Stańko: Jestem fanem różnorodności

W Polsce straciliśmy pragnienie różnorodności. Wszyscy chcą dostosować się do jednego wzoru, a to bardzo źle. Tylko różnorodność zapewnia bogactwo, rozwój i dobrobyt.


Anna Wójcik: Kiedy w latach 50. grano free jazz, tylko o nielicznych mówiono, że zajmują się twórczością. Obecnie coraz częściej przymus kreatywności dotyka różnych grup, niekoniecznie artystów. Co dzisiaj oznacza bycie kreatywnym?

Tomasz Stańko: Przede wszystkim dzięki Internetowi o wiele łatwiej jest teraz czerpać z wielkiego potencjału rozwiązań wypracowanych przez poprzednie pokolenia. Mając łatwy dostęp do archiwów, do olbrzymiej zgromadzonej wiedzy, łatwo można dojść do wniosku, że wszystko dzisiaj w pewien sposób musi być wtórne, bo co można dodać w muzyce klasycznej po dodekafonii? Dzisiaj włącza się też do muzyki różne działania parateatralne, ale to robił już przecież Bogusław Schaeffer. Wszystko zostało powiedziane, dlatego w sztuce zaczyna dominować model kolażu. Z drugiej strony, pojawiają się nowe asocjacje, również ze względu na szybkość i łatwość przepływu informacji. Najpiękniejsze i najbardziej dla mnie cenne są właśnie te nieoczekiwane międzykulturowe połączenia. Fuzja starej japońskiej muzyki z brzmieniem afrykańskim, przefiltrowane przez wrażliwość artysty mieszkającego, powiedzmy, w Nowym Jorku, jest bez wątpienia kreatywna. Ale z drugiej strony przez ten sam szybki przepływ informacji świat staje się coraz bardziej jednorodny.

Istnieją jednak miejsca, w których mamy lepsze warunki do tworzenia nowych rozwiązań, światowe centra kreatywności. Co możemy zrobić, żeby Polska stała się takim twórczym tyglem?

Od Ur przez Babilon, Ateny aż po Nowy Jork tymi kreatywnymi ośrodkami zawsze były miejsca przepływu i spotkania ludzi. Wydaje mi się, że Polska ponownie się nim staje. W mojej branży polski rynek jest bardzo ceniony i artyści o niego zabiegają, co stało się trochę przez przypadek: ze względu na stosunkowo najmniejsze w Bloku Wschodnim naciski cenzury, w Polsce była najbardziej rozwinięta zarówno produkcja, jak i konsumpcja muzyki jazzowej. To tu grał Komeda. W związku z tym mocno zaznaczyła się jazzowa publiczność, krytycy i promotorzy. Do tej pory ten rodzaj muzyki jest w Polsce popularny, a przez to liczy się na świecie. Oczywiście, sukces zależy też od tego, jaki ktoś reprezentuje poziom. Dzisiaj nie jest już tak trudno pojechać do światowych centrów, ale trzeba mieć tam coś wyjątkowego do pokazania. Ja sam, choć zawsze podziwiałem Milesa Davisa czy współczesnych kompozytorów, wiedziałem, że nigdy ich nie przegonię. Dlatego musiałem stworzyć coś własnego i to w tym być najlepszy. Milesa mogę dla słuchać i dla przyjemności grać w domu. Ale uważam, że nie można po prostu kopiować czyichś pomysłów, bo nigdy się ich nie przegoni.

Uniwersytet Stanforda wprowadził obowiązkowe zajęcia z creative expression dla studentów wszystkich kierunków, aby z Palo Alto uczynić „Florencję XXI wieku”. Jakie zmiany w systemie edukacji w Polsce mogłyby wpłynąć na ogólny wzrost kreatywności?

To ciekawe, Florencja XXI wieku, ale jednak Florencja, czyli nawiązanie do przeszłości. Niespecjalnie znam się na systemach edukacyjnych. Muzyka, którą gram, zawiera w sobie element samokształcenia, dlatego jestem wielkim jego zwolennikiem. Oczywiście, w przypadku muzyków na początku warto wybrać się na uczelnię, uczyć się u profesorów czy chodzić na kursy mistrzowskie, ale to dopiero umiejętność samokształcenia pozwala mi budować własny język, Tomasza Stańko jako artystę.

Jednocześnie jako artysta oczywiście twierdzę, że sztuka jest najtańszą formą rozwoju społeczeństwa. Koniec końców, kiedy policzy się nakłady, kultura okazuje się najtańsza. A jej wpływ jest widoczny! Dlaczego nie umożliwiać publiczności w mniejszych miastach posłuchania dobrych zespołów? Należy kalkulować ceny, liczyć się z budżetami, wbrew pozorom jazz wcale nie jest taki drogi, zwłaszcza w porównaniu z kosztem dużych popowych imprez. Po co organizować w małych miasteczkach darmowe koncerty rockowych zespołów trzeciej kategorii? Lepiej już posłuchać za darmo disco polo. Zresztą ludzie sami taką muzykę sobie kupują i nie ma tym nic złego.

A kiedy w grę wchodzą publiczne pieniądze?

Z publicznych pieniędzy powinno się dotować zespoły ambitniejsze. Na wnętrze odbiorcy, nawet nieprzygotowanego, zawsze lepiej niż ta płytka będzie działać muzyka, głębsza, bogatsza, trwalsza. A tymczasem mamy podstarzałych rockmanów, którzy gardzą zespołami disco polo i to właściwie całkowicie bezpodstawnie.

Nie chcę być kategoryczny, nie wiem, które rozwiązanie jest najlepsze. Kiedy dorastałem, mówiono, że Chopin powinien trafić pod strzechy. Ta koncepcja nie wypaliła. Mam przeczucie, że zainteresowanie muzyką musi wyjść spod tych strzech, ludzie sami muszą zdecydować. Jednak jestem przekonany, że łatwiejszy w odbiorze i bardziej satysfakcjonujący jest zawsze produkt wysokiej próby, nawet jeśli nie jest to oczywiste od samego początku. Wierzę w publiczność – ona wie najlepiej, ma instynkt. Musi jednak dostać świetny produkt, bo łatwo się zniechęca, gdy podsuwa się jej wyłącznie produkt kiepski, nie odpowiadający jej z wielu przyczyn, których nie zawsze jest świadoma.

Podczas Jazzowej Jesieni w Bielsku-Białej doskonale przyjmuje się nawet najbardziej skomplikowana, wymagająca w odbiorze muzyka freejazzowa. Bielsko-Biała w polityce kulturalnej stawia na muzykę od lat. Grywali tam Kilar, Penderecki, Górecki. Dzisiaj są dwa festiwale jazzowe, festiwal muzyki religijnej i organowej i inne wydarzenia. Dlatego jest tam wyrafinowana publiczność. Tylko konsumpcja różnorodnej muzyki umożliwia wyrobienia sobie własnego gustu i otwartości na to, co nowe czy mniej oczywiste.

 

Tomasz Stańko / fot. Magdalena Ławniczak
Tomasz Stańko / fot. Magdalena Ławniczak

Po skomponowaniu muzyki dla Muzeum Powstania Warszawskiego, kolejny raz komponuje pan na zamówienie kluczowej instytucji kultury w Polsce. Suita Polin została zaprezentowana w czasie otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich. Jaka to muzyka?

To moja, jazzowa muzyka, przystosowana do zamówienia, ale nie za pomocą cytatów czy bezpośredniego nawiązania do historii muzyki żydowskiej. Podczas realizacji wszystkich zamówień przechodzę pewną drogę, staram się wnikać w głąb, szukać powiązań, wykonuję solidną duchową pracę. W suicie Polin chciałem zaznaczyć, że na tej ziemi Żydzi byli tak samo długo jak Polacy, że to jest tak samo ich ziemia. W rezultacie mamy muzykę o typowej dla mnie melodyce i harmonice, może nieco bardziej osadzoną w jazzowym rytmie ze względu na skład, z którym gram – zaangażowałem słynnego saksofonistę Raviego Coltrane’a, pianistę Davida Virellesa, kontrabasistę Dezrona Douglasa i młodego perkusistę Kusha Abadeyego. Wydaje mi się, że trafiłem w atmosferę. Nie mogę tego wytłumaczyć, mam to szczęście, że muzyka jest abstrakcyjna i że mogę wyrazić siebie za pomocą dźwięków. Mogę tylko dodać, że aby tę muzykę napisać głęboko i poważnie, bardzo starałem się przeżyć – to chyba najlepsze słowo – historię opowiadaną w Muzeum.

Muzeum pokazuje Polskę, która nie musi być homogeniczna. 

Wspaniale byłoby do tego powrócić. Niestety odnoszę wrażenie, że w Polsce straciliśmy pragnienie różnorodności. Wszyscy chcą dostosować się do jednego wzoru, a to bardzo źle. Tylko różnorodność zapewnia bogactwo, rozwój i dobrobyt. Przedstawiciele mniejszości mają odmienne doświadczenia, myślą i działają nieco inaczej, dlatego mogą zaproponować inne, czasem lepsze, rozwiązania problemów, które dotykają wszystkich. Taka rozszerzona perspektywa jest bardzo cenna. Warto porównać, jakich odpowiedzi na ten sam problem udzielą gej, lesbijka, Żydówka, Koreańczyk. Im bardziej pomieszane społeczeństwo, tym silniejsze, pewniejsze siebie, bogatsze. Ta siła płynie z różnorodności doświadczeń.

W rozmowie z Dorotą Wodecką ocenił Pan, że „to od mutantów wszystko zależy. Nie od średniej. Średnia jest od produkowania mutantów”. W jaki sposób wykreować wybitne jednostki? 

Nie chodzi o jednostki wybitne, ale o mutacje. To kwestia przypadku, tak samo jak w przypadku ewolucji. Ryby, które wyszły na ląd, które czołgały się z płetwami, były odmieńcami. Instynktownie lubimy wyrzutków, na przykład romantyzujemy kloszardów. Genialność ewolucji polega na tym, że świat jest popychany do przodu przez wyrzutków. Inaczej wszyscy byliby tacy sami, całkowicie nieodporni na jakąkolwiek zmianę zewnętrznych warunków. „Normalsi” i odmieńcy są tak samo ważni, chociaż to mutanci zaczynają nowe cykle.

Przez długi czas miałem poczucie pewnej ciągłości, ale nowy cykl z pewnością nastał z pojawieniem się internetu, który w nieprawdopodobny sposób ułatwił wiele rzeczy i umożliwił nowe połącznia. Wciąż nie wiemy, jakie będą tego efekty. Dzisiaj wchodzę na YouTube i wiem, jak grają muzycy, których chcę zaprosić do współpracy. Wszystko wydaje się dostępne – i to dostępne od ręki. Z drugiej strony zmieniają się zwyczaje, ludzie mają możliwości techniczne i ekonomiczne, żeby żyć osobno i robią to, czy nam się podoba, czy nie. Ale nie jestem pesymistą. „Single” w wielkich miastach, wbrew temu, co sugeruje nazwa,  w większości przypadków wcale nie żyją „pojedynczo”. Nie są samotni, mają kontakt z innymi i żyją z nimi pełnią życia. Wirtualnie i w dużych miastach wszyscy jesteśmy razem, z tym, że jest to nieco inny typ bycia razem. Mamy wybór. Jesteśmy bardzo różnorodni, dlatego trudno jest nam się dobrać.

Okazuje się, że niekiedy różnorodność bywa utrudnieniem.

W muzyce to bez wątpienia zaleta. Różnorodność jest dla mnie kluczowa podczas każdego castingu do zespołu. Jestem odpowiedzialny za angaż muzyków, dokonuję orkiestracji.

Rodzaj muzyki, który gram, daje dużą wolność. Kiedy współpracuję z najlepszymi muzykami, nie muszę im niczego narzucać. Potrzebuję jedynie dobrej, silnej kompozycji, która wskaże zakres, w którym będziemy się poruszać. Chociaż już w momencie wyboru członków zespołu mogę przewidzieć, w którą stronę pójdzie dalsza kompozycja. Jestem fanem różnorodności. Do tej pory nie grałem w zespole z kobietą, czego żałuję. Kobiety grają zdecydowanie inaczej. Jest wiele dobrych, interesujących artystek, które wnoszą nowy typ brzmienia. Z jednej strony dodają coś miękkiego, ale z drugiej są też takie osoby jak perkusistka Terri Lynn Carrington, która ma ogromną siłę, a mimo tego wnosi inną subtelność niż jakiś macho.

A kobiety w polityce?

No świetne! Jak wy zaczniecie rządzić, to nie będzie wojen. Honor, ten barbarzyński relikt, przestanie się liczyć. Bardzo czekam, aż Hillary Clinton zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych i będzie rządziła tym mocarstwem, jednocześnie twarda jak skała i elastyczna.

 

Rozmowa została przeprowadzona dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.

12. Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej : 11-16 listopada 2014 | NOWE WYMIARY

Dwunasta edycja międzynarodowego festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej pod dyrekcją artystyczną Tomasza Stańko, w tym roku potrwa 5 dni: 11-15 listopada. Szóstego dnia festiwalu odbędzie się koncert jazzu tradycyjnego.
Tegorocznymi gwiazdami Jazzowej Jesieni są: Tomasz Stańko, Gary Burton, Bill Frisell, Louis Sclavis, Tord Gustavsen, Joe Lovano, Mark Turner, Giovanni Guidi & Gianluca Petrella, Joe Lovano & Dave Douglas Quintet.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa