Jak zostałem partyzantem-ogrodnikiem

Ekohodowla drobiu w centrum Brukseli, mobilna kuchnia, odzyskiwanie ulic, guerilla gardening - Piotr Bielski opowiada, co poznawali i czym zajmowali się aktywiści i aktywistki z całej Europy podczas spotkania sieci ruchów miejskich Urban Platform. A […]


Ekohodowla drobiu w centrum Brukseli, mobilna kuchnia, odzyskiwanie ulic, guerilla gardening – Piotr Bielski opowiada, co poznawali i czym zajmowali się aktywiści i aktywistki z całej Europy podczas spotkania sieci ruchów miejskich Urban Platform. A dalej pokazuje, jak brukselskie inspiracje przeniósł na grunt warszawskiej Pragi.  Zielona rewolucja postępuje.

Wyjazd do Brukseli to nic, czym warto się chwalić. Zwłaszcza w Warszawie, gdzie codziennie spotykam kogoś, kto właśnie wrócił z Indii, Peru, Iranu czy choćby Albanii. Dziś każde dziecko, by zdać do gimnazjum, musi umieć pokazać na mapie, gdzie jest miasto będące naszą unijną stolicą. Metropolia ze szklanymi domami nowej Europy, przez którą przepływa rzeka euro. Bruksela to miasto ważne, ale nudne i zdecydowanie użytkowe. Jeżdżą tam stale nasi politycy, biznesmeni, liderzy NGO-sów, by coś załatwić,  lobbować za czymś, czego się nie załatwi już w powiecie ani na Wiejskiej. Jeżdżą tam rzesze kobiet z Podlasia, głównie po to, by czyścić te błyszczące szyby i zmieniać pieluchy przyszłym creatives i executives, ale o tym się nie mówi, bo wielki świat ze swoja Historią zazwyczaj przykrywa  mniejsze historie.

Para osłów na miejskiej farmie w Brukseli, fot. PB

Ja zaś, zamiast oglądać unijne kolosy, wolę posłuchać, jak panie spod Siemiatycz kupują rajstopy czy ziemniaki od zakrytych chustami muzułmanek  na wielkim bazarze przy głównej stacji kolejowej  Gare de Midi. Prawdziwy, żywy bazar z takimi samymi okrzykami, jakie można usłyszeć w mieście Meksyk, Teheranie czy na tureckim bazarze na berlińskimi Kreuzbergu. Kiedyś też mogłem usłyszeć je w Łodzi, zanim w imię nowoczesności i unijności postawiono wielkie hale targowe i strażników miejskich.  Zastanawia mnie, dlaczego głównym zabytkiem i symbolem Brukseli jest sikający chłopiec sprzedawany w różnej wielkości i po różnej cenie. Tak jak we włoskim Loreto widziałem Jana Pawła II, Benedykta XVI i ojca Pio od 10 cm do 2 metrów w cenach 15-1000 euro – podobnie tutaj, tyle tylko, że bohater jest trochę mniej święty. I nikt nie wnika dlaczego on tak publicznie, na co, czy też na kogo.

 ***

Trafiłem do Brukseli nie po to, aby lobbować, ale jednak w ściśle określonym celu. Brałem udział w spotkaniu sieci ruchów miejskich Urban Platform. Aktywiści i aktywistki z 17 krajów Europy od Bośni po Irlandię pokazywali, czym się zajmują i prowadzili wiele praktycznych warsztatów, poczynając od tworzenia toreb ze starych parasoli i dętek, konstruowania ruchomych kuchni ze starych rowerów,  używania bomb nasionowych, po tańczenie przed bankami. Miałem okazję poznania Brukseli podziemnej, nieodkrytej, czasem nawet konspirującej. Spotykaliśmy się w budynku dawnej księgarni w pobliżu Rue de Wiertz w dzielnicy zdominowanej przez instytucje unijne. Od zewnątrz namalowane drzewa, jakieś hasła o tym, że utopie są potrzebne, bo pokazują, w jakim kierunku mamy zmierzać. W środku dużo rowerów. Modne ostatnie składaki i jak zwykle niezawodne miejskie holendry. Rower można było pożyczyć i w ten sposób poznawać miasto.

Ukryta hodowla kur w centrum Brukseli, fot. PB

Wybraliśmy się na spacer po mieście. Taki cycling tour, ale odpowiednio sprofilowany. W samym centrum miasta, kilka przecznic od Mannekin Pis znajdujemy płot odgradzający jakąś plombę między kamienicami. Pewnie Stasiuk by się ucieszył z takiej drobnej enklawy bałkańskiego tudzież wschodnioeuropejskiego chaosu w centrum ładu. Zatrzymujemy się przy tym. Nasz przewodnik Ralf mówi: „słuchajcie, tutaj jest teren, który zaskłotował mój przyjaciel Jeroen. On tam  hoduje kury, kaczki i gęsi, dopóki nie zagnieździ się tu jakiś deweloper i nie postawi jakiegoś banku czy czegoś w tym stylu. Zawołamy go, jeśli jest, to do was wyjdzie, o ile nie jest nie jest zbyt zajęty”.  Ralf wspina się na parkan ogrodzenia, woła: „Jeroen!” i słyszę jakąś krótką wymianę zdań w języku flamandzkim. „Wiecie, co Jeroen dziś nie jest zbyt w humorze, by opowiadać ani wpuścić nas na teren, ale zgodził się, że możecie rzucić okiem przez płot”. Wspinam się i uzyskuję wizualne potwierdzenie, w środku stolicy Europy znajduje się całkiem prężnie działająca, jakkolwiek ad hoc zaskłotowana drobna ekohodowla drobiu.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa