Konserwatywna polityka nie sprostała wyzwaniom demograficznym

Zachęty pieniężne w niewielkim stopniu przyczyniły się do zwiększenia dzietności w Polsce i na Węgrzech.


Zarówno Fidesz, jak i PiS wierzą, że promowanie tradycyjnych wartości i ograniczanie praw reprodukcyjnych doprowadzi do wzrostu liczby urodzeń, ale doświadczenie pokazało, że te przekonania są całkowicie chybione.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej wchodzą w fazę cyklu demograficznego charakteryzującego się niską dzietnością i wyższą średnią długością życia. Rządzących coraz bardziej absorbuje to zjawisko.

Dla konserwatywnych przywódców Węgier i Polski – którzy lubią przedstawiać swoje kraje jako bastiony tradycyjnych wartości i europejskiego dziedzictwa, przeciwstawiając je dekadenckiej, wielokulturowej Europie Zachodniej – fakt, że ich państwa podążają za tym samym wzorcem demograficznym, jest szczególnie niepokojący.

Problemy demograficzne

Dlatego nie powinno dziwić, że zachęcanie do prokreacji lub, parafrazując słowa Viktora Orbána, „pomoc Węgrom i Polakom w posiadaniu tylu dzieci, ile chcą” jest jednym ze wspólnych celów rządów Fideszu oraz Prawa i Sprawiedliwości. Ale podejście do demografii rządzących partii konserwatywnych w Polsce i na Węgrzech nakazuje im kierować się w polityce rodzinnej raczej partykularnymi wizjami narodów, niż rzeczywistymi potrzebami społeczeństw.

Hojne programy prorodzinne na Węgrzech, w tym ulgi podatkowe, preferencyjne linie kredytowe i inwestycje w instytucjonalną opiekę nad dziećmi, idą w parze z nieugiętym oporem wobec imigracji. Viktor Orbán nie chce, aby na Węgrzech rodziło się po prostu więcej dzieci, jego celem jest, by rodziło się więcej węgierskich dzieci.

Polski rząd, mimo niesławnego cytatu lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego określającego migrantów w szczycie kryzysu w 2015 r. jako „roznosicieli chorób”, jest mniej nieugięty w swoim oporze wobec migracji, choć do 24 lutego 2022 r. i inwazji Rosji na Ukrainę miał tendencję do postrzegania migracji do Polski wyłącznie przez pryzmat rynku pracy. Na krótko przed tym, jak setki tysięcy Ukraińców uciekających przed wojną zaczęły przekraczać granicę z Polską, rząd ogłosił uproszczenie procedur dla migrantów zarobkowych z pięciu krajów byłego ZSRR, w tym z Ukrainy i Białorusi. Zmiany te oznaczały, że obywatele tych krajów nie będą musieli co pół roku jeździć tam i z powrotem, aby przedłużyć wizy. Wystarczyło oświadczenie pracodawcy, aby udzielić im pozwolenia na pobyt do dwóch lat.

Niezależnie od tego, jak stanowcze są rządy Węgier i Polski w kwestii migracji, nawet większa liczba obcokrajowców nie wystarczy, by zrekompensować malejącą liczbę ludności rodzimej.

Polski Zakład Ubezpieczeń Społecznych oszacował w 2021 r., że aby utrzymać do 2030 r. obecną wysokość wskaźnika obciążenia demograficznego (stosunek liczby ludności w wieku nieprodukcyjnym do liczby ludności w wieku produkcyjnym), czyli 38 proc., Polska musiałaby przyjmować ponad 100 tys. migrantów w wieku produkcyjnym każdego roku, a łącznie w ciągu niespełna dekady musiałoby osiąść w Polsce prawie 1,8 mln osób w wieku produkcyjnym. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę bezprecedensową skalę przymusowej migracji z Ukrainy po 24 lutego, to liczby prognozowane przez ZUS są niemożliwe do osiągnięcia, gdyż dużą część populacji uchodźców z Ukrainy stanowią dzieci i emeryci.

Nawet gdyby konserwatywne rządy Węgier i Polski były najbardziej przyjazne migrantom z całego świata, polskie i węgierskie rynki pracy nie byłyby w stanie przyciągnąć wystarczającej liczby migrantów zarobkowych, aby utrzymać równowagę systemów emerytalnych i wskaźnik obciążenia demograficznego na obecnym poziomie.

Są oczywiście różne metody równoważenia systemów emerytalnych i zmniejszania obciążeń międzypokoleniowych. Można wydłużyć wiek emerytalny (działanie, które w Polsce spotkało się z ostrym sprzeciwem wielu osób, a który to sprzeciw został skutecznie wykorzystany przez PiS), można inwestować w usługi promujące współpracę międzypokoleniową na rynku pracy (np. poprzez kierowanie programów aktywizacji zawodowej do osób z każdej grupy wiekowej, a nie do osób w określonym wieku), czy też rozbudowywać programy pomocowe, które pomagają starszym obywatelom zachować aktywność bez konieczności przenoszenia się do placówek opiekuńczych. Wszystkie te środki mają pomóc obywatelom w utrzymaniu aktywności – zawodowej i w życiu prywatnym – po przekroczeniu formalnego wieku produkcyjnego oraz pomóc obywatelom w wieku produkcyjnym w pogodzeniu ich życia zawodowego z koniecznością jednoczesnej opieki nad starszymi rodzicami lub dziadkami oraz dziećmi.

Rządy Węgier i Polski nie wydają się być szczególnie zatroskane solidarnością międzypokoleniową. Zamiast tego zdradzają fiksację na punkcie podnoszenia wskaźników dzietności, tak jakby posiadanie większej liczby dzieci było jedynym kluczem do demograficznej przyszłości narodu. Pytanie brzmi jednak, na ile skutecznie realizują ten cel, nawet jeśli jest on nieco chybiony?

Odwrócenie nieuchronnego?

Węgry weszły w fazę spadku liczby ludności wcześniej niż Polska. Rok 1981 był ostatnim, w którym liczba ludności na Węgrzech wzrosła, po czym zaczęła spadać i skurczyła się w ciągu czterdziestu lat z 10,7 do 9,7 mln. W Polsce, po ogromnych stratach w czasie II wojny światowej, w okresie powojennym aż do końca XX wieku liczba ludności stale rosła, osiągając w 2001 r. szczytowy poziom 38,7 mln. Później zaczęła również zmniejszać się, jednak ubytek ludności był znacznie wolniejszy.

Aby uchwycić różnicę w tempie spadku liczby ludności w obu krajach, porównajmy ostatnią dekadę w Polsce i na Węgrzech. W 2021 r. Polska przeprowadziła swój ostatni narodowy spis powszechny, który wykazał 332 tys. mniej obywateli. W porównaniu z poprzednim, dziesięć lat wcześniej, ludność Polski skurczyła się o 0,9 proc. W 2010 r., kiedy Viktor Orbán odzyskał władzę, populacja Węgier była na poziomie 9,98 mln. W 2020 r., liczyła 9,73 mln. Oznacza to, że od momentu dojścia do władzy Fideszu populacja Węgier zmniejszyła się o 2,5 proc.

Rządy obu krajów mocno inwestowały w różne formy pomocy dla rodzin. Flagowy program rodzinny Prawa i Sprawiedliwości to Rodzina 500+, ale rząd rozszerzył również mniej znany program Maluch+, zainicjowany w 2011 r. Oferuje on dotacje do nowych miejsc w instytucjach opieki nad najmłodszymi dziećmi (w wieku do trzech lat).

Na Węgrzech rodziny mogą liczyć na miesięczny zasiłek rodzinny w wysokości 12 200 forintów (ok. 30 euro), jeśli mają jedno dziecko, ale wysokość zasiłku rodzinnego rośnie wraz z liczbą dzieci – rodziny z dwójką dzieci otrzymują 13 300 forintów (ok. 33 euro) na dziecko, z trójką dzieci 16 tys. forintów (39 euro) na dziecko itd.

Fidesz wprowadził także szeroki zakres ulg podatkowych i preferencyjnych kredytów hipotecznych dla rodzin z dziećmi. Na przykład od 2016 r. rodzina planująca posiadanie trójki lub więcej dzieci może otrzymać 10 mln forintów pomocy finansowej i kolejne 10 mln w niskooprocentowanych kredytach hipotecznych na nowy dom lub mieszkanie.

Według danych OECD za lata 2000–2019 świadczenia rodzinne mierzone jako procent PKB pozostawały znacznie powyżej średniej OECD, gdy Fidesz przejął władzę i wynosiły 3,38 proc., ale później stopniowo spadały do 2,57 proc. w 2018 r. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość wróciło do władzy w 2015 r., wydatki na świadczenia rodzinne gwałtownie wzrosły z 1,51 proc. w 2015 r. do 2,54 proc. w 2016 r., a następnie rosły bardziej stabilnie do 2,61 proc. w 2017 r. Oba kraje wydają obecnie znacznie więcej na świadczenia rodzinne niż średnia OECD, ale struktura ich wydatków jest inna – polska polityka rodzinna opiera się głównie na bezwarunkowych bezpośrednich transferach pieniężnych, podczas gdy węgierska pomoc dla rodzin wydaje się opierać bardziej na ulgach podatkowych.

Problem z nawet najhojniejszymi wydatkami na świadczenia rodzinne polega na tym, że niezależnie od ilości wydanych pieniędzy publicznych, nie wystarczą one, by przynieść oczekiwane przez rządy wskaźniki dzietności, nie mówiąc już o wzroście populacji. To prawda, że wskaźnik dzietności na Węgrzech wzrósł z 1,26 w 2010 r., do 1,52 w 2020 r., ale jak wykazano powyżej, nie zapobiegło to zmniejszeniu się populacji Węgier o 2,5 proc. w tym samym okresie.

Polski sukces z podniesieniem współczynnika dzietności był jeszcze bardziej ograniczony. W 2015 r., był na poziomie 1,29, wzrósł do 1,45 w 2017 r. i spadł do 1,38 w 2020 r., a potem dalej do 1,32 w 2021 r. Spadek liczby ludności był w Polsce wolniejszy niż na Węgrzech, ale według szacunków w ciągu najbliższych trzech dekad nabierze tempa. Z prognozy demograficznej Eurostatu EUROPOP2019 wynika, że do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 10 proc.

Wygląda na to, że skupiając się niemal wyłącznie na dzietności i powiększaniu rodzin, konserwatywne rządy w Polsce i na Węgrzech desperacko próbują odwrócić nieuniknione – i nie udaje im się to.

Profesor Irena Kotowska, czołowa polska ekspertka w dziedzinie demografii, nie pozostawia wątpliwości: w Polsce jest po prostu za mało kobiet w wieku reprodukcyjnym, aby podnieść wskaźnik dzietności do poziomu pożądanego przez rząd. Skuteczna polityka rodzinna może powstrzymać spadek dzietności, ale nie zdoła przywrócić wysokiej dzietności z lat 60. Społeczeństwa Węgier i Polski są po prostu zupełnie inne pod względem składu wiekowego, aspiracji i wzorców migracji niż 60 lat temu.

Nie oznacza to jednak, że nie można zrobić nic, aby zapobiec spadkowi dzietności, nawet jeśli nie da się całkowicie odwrócić trendu spadku liczby ludności. Doświadczenia z innych krajów, na przykład z Czech – ale także z dużych polskich miast, gdzie współczynnik dzietności do niedawna utrzymywał się powyżej średniej krajowej – pokazują, że kobiety są bardziej skłonne do rodzenia dzieci, gdy ich prawa reprodukcyjne są zabezpieczone, mają dobry dostęp do instytucji opieki nad dziećmi i możliwość pogodzenia życia rodzinnego z karierą zawodową.

Dwa odcienie autorytaryzmu reprodukcyjnego

Problem z konserwatywnymi przywódcami na Węgrzech i w Polsce polega na tym, że zamiast zrewidować politykę rodzinną, która nie działa, jeszcze bardziej fiksują się ideologicznie na wskaźnikach dzietności.

W październiku 2020 r. Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej de facto zakazał swoim orzeczeniem legalnej aborcji w Polsce. Ale zamiast podnieść wskaźniki dzietności, orzeczenie miało negatywny skutek. Według danych z narodowego spisu powszechnego, dzietność spadła nawet w miejscach, gdzie była powyżej średniej krajowej, jak w Warszawie. Lepszy dostęp do instytucjonalnej opieki nad dziećmi oraz lepsze perspektywy pogodzenia życia rodzinnego z karierą zawodową w dużych miastach zachęcały młode mieszkanki miast do posiadania większej liczby dzieci. Odebranie im praw reprodukcyjnych miało jednak natychmiastowy wpływ na poziom dzietności. W Warszawie współczynnik dzietności spadł z 1,5 przed wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego do 1,22 w 2021 r.

Węgrom daleko jeszcze do polskiego autorytaryzmu reprodukcyjnego. Aborcja do 12 tygodnia pozostaje legalna, ale od września 2022 r. lekarze mają obowiązek wykazać matce funkcje życiowe płodu, zanim przystąpią do przerwania ciąży. Następnie lekarz musi przedstawić pisemne potwierdzenie, że spełnił ten obowiązek.

Węgierska regulacja wydaje się być łagodna w porównaniu z drakońską polską ustawą, która dopuszcza aborcję tylko w sytuacji, gdy życie matki jest wyraźnie zagrożone. Nadal jednak opiera się na tym samym konserwatywnym myśleniu życzeniowym, zgodnie z którym moralny szantaż i zakazy powinny nakłaniać kobiety do posiadania większej liczby dzieci. Jaki będzie następny krok, gdy te środki nieuchronnie okażą się nieskuteczne?

Paweł Marczewski – stypendysta programu Marcina Króla. Kierownik jednostki badawczej Obywatele w ideaForum, think tanku Fundacji Batorego, członek Carnegie Civic Research Network i współpracownik Centrum Studiów nad Młodzieżą SWPS. Jest doktorem socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jego główne obszary zainteresowań to związki między zmianami demograficznymi a demokracją, ruchy społeczne, organizacje społeczeństwa obywatelskiego i sprawiedliwość społeczna. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł powstał w ramach programu współpracy głównych tytułów prasowych w Europie Środkowej prowadzonego przez Visegrad Insight przy Fundacji Res Publica. Tekst ukazał się w języku angielskim w Visegrad Insight.

Fot. Isaac Quesada / Unsplash.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa