy pisze Magdalena Chrzczonowicz.

Mamy w tym sporze dwie strony: organizacje feministyczne i Kościół. Tradycyjnie: lewicę i prawicę, których poglądy z zasady się różnią. I choć niektóre kwestie, jak zapobieganie i zwalczanie przemocy wobec kobiet, wydają się dobrą okazją do wspólnego działania, spór wokół Konwencji pokazał, że na takie porozumienia nie można liczyć.

Głównym przeciwnikiem ratyfikacji Konwencji jest polski Kościół katolicki. To biskupi wyznaczają trendy myślowe oraz dostarczają argumentów innym organizacjom i instytucjom. Dlatego warto poddać analizie stanowisko Episkopatu z 9 lipca 2012 roku. Gdy w ostatnich dniach dyskusja rozgorzała na nowo, biskupi postanowili przypomnieć tekst sprzed dwóch lat.

fot. Phil Roussin / Flickr / CC BY-NC-ND 2.0
fot. Phil Roussin / Flickr / CC BY-NC-ND 2.0

Lektura dokumentu pozwala podejrzewać, że biskupi poddali analizie i krytyce inny tekst Konwencji niż ten, nad którym pracuje Sejm. A być może nie przeczytali żadnego tekstu, bo w stanowisku Episkopatu skrupulatnie pominięto to, co w Konwencji jest naprawdę istotne i z fantazją dopisano to, czego w niej nie ma. Resztę poddano dość swobodnej interpretacji.

Czy jest się czego bać?

„Art. 12 zobowiązuje sygnatariuszy do walki z dorobkiem cywilizacyjnym, traktowanym jako zagrożenie i źródło przemocy” alarmują biskupi. Uratować nas może lektura tego strasznego artykułu. Biskupi zapomnieli wspomnieć, że sygnatariusze zajmą się wykorzenianiem tylko tych zwyczajów, uprzedzeń i tradycji, które są oparte na „idei niższości kobiet”. Brzmi to już lepiej i nieco mniej kontrowersyjnie. Chyba, że panowie biskupi w skrytości ducha podejrzewają, że na idei niższości kobiet opiera się cały nasz dorobek cywilizacyjny, a więc także religia.

Religię zresztą zapis w artykule 12 litościwie pomija. W całej Konwencji słowa „religia” i „religijny” pojawiają się cztery razy. Raz, gdy autorzy tekstu zapewniają, że Konwencja zostanie wdrożona z poszanowaniem praw człowieka i bez dyskryminacji ze względu na jakikolwiek czynnik, w tym także religię. Tego Episkopat w swoim dokumencie nie dostrzegł. W kolejnych trzech przypadkach konwencja stwierdza, że religia, tradycja i kultura nie mogą być usprawiedliwieniem dla aktów przemocy. Nie ma nic o „wykorzenianiu” i „walce z cywilizacją”.

To jednak nie koniec biskupich strachów. Episkopat zaniepokojony jest faktem, że Konwencja „wprowadza definicję płci jako społecznie skonstruowane role (…) przy czym całkowicie pomija naturalne, biologiczne różnice pomiędzy kobietą i mężczyzną i zakłada, że płeć można wybierać”. W konwencji próżno szukać choćby słówka na temat “wyboru płci”. Pojawia się natomiast – znów pominięte przez Episkopat – określenie „płeć biologiczna”, w odróżnieniu od której autorzy konwencji definiują “płeć społeczno-kulturową”. Istnienie „płci biologicznej” nie jest zatem negowane, jednak w Episkopacie kontrowersje budzi już samo użycie określenia „płeć społeczno-kulturowa”.

Społeczne, czyli złe

Ten niepokój dziwi, bo stwierdzenie, że część zjawisk jest konstruowana społecznie i kulturowo, nie pachnie ani nowością, ani skandalem. Nietrudno też znaleźć dowody na poparcie tej tezy. W Internecie można było niedawno obejrzeć film „Like a girl”, zrealizowany przez firmę Always. Eksperyment zaprezentowany w filmie pokazuje, że określenie „robić coś jak dziewczyna” nabiera prześmiewczego znaczenia wraz z wiekiem badanego, czyli postępem socjalizacji. Dzieciom „robienie czegoś jak dziewczyna” nie wydaje się śmieszne. Na pytanie, co oznacza „biegać jak dziewczyna”, dziewczynka odpowiada: “najszybciej jak potrafię”.

To na to konwencja zwraca uwagę, odróżniając od “płci biologicznej” “płeć społeczno – kulturową”. Dzięki temu można zrobić krok w kierunku zapobiegania przyczynom przemocy, a nie tylko odpowiadać na jej skutki (co sugerują biskupi, pisząc o potrzebie budowy centrów pomocy dla ofiar).

(Fry)wolna interpretacja

Episkopat tej możliwości nie dostrzegł. Zobaczył za to, być może w ramach rekompensaty, „wybór płci”. Jak na złość, tego akurat w dokumencie Rady Europy nie ma. Wygląda na to, że choć Konwencja traktuje o przeciwdziałaniu przemocy, to biskupi w odpowiedzi na chybił trafił wymieniają to, czego nie lubią, mylnie sądząc, że ma to związek z tematem.

To jedyna hipoteza, która wyjaśnia, jak w dokumencie Episkopatu znalazły się osoby homoseksualne i transseksualne. Biskupi zupełnie dowolnie potraktowali temat „niestereotypowych ról płci”. Nie przyszło im do głowy, że to sformułowanie może dotyczyć choćby podziału obowiązków domowych. Dla hierarchów jedynym desygnatem “niestereotypowych ról płciowych” są homoseksualizm i transseksualizm.

Nie na temat

Choć homoseksualność i transseksualność na pewno nie są tematem Konwencji, to w wypowiedziach Episkopatu pojawiają się już bez względu na temat dyskusji. Dziwne jednak, że biskupi nie potrafili zastanowić się nad jakimkolwiek innym znaczeniem stereotypowych i niestereotypowych ról płciowych, na przykład takich, jak wychowanie dzieci. To dla dyskusji o Konwencji oraz dla samego Kościoła mogłoby mieć ogromne znaczenie.

Konwencja nie mogła stać się przedmiotem sensownej debaty, ponieważ jedna ze stron dialogu zinterpretowała dokument w całkowitym oderwaniu od tematu dyskusji. Porównując treść Konwencji z dokumentem przygotowanym przez Episkopat odnosi się wrażenie, że biskupi odpowiadają na pytania, których nikt nie zadał. Dowiedzieliśmy się raz jeszcze, czego polski Kościół nie lubi i czego się boi.
_
* Tytuł felietonu czerpie z tradycji społecznie konstruowanych stereotypów dotyczących płci.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa