Kontra: Teologia Polityczna Co Miesiąc, W Punkt

Teologia Polityczna Co Miesiąc Czy warto zastanawiać się nad liberalizmem w świecie, w którym jest on niemal wszechobecny? Czy podejmowanie tego tematu powoduje zachwianie pewności tych, którzy mieli w stosunku do niego określone wyobrażenia i […]


Teologia Polityczna Co Miesiąc

TPCMCzy warto zastanawiać się nad liberalizmem w świecie, w którym jest on niemal wszechobecny? Czy podejmowanie tego tematu powoduje zachwianie pewności tych, którzy mieli w stosunku do niego określone wyobrażenia i odczucia? Czy w ten sposób nie wytrąca się ich ze stanu samozadowolenia? Takie wrażenie można odnieść podczas lektury tekstów znajdujących się w nowym tytule na rynku mediów elektronicznych, czyli w „Teologii Politycznej Co Miesiąc”.

Jedno z prężniej działających środowisk konserwatywnych w Polsce postanowiło rozliczyć się z liberalizmem i to rozliczenie może zaskakiwać, w szczególności tych, którzy przyglądają się obiegowi idei w Polsce dość powierzchownie. W takim ujęciu wszyscy ci, którzy przyznają się do konserwatyzmu lub są do niego przypisywani, uchodzą za wrogów liberalizmu. Jak się dowiadujemy m.in. od Agnieszki Kołakowskiej wcale tak być nie musi, choć w warunkach naszego kraju nie jest to ani łatwe, ani częste.

Liberalizm w Polsce nigdy nie miał silnego zaplecza. Nie zmienią tego zaklęcia Łukasza Warzechy przedstawiającego I Rzeczpospolitą jako projekt realizujący jego założenia. Pozostawał on zawsze domeną nielicznych jednostek i niewielkich środowisk, takich jak Włodzimierz Spasowicz, Adam Krzyżanowski, Stefan Kisielewski, Mirosław Dzielski, Gdańscy Liberałowie czy osoby skupione wokół Centrum Adama Smitha. Niekiedy znajdował sojuszników wśród zdeklarowanych konserwatystów, w szczególności w kryzysowych momentach cywilizacyjnych. Szkoda, że głównie wtedy. Tak było w przypadku Mariana Zdziechowskiego, taki też obraz wyłania się z „TPCM”, choć trudno porównywać zagrożenie płynące z bolszewizmu i, pojmowanej po kojèviańsku, tyranii dzisiejszych polityków.

Oczywiście związki konserwatyzmu i liberalizmu są tak długie jak… konserwatyzm. Wszak ojciec tego nurtu, Edmund Burke, wywodził się z wigów, ówczesnych liberałów i protoplastów brytyjskiej Partii Liberałów, a jego poglądy były wymierzone w to, co dziś można byłoby nazwać właśnie kojèviańską tyranią. Tak więc stwierdzenie Marka A. Cichockiego, że „dzisiaj gotowy byłby raczej bronić liberalizmu niż z nim walczyć” nie jest niczym nowym w świcie idei, może zaskakiwać co najwyżej długi czas jaki musieliśmy na te słowa czekać. Taka liberalna korekta konserwatyzmu, albo jak kto woli konserwatywna korekta liberalizmu, jak to czynił m.in. Burke, jest nie tyle ujmą, co niezbędnym uzupełnieniem. O zagrożeniach, jakie niesie ze sobą czysty liberalizm, autorzy tomu napisali wiele, pamiętać trzeba jednak też o niefrasobliwości szlachetnego konserwatyzmu, któremu ostatnimi czasy w Polsce zdarzało się, używając określenia Stanisława Cata-Mackiewicza, zawierać „egzotyczne sojusze” i stawać w obronie zachowań, które nie przystoją konserwatystom.

Tak to wygląda z perspektywy historycznej. Natomiast jeśli przyjrzymy się aporiom liberalizmu i konserwatyzmu, dostrzeżemy, że liberalizm jest wyzwaniem, które niesie oczywiście problemy, natomiast konserwatyzm jest zadaniem, które trudno realizować w liberalnym świecie. Tak więc uczciwa refleksja konserwatystów nad liberalizmem jest niezwykle cenna, ale mąci spokój tych wszystkich, którzy pragnęliby łatwego i jasnego podziału, sieje zamęt zarówno wśród liberałów, jak i konserwatystów.

(PG)

W Punkt

W_Punkt_2Na rynku mediów elektronicznych niedawno pojawił się magazyn „W Punkt”, czasopismo społeczno-polityczne stworzone z myślą o iPadzie oraz przeglądarkach ePub i Mobi. Formatowi klasycznego tygodnika może być ciężko się przebić, biorąc pod uwagę wysyp magazynów internetowych. Chyba że ma do zaoferowania coś oryginalnego, czym może się naprawdę wyróżnić. „W Punkt” ma parę asów w rękawie.

Zacznijmy od wyglądu, bo dla wielu użytkowników iPada ma on olbrzymie znaczenie. Krótko mówiąc – „W Punkt” pozytywnie wyróżnia się estetyką. Na pozór layout jest pozbawiony większego polotu, jednak przy dłuższym zapoznaniu się z nim ujawnia konsekwencję grafiki, która umiejętnie łączy bauhausowską schludność, prostotę i funkcjonalizm z przewijającymi się tu i ówdzie dyskretnymi akcentami kolorystycznymi. Połączenie czcionki szeryfowej z bezszeryfową sprawdza się doskonale. Kolejnym miłym dodatkiem są wyświetlane po kliknięciu dodatkowe opisy do zdjęć oraz informacje o autorach. Grafika magazynu pod wieloma względami przypomina współczesne zegary ścienne niemieckiej firmy Junghans – z jednej strony nie poraża formą i nie wprawia w natychmiastowy zachwyt, z drugiej – po bliższym zapoznaniu budzi uznanie i sprawia bardzo miłe wrażenie. Gdzieniegdzie pojawiają się pewne niedociągnięcia, takie jak błędy w opisach czy drobne wpadki w DTP, lecz biorąc pod uwagę, że „W Punkt” dopiero wystartował, to po prostu nie wypada się tego czepiać.

Nie we wszystkich tekstach pojawiają się ilustracje tematyczne, a szkoda, bo dobór fotografii jest absolutnie bez zarzutu, a momentami wręcz zasługuje na medal (szczególną uwagę zwraca ilustracja do tekstu Konrada Siwickiego z numeru pierwszego). Choć portrety autorów dodają nieco osobistego wymiaru do tekstów, to w pewnych miejscach po prostu brakuje dobrego zdjęcia, które zarówno przyciągnęłoby uwagę czytelnika, jak i samo w sobie stanowiłoby pewną wartość. Choć minus jest to niewielki, to przy tak ładnych okładkach można by się spodziewać czegoś więcej niż tylko zgrabnie ułożonych linijek tekstu.

W magazynie zastosowano klasyczny przekrój gatunkowy rodem z czasopism papierowych. We „W Punkcie” znajdziemy zatem tematy od polityki poprzez kulturę i kulinaria aż po fragmenty literatury faktu i gospodarkę. Do samych tekstów zarzutu mieć nie można. Problem pojawia się jednak znacznie głębiej, bo już na etapie planowania numeru. Zabrakło mi bowiem tego… punktu, który mocniej spajałby część numeru konwencją i tematyką (internetowym multitaskerom poglądem tym narażę się na zarzut o bycie uwstecznionym dziadem, ale co mi tam). O ile uświęcona tradycja tematu numeru przewija się tu i tam w obu wydaniach, to w moim przekonaniu brakuje tu mocniejszego akcentu. Na dłuższą metę nie przeszkadza to jednak w lekturze, bo teksty nie dość, że są napisane dobrym językiem, to po prostu mają w sobie „to coś”, czego tak brakuje wielu internetowym publikacjom.

Z „gazety” bije młody duch, solidne dziennikarstwo i nader urodziwa grafika. Z pewnością ucieszy to niejednego użytkownika iPada. Ekipie magazynu życzę powodzenia i zdrowej konkurencji, wszak dobrej lektury (elektronicznej czy nie) nigdy za wiele.

(AW)

„Kontra” to cykl recenzji czasopism idei prowadzony przez redakcję „Res Publiki Nowej”, który powstaje w ramach programu
Partnerstwo Wolnego Słowa.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa