Katecheza po polsku

Katecheza nie przestaje podgrzewać temperatury debaty publicznej. A to sporem o to, czy powinna w ogóle być nauczana w szkołach; kiedy indziej znów – czy powinna być wliczana do średniej; wreszcie – czy powinna być […]


Katecheza nie przestaje podgrzewać temperatury debaty publicznej. A to sporem o to, czy powinna w ogóle być nauczana w szkołach; kiedy indziej znów – czy powinna być wliczana do średniej; wreszcie – czy powinna być przedmiotem maturalnym. Wśród tego zamętu ginie właściwie pytanie – jak obecnie wygląda polska katecheza?

(CC BY-NC-ND 2.0) by keithr/ Flickr

Pytanie o jakość polskiej katechezy ginie, bo odpowiedź na nie może się nie spodobać. Nie ma co ukrywać: jej kondycja jest bardzo zła, a prognozy dla niej – przy utrzymaniu status quo – jeszcze marniejsze. Jeżeli w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” mówi o tym otwarcie prof. Henryk Samsonowicz – człowiek, który przywrócił nauczanie religii w szkołach ponad 20 lat temu – to najwyraźniejszy znak, że coś jest na rzeczy.

Zresztą, na kondycję katechezy maja wpływ czynniki niemające nic wspólnego z katechezą jako przedmiotem szkolnym. Społeczeństwo wciąż pamięta niefortunny sposób przywrócenia religii do szkół, tak jakby ukradkiem, po cichu, tylnymi drzwiami. W czasach, kiedy Polacy oczekują konsultacji w sprawie tak ważkich decyzji, jednostronność działań prof. Samsonowicza wzbudza nieufność. Co prawda, przez te wszystkie lata były minister edukacji zarzekał się, że nastąpiło to w odpowiedzi na powszechną, społeczną potrzebę. Być może tak było wtedy, ale co zrobić, jeśli społeczna potrzeba nie jest już tak powszechna?

Kolosalny wpływ na przebieg wielu lekcji katechezy miała jej nieobowiązkowość. Ponieważ przyjęto zasadę, że z wiary nikt nie może egzaminować, stopnie z religii nie wliczały się do średniej. Przerzucenie na rodziców decyzji o posyłaniu dziecka na religię połączone z rosnącą niechęcią młodzieży do tego przedmiotu stworzyło w szkołach dziwną przestrzeń, w której uczniów pełno, ale jakoby nikogo nie było.

Nie do przecenienia jest też publiczny wizerunek Kościoła i rola, którą wciąż odgrywa w polskiej debacie publicznej. Zdają sobie z tego sprawę młodzi, którzy są jej czujnymi obserwatorami. Nie zdaje sobie z tego sprawy Kościół, do którego jeszcze nie dotarło, że każde wizerunkowo wątpliwe posunięcie nie tylko obniża prestiż tej instytucji i jej przekazu, ale także katechezy, która jest tego przekazu ważnym instrumentem. Nie tylko w oczach dorosłych, lecz także młodzieży. Młodzieży może nawet przede wszystkim.

Wreszcie jest też problem katechezy jako przedmiotu szkolnego – z programem nauczania, podręcznikami, poziomem dydaktyki i ludźmi, którzy go nauczają.

 Katecheza – nie wiadomo, o co chodzi

Kiedy myślę o katechezie, którą miałam przez te kilka lat szkolnej edukacji, widzę przeważnie małą salkę z kiczowatymi obrazkami gdzieś w podziemiach szkoły; i to niezależnie od tego, czy była to szkoła podstawowa, gimnazjum czy liceum. Zmieniali się katecheci, podręczniki, tematy odrobinę poważniały, ale zawsze zostawało to samo – rozgadanie, rozleniwienie i obojętność niemalże całej klasy, bo przede wszystkim traktowało się katechezę jako przedmiot balansujący na granicy zbędności i archaicznych wymysłów Kościoła.

Ten cytat (wszystkie pochodzą z tekstu Miałem kilku katechetów opublikowanego w nr 10/2004 miesięcznika „W drodze”), choć oczywiście stanowi czyjąś subiektywną perspektywę, można uznać za reprezentatywny dla pokolenia, które pełną edukację odebrało już po 1989 roku. Nawet jeśli na drodze młodych ludzi stawali katecheci wyjątkowi, potrafiący porwać tłumy, to najczęściej jedynie na krótki czas. Nie sposób podejrzewać, że w 31-tysięcznej armii katechetów będą sami krasomówcy. Ale też rozmiar zadania, które postawił przed nimi Kościół, jest olbrzymi: katecheza trwa od przedszkola do ostatniej klasy liceum. Żaden inny szkolny przedmiot nie może się z nią równać pod kątem rozpiętości czasowej.

Mamy więc element edukacyjny towarzyszący młodemu człowiekowi przez znakomitą większość jego życia. To może rodzić nie tylko znużenie, lecz także problemy natury wychowawczej. – Zdarza się rzucanie kartkami papieru, wyzwiska, powiedzonka, nie tyle nawet skierowane do katechety, co przerzucane między sobą. Jest agresja, jest wulgarność, zdarza się, że walną sobie piwko przed lekcją – opowiada historie zasłyszane z rozmów z koleżankami i kolegami po fachu Tomasz Kogut, katecheta z 12-letnim stażem z II Liceum Ogólnokształcącego im. Mieszka I w Szczecinie. Przy czym od razu zaznacza, że te problemy nie dotyczą szkoły, w której pracuje (27. miejsce w tegorocznym rankingu liceów Perspektyw). – Jak jest kilku takich kumpli, to się nawzajem nakręcają. Katecheci mają największy problem z utrzymaniem dyscypliny. Do katechezy podchodzi się bardzo lekko, bo to takie niekonkretne, nie wiadomo, o co chodzi.

Linia podziału biegnie pewnie tak, jak w przypadku innych przedmiotów. W tzw. dobrych szkołach stosunek do katechezy, choć luźniejszy, nie jest generalnie zły. Natomiast w szkołach „gorszych”, jak to się zazwyczaj mówi, jest kiepsko. Kraj zbulwersowało w 2010 roku wydarzenie w jednej z krakowskich szkół, w której uczeń powiedział do katechetki zerżnę cię, k***. To oczywiście rzadkie ekstremum, ale z lektury samych doniesień medialnych można wywnioskować, że na katechezie problemy wychowawcze występują częściej niż na innych lekcjach.

Moje doświadczenie odnoszące się do lekcji religii prowadzonych przez świeckich katechetów również nie jest wesołe. Wydawali się oni niezbyt rozgarnięci. Jednak najbardziej nie dawali sobie rady z utrzymaniem porządku na zajęciach. Byli za słabi. Dawali sobie wejść na głowę. Dochodziło do tego, że niektórzy z nich, płacząc, uciekali z sali lekcyjnej.

Studia wyższe, co dziś już uznajemy za oczywistość, słabo przygotowują do zawodu nauczyciela od strony wychowawczej. Problem dotyczy więc uczących wszystkich przedmiotów, ale ciążyć będzie tym, którzy są najbardziej narażeni na ekscesy na lekcjach.

Kontrargument dla monofizytyzmu

Stąd już krótka droga do odbioru katechez jako zajęć na niskim poziomie, na których nie tyle nic nie trzeba robić, co po prostu nie warto. Nic nie może jednak usprawiedliwić kiepskiego poziomu katechezy w szkołach. Nauczyciele w większości są słabo wykształceni. Ukończyli teologię, ale nie wiedzą, jak prowadzić lekcję. Stąd wielu katechetów wyciąga wniosek, że konieczne są jakieś urozmaicenia. Realizacja tych wniosków pozostawia wiele do życzenia, bo często sięga się po środki, które może spodobałyby się na oazowym kółku, ale niekoniecznie trafiają do ogółu uczniów. Próbowali niefortunnie uatrakcyjniać lekcje — a to przez przymusowe śpiewanie piosenek oazowych odpowiadających poziomem dzieciom ze szkoły podstawowej, a to przez odgrywanie mało śmiesznych scenek z księdzem w roli głównej, a to przez aranżowanie lekcji szczerości.

Ksiądz z gitarą śpiewający Misericordia Domini in aeternum cantabo zdecydowanie nie przynależy do arsenału środków, którymi powinno się powszechnie urozmaicać katechezę. Dominikanin, ks. prof. Andrzej Potocki, który w swoim dorobku wiele refleksji poświęcił nauczaniu religii w szkołach, mówi tak:

Treści katechetyczne wypada pokazywać uczniom – zwłaszcza młodzieży – jako odpowiadające ich potrzebom. Aktualnym i przyszłym. Tak, by uchronić katechezę przed traktowaniem jej na wzór przedmiotów, których dotychczasowy kształt dydaktyczny przechodzi do historii. A przynajmniej ma stopniowo przechodzić.

Innymi słowy, nie ma już powrotu do szkoły herbertowskiej, gdzie nauczyciel przez 45 minut stoi i wygłasza odczyt. Z bardzo prostej przyczyny: do szkół trafia zupełnie inny uczeń niż kiedyś, wychowany na telewizji, internecie, gdzie komunikaty formułuje się zupełnie inaczej niż na wykładach i w książkach. Treści się upraszcza i urozmaica nie dlatego, że młodzież jest coraz głupsza, ale dlatego, że jest inna. Wiatr zmian nie omija nawet lekcji WF-u, o których także się mówi, że ich program warto byłoby uatrakcyjnić. Takie debaty nie odbywają się jednak wokół lekcji katechezy.

A szkoda, bo cele dydaktyczne, które episkopat stawia przed 30-tysięczną armią katechetów, są nad wyraz ambitne. Zgodnie ze znowelizowaną podstawą programową z 2010 roku na poziomie gimnazjalnym uczeń m.in. Prezentuje przyczyny i przebieg schizmy wschodniej, ocenia okoliczności powstania i działalność inkwizycji, charakteryzuje postawy intelektualne oświecenia, zwłaszcza deizm i racjonalizm, oraz zauważa ich antychrześcijańskie nastawienie oraz przedstawia w sposób syntetyczny rozwój nauczania kościoła w okresie soborów trydenckiego i watykańskiego I.

Oprócz tego uczeń interpretuje znaki i symbole liturgiczne oraz postawy występujące podczas liturgii, charakteryzuje poszczególne okresy liturgiczne i interpretuje teksty modlitw eucharystycznych. I chociaż podstawa programowa uwrażliwia, że dorastanie to okres burzliwych zmian i kwestionowania prawd objawionych, niemniej jednak 16-latek powinien umieć wyjaśnić wartość czystości w różnych okresach życia, uzasadnić świętość życia ludzkiego i ocenić postawy moralne związane z przeżywaniem niedzieli, jak również opisać związek Kościoła z życiem narodu polskiego.

W liceum nie jest lepiej. Pośród licznych umiejętności, które nabędą przyszli maturzyści, są m.in. formułowanie argumentów katolickich wobec współczesnych nurtów nawiązujących do gnozy, arianizmu, monofizytyzmu, nestorianizmu i manicheizmu, uzasadnienie, dlaczego Polacy są nazywani narodem maryjnym, charakteryzowanie współczesnych nurtów myślowych związanych z negacją prawdy, zauważając ich antychrześcijańskie nastawienie, a nawet uczą się uzasadniać działalność misyjną ad gentes.

Udręczniki

Lektura podstawy programowej nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że w zamyśle twórców odbiorcą ma być osoba religijnie zaangażowana i z tej perspektywy trudno dokumentowi stawiać zastrzeżenia. Faktycznie, osoba na progu dorosłości powinna znać kalendarz liturgiczny i rozumieć modlitwy eucharystyczne, aby nie siedzieć na mszy jak na tureckim kazaniu. Problem polega jednak na tym, że na katechezę nie trafiają tylko tacy ludzie. Przeciwnie – grupa docelowa stanowi mniejszość nauczanych.

Stąd, zwłaszcza pod adresem tej części katechezy, która ingeruje w kwestie światopoglądowo wrażliwe, pada zarzut ordynarnej indoktrynacji. – Młodzi mają potrzebę wiedzy o religii, o jej miejscu w kulturze, w tym również poważnej, kompetentnej wiedzy o religii katolickiej. Niemniej jednak młodzież nie chce katechezy kościelnej i nie odpowiada im taka jej formuła, to jasno wynikało z badań kondycji religijnej i moralnej gimnazjalistów – mówi prof. Józef Baniak, religioznawca z Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Kluczową rolę w realizacji programu nauczania pełnią podręczniki, a tych na polskim rynku jest zatrzęsienie – dla samych szkół ponadgimnazjalnych to ponad 110 pozycji. W 2010 roku ks. prof. Jan Szpet, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza i autor podręczników do religii (odmówił wypowiedzi do niniejszego artykułu) opublikował wyniki badań ankietowych przeprowadzonych wśród katechetów z całego kraju, którzy odpowiadali na pytania związane z używanymi przez nich podręcznikami.

21% katechetów w podstawówkach stwierdziło, że podręczniki powinny zostać dostosowane do możliwości intelektualnych ucznia, 17,7% wymagało poprawy szaty graficznej, a 8,9% skrócenia tematów. W gimnazjach 14,6% respondentów oczekiwałoby poprawy szaty graficznej, 12,5% dostosowania do możliwości intelektualnej ucznia, a 14,6% dostosowania do sytuacji wiary ucznia.

Na poziomie gimnazjalnym ujawniają się też problemy z doktryną, bowiem 15,6% nauczycieli uznało za koniecznie uzupełnienie podręczników o Mały Katechizm, zaś 9,4% dodania informacji o roku liturgicznym.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w liceum, gdzie ponad połowa, bo aż 53,6% katechetów życzyłoby sobie dodania materiałów ewangelizacyjnych, 10,7% chciałoby dostosowania do możliwości intelektualnych ucznia i następne 10,7% postuluje poprawę szaty graficznej.

Część katechetów przyznaje więc, że treści podręczników do religii są trudno przyswajalne. Marcin Zwierżdżyński, doktorant w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, o podręcznikach do katechezy (zaznacza, że to tylko jego prywatna opinia i że dotyczy tylko podręczników poziomu ponadgimnazjalnego): – Kiedyś czytałem numer „W drodze”, gdzie nazwano je „udręcznikami”. Lektura niektórych materiałów jest męcząca nawet dla mnie, osoby obytej z terminologią. Są przeintelektualizowane i przeteologizowane. Zresztą, mogę to powiedzieć o wszystkich badanych przeze mnie podręcznikach, nie tylko rzymskokatolickich.

Z jednej strony w podręcznikach można znaleźć passusy, których nie powstydziłby się Piotr Lombard, z drugiej zaś ustępy zdradzające nieufny stosunek autorów do popkultury, tj. wyjaśnianie, że AC/DC to tak naprawdę Anti Christ/Dead Christ i zadawanie retorycznych pytań, co uczniowi daje lektura takich pism jak „Bravo”, „Dziewczyna” czy „Popcorn”. Intencja tych dociekań zapewne jest chwalebna, ale czy aby na pewno powinny odbywać się na katechezie? (Z prośbą o rozmowę na temat podręczników i dydaktyki katechezy zwróciliśmy się do specjalistów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wszyscy odmówili.)

(…)

 

Fragment artykułu, który ukazał się w najnowszym numerze Res Publiki Nowej „Boże igrzysko” dostępnej w dobrych księgarniach i naszym sklepie internetowym. Polecamy.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa