Jakbym stała przed bogiem i wyznawała grzech

Der Ganze Weg Kristin Berget to niezwykły utwór o wolności, którą osiąga się, „zapominając imię własnej płci”. Jest to zaledwie druga książka w dorobku Berget, ale na tyle oryginalna i czysta w tonacji, frapująca i […]


Der Ganze Weg Kristin Berget to niezwykły utwór o wolności, którą osiąga się, „zapominając imię własnej płci”. Jest to zaledwie druga książka w dorobku Berget, ale na tyle oryginalna i czysta w tonacji, frapująca i śmiała, że nie dziwi jej nominacja do nagrody Europejski Poeta Wolności. Co więcej, wydaje się, że żaden z dotychczas nominowanych tomów nie miał w sobie tyle świeżości i literackiej odrębności, ile ma ta niewielka książeczka, pozbawiona nawet spisu treści.

Płeć jest tylko fazą w człowieczeństwie

Maria Komornicka

Berget pisze teksty niemające początku, końca ani centrum. Rezygnuje z tytułów, tych kotwic dla wierszy, eliminuje też znaki przestankowe. Frazuje z przemyślaną niekonsekwencją, urywa utwory w miejscach nieprzewidywalnych: czasem dwie odrębne formuły spotykają się na jednej stronie, kiedy indziej jeden motyw ciągnie się przez kilka utworów niczym fragmentaryczny poemat. Autorka, wprowadzając taką swobodę frazy, zdecydowała się równocześnie na niezwykłą oszczędność języka: na przykład kolory w tomie są zubożone do kilku podstawowych – czarny, biały, czerwony, żółty, zaś miasta i wieś, o których pisze (choćby wymienione z nazwy: Paryż, Berlin, Warszawa), nie przybierają żadnego realnego krajobrazowo i obyczajowo kształtu. Poszarpane pauzami wersyfikacyjnymi utwory norweskiej poetki pokazują język w ruchu, który – podobnie jak poezja Krystyny Miłobędzkiej – szuka nowej formy, swojego miejsca; opowiada o losach kobiety i mowy, skrępowanych regułami i z nich się wyrywających oraz o pewnej podróży wewnętrznej. Według Georgesa Pouleta „zrozumieć dzieło to pozwolić bytowi, który je napisał, objawić się dla nas w nas”. Berget objawia się jako podróżująca w swoim wewnętrznym kobiecym czasie i w przestrzeni, która nie jest materialna, ale staje się miejscami na mapie umysłu, gdzie wracamy wiedzeni wspomnieniami, bólem, rozkoszą, przywiązaniem.

Książka Berget została opublikowana w Polsce przez wydawnictwo słowo/obraz terytoria w graficznej oprawie tyleż eleganckiej, co niewchodzącej w interakcję z samą treścią książki. Tymczasem na okładce norweskiego wydania tomu nie bez powodu umieszczono archetypicznego Czerwonego Kapturka, stojącego na brzegu lasu w towarzystwie znanego nikczemnika – Wilka. Nie wiemy, czy to na życzenie samej Berget, czy też z inicjatywy wydawnictwa pojawił się tam taki obraz, tak czy owak, podkreśla on, a nawet wydobywa, sensy zawarte w książce. Bo czyż nie jest to książka o kobietach, wokół których (i we wnętrzu których) krążą drapieżniki? Biały niewinny strój dziewczynki na okładce zakłóca czerwona chustka – jak twierdził Bruno Bettelheim, symbol dojrzewania, przeobrażania się seksualnego, wkraczania w kobiecość. Seksualność wystawia nas na pastwę Innego, który kryje się na zewnątrz lub w nas samych. Stworzeni nie jako istoty całkowite, pełne, skończone, ale wymagające dopełnienia, zaspokojenia, zostajemy wystawieni na pastwę tego, co przychodzi z zewnątrz lub z naszego środka. Wilk z okładki ma zadziorne, ciekawe spojrzenie. Jego różowy język współgra z różowymi policzkami dziewczynki. Miękka łapa, w której kryją się pazury, ledwie oddziela się od ciemności. Nie sposób mu nie ulec, kimkolwiek lub czymkolwiek jest.

O ile zaistnieli w języku polskim znakomici poeci, tacy jak Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Edward Pasewicz czy Adam Wiedemann, którzy podjęli w swoich wierszach temat miłości mężczyzny do mężczyzny, homoerotycznych relacji z mężczyznami, o tyle ciągle nie ma równie świetnej poezji napisanej przez kobietę o miłości do innej kobiety. Wciąż ma się wrażenie, że ta część doświadczenia pozostaje pod kneblem kultury bądź też jeszcze nie pojawiła się polska poetka, której talent pozwalałby wypracować własny styl i odrębny język dla mówienia o tym. Kristin Berget niejako zastępczo – bo przyniesiona z innego kraju, innej kultury – wypełnia w języku polskim tę lukę. Pisze z ujmującą śmiałością zarówno o doświadczeniach autoerotycznych kobiety („onanizowałam się w słońcu”, „twojemu ciału brakowało właściwości / ssałaś brodawki aż stały się sztywne aż / stałaś się penisem w erekcji”), jak i o doświadczeniach i fantazjach homoerotycznych („Wciskam się w twoją otwartą buzię / pracuję systematycznie w stronę podniebienia / Napełniam cię moim fikcyjnym nasieniem”). „U mnie nie ma żadnej intymności” – pisze prowokacyjnie norweska poetka, równocześnie tworząc szalenie intymne wiersze: kameralne, śmiałe erotycznie, celowo dwuznaczne lub całkowicie jednoznaczne seksualnie. Wiersze, których jeszcze nie było w polskiej literaturze i które przyswoiła dla niej tłumaczka Justyna Czechowska, z powodzeniem wynajdując język mówiący o najdelikatniejszych i najśmielszych kobiecych sprawach. Po lekturze Berget nikogo nie trzeba przekonywać, że – jak pisała Virginia Woolf – to, co się dzieje między kobietami w pustym pokoju, jest fascynujące oraz że ciało to nadwyżka znaczenia, która umożliwia tworzenie.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa