Jak Polska traci demokrację

PiS nie odpuści propagandy, nie da spokoju mediom i uczelniom. To od nich zależy, czy utrzyma się u władzy.


Pogłębianie polaryzacji społecznej i manipulacja przestrzenią informacyjną – to kluczowe elementy, które pozwalają utrzymać się przy władzy zarówno populistom, jak i nowym autokratom. Znamy to z Polski, znamy też z Węgier, Turcji czy Rosji. Dzięki tym narzędziom, autokraci mogą przez lata liczyć na popularność społeczną, tolerancję wobec łamania zasad demokracji i mobilizację wyborców. Oczywiście, dopóki uda im się zachować cały system w korzystnej dla siebie równowadze. 

Te specyficzne, nowe formy rządów opisali niedawno zagraniczni naukowcy. Raport Backsliding. Democratic Regress in the Contemporary World o regresie demokracji w kilkunastu państwach na świecie (w tym w Polsce) opublikowali, na platformie Cambridge University Press, Stephan Haggard i Robert Kaufman – amerykańscy ekonomiści polityczni.

Z kolei Sergei Guriev, ekonomista pracujący na uczelniach we Francji i w Anglii oraz Daniel Treisman, politolog z University of California, stworzyli teorię o „informacyjnych autokracjach” jako nowej formie autorytaryzmu. Ich prace pozwalają zrozumieć sytuację, z którą mamy do czynienia w Polsce. 

Szybciej niż na Węgrzech

Haggard i Kaufman porównali stan demokracji w kilkunastu państwach na świecie. W oparciu o międzynarodowy monitoring określili poziom swobód obywatelskich, niezależności sądów najwyższych, integralności procesu wyborczego, kontroli mediów przez państwo oraz polaryzacji społecznej. Zapewne nikogo nie zaskoczy, że w Polsce w latach 2015–2020 spadły wartości wszystkich tych wskaźników. Ale na tym nie koniec: nasza sytuacja pogorszyła się bardziej niż w Stanach Zjednoczonych za czasów Donalda Trumpa, bardziej niż na Węgrzech, Ukrainie czy nawet w Rosji. Jak podkreślili naukowcy, Polska bardzo szybko upodobnia się do Węgier pod rządami Viktora Orbána. 

Eksperci wyliczyli to szczegółowo. Według ich danych, wskaźniki erozji demokracji wyglądają następująco: 

  • niezależność Sądu Najwyższego (liczona według skali od 0 do 4 punktów, gdzie 0 – pełna niezależność, a 4 – pełna zależność): w Polsce (2015–2019) – spadek o 1,16 punktu; na Węgrzech (2010–2019) – spadek o 0,62 punktu; w Rosji (1999–2017) – spadek o 1,19 punktu. Jak widać, pięcioletnie zmiany w Polsce w tej przestrzeni prawie dorównują poziomowi zmian w Rosji, i to z ostatnich 18 lat. 
  • niezależność mediów (według skali od 0 do 4 punktów, gdzie 0 – rutynowa cenzura, a 4 – rzadka ingerencja państwa w media): w Polsce (2015–2019) – spadek niezależności mediów o 1,82 punktu; na Węgrzech (2010–2018) –- spadek o 0,95 punktu; w Rosji (1999–2019) – spadek o 2,02 punktu. 
  • poziom swobód obywatelskich (według skali od 0 do 4 punktów, gdzie 0 – wysokie represje wobec obywateli, a 4 – brak represji): w Polsce (2015–2019) – spadek o 1,22 punktu; na Węgrzech (2010–2019) – spadek o 1,08 punktu; w Rosji (1999–2019) – spadek o 1,72 punktu.
  • integralność systemu wyborczego (łącznie ze zmianami personalnymi w instytucjach wyborczych polegających na zastąpieniu osób niezależnych od partii rządzącej osobami z nią związanymi; według skali od 0 do 4 punktów, gdzie 0 – brak autonomii, a 4 – wysoka autonomia instytucji wyborczych): w Polsce (2015–2019) spadek o 1,3 punktu; na Węgrzech (2010–2018) – spadek o 1,04 punktu; w Rosji (1999–2016) – spadek o 1,02 punktu. 

Nasze wyniki są więc gorsze niż węgierskie i niebezpiecznie zbliżają się do poziomu rosyjskiego. Na szesnaście przebadanych państw znaleźliśmy się na czwartym miejscu, jeśli chodzi o najwyższy regres kluczowych elementów systemu demokratycznego. Możemy się pocieszać, że jeszcze gorzej jest w Turcji, Macedonii i Wenezueli…

Do tego dochodzi skrajnie wysoka polaryzacja społeczno-polityczna. Okazuje się, że Polska ma jedno z najbardziej spolaryzowanych społeczeństw w Unii Europejskiej. Przy czym niestety, te podziały wciąż podsycają politycy. Wystarczy przypomnieć o niedawnym zaostrzeniu przepisów prawa aborcyjnego przez obecny Trybunał Konstytucyjny (pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej), czy o wykorzystaniu tematu osób LGBT przez partie prawicowe w czasie kampanii wyborczych.

Dopóki wojna trwa…

Skąd to polityczne zaangażowanie w pogłębianie polaryzacji? Otóż sprzyja ona wzrostowi popularności autokratów, daje też większą tolerancję społeczną na odstępstwa od demokratycznych reguł. Podzieleni wyborcy widzą w konkurentach partyjnych prawdziwych wrogów. I tak też ich traktują. A akceptacja dla bezpardonowego rozprawiania się z wrogami jest zazwyczaj wysoka. Panuje powszechne przekonanie, że w czasie wojny obowiązują inne prawa niż w czasie pokoju, więc demokrację można chwilowo odłożyć do lamusa, byle tylko pokonać wrogów i ogłosić zwycięstwo. Teoretycznie wtedy można będzie wrócić do wcześniejszych zasad. Ale co zrobić, jeżeli wojna trwa non stop?

To dlatego PiS używa wojennej retoryki. Słuchając jego polityków można odnieść wrażenie, że oni stale walczą, i to na wielu frontach: z Unią Europejską (o budżet, niesłuszne decyzje dotyczące praworządności, szczepionki przeciwko COVID–19 etc.), z tzw. „sędziowską kastą”, z Niemcami (o reparacje), z protestującymi kobietami („bo atakują kościoły”), osobami LGBT („bo chcą zniszczyć polską, tradycyjną rodzinę”), kobietami („bo chcą mordować nienarodzone dzieci”). O powodach tej walki mówił wprost prezes Jarosław Kaczyński, w słynnym internetowym wystąpieniu podczas protestów kobiet w październiku 2020 r.: „Ten atak jest atakiem, który ma zniszczyć Polskę. Ma doprowadzić do triumfu sił, których władza w gruncie rzeczy zakończy historię narodu polskiego, tak jak dotąd go żeśmy postrzegali. (…) Brońmy Polski, brońmy patriotyzmu i wykażmy tutaj zdecydowanie i odwagę”.

A ojczyzny broni się przecież za wszelką cenę, nie patrząc na demokratyczne reguły i niepisane obyczaje. Ważne, by wygrać. O tym, że nie ma żadnej wojny, że wciąż żyjemy w tej części Europy, w której nie toczą się żadne walki, zdają się już pamiętać nieliczni.

Polaryzacja oddziałuje jednak na wszystkie strony sporu. Radykalizują się obywatele identyfikujący się z każdą opcją polityczną i u wszystkich rośnie tolerancja na działania antydemokratyczne. Ta sytuacja nie zakończy się w Polsce razem z rządami Prawa i Sprawiedliwości. Trzeba będzie wielkiego wysiłku, by przywrócić demokrację nie tylko w państwie, ale i w naszych głowach, zmienić sposób myślenia o tym, co dopuszczalne, a co nie, ponownie wyznaczyć granice dla zachowań, które w prawdziwej demokracji nie mogą mieć miejsca. 

Informacyjne autokracje

Retoryka wojenna pozwala wyborcom oswoić się z nową sytuacją na poziomie psychologicznym: dokonują normalizacji nadużyć i dają przyzwolenie na łamanie zasad demokracji, ponieważ chcą obronić swój kraj przed zniszczeniem. Autokraci szybko to wykorzystują (jak widzimy z porównań, w Polsce wyjątkowo szybko) – naruszają niezależność sądów, niszczą mechanizmy kontrolne państwa i niezależność systemu wyborczego, osłabiają opozycję. Starają się też kontrolować przestrzeń informacyjną. W Polsce najnowszym symbolem tej kontroli stało się mianowanie przewodniczącym Rady Programowej Polskiego Radia Marka Suskiego, posła PiS, a jego zastępczynią – Małgorzatę Gosiewską, posłankę PiS. 

Kontrola informacji nie musi dziś wyglądać tak, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu w rozmaitych dyktaturach czy w państwach komunistycznych: oficjalna cenzura, likwidacja niepokornych mediów, kary więzienia dla dziennikarzy, zakazy publikacji. Nowi autokraci dbają o swój wizerunek – tego typu represje stosują więc rzadziej i mniej jawnie, wolą presję ekonomiczną. Sergei Guriev i Daniel Treisman tę formę autorytaryzmu nazwali informacyjną autokracją. I choć badacze nie monitorowali Polski, ich ustalenia doskonale opisują sytuację w naszym kraju. „W ostatnich dziesięcioleciach dyktatury oparte na masowych represjach w dużej mierze ustąpiły miejsca nowemu modelowi, opartemu na manipulacji informacjami. Zamiast terroryzować obywateli i w ten sposób zmuszać ich do poddania się władzy, »informacyjni autokraci« sztucznie zwiększają swoją popularność, przekonując opinię publiczną, że są kompetentni” – piszą Guriev i Treisman. W tym celu autokraci wykorzystują propagandę, manipulują informacjami oraz uciszają lepiej poinformowane osoby, które mogłyby udowodnić, że rządzący wcale kompetentni nie są.

Bo to zła elita jest!

Za kluczowy element systemu naukowcy uznają balans między dwiema grupami społecznymi: niezainteresowaną polityką większością a mniejszościową grupą obywateli, lepiej poinformowanych o rzeczywistej sytuacji politycznej (badacze używają dla niej określenia „elita”). Dopóki krytyczny przekaz elity na temat władzy nie przebija się do większości, dopóty autokraci mogą spokojnie rządzić. Robią więc wszystko, by odizolować ogół społeczeństwa od lepiej poinformowanych. Po pierwsze, starają się osłabić elitę, a część jej członków po prostu kupić, oferując rozmaite korzyści osobiste. Po drugie, manipulują przekazem płynącym od elity, by do większości dotarł on w formie zniekształconej, za to korzystnej dla władzy. Po trzecie, podważają wiarygodność intelektualnych autorytetów – oczywiście tych, na które nie mają wpływu. 

Dokładnie tak wygląda to w Polsce. Krytyczne napięcie między polskimi elitami a „suwerenem” stale podtrzymują rządzący oraz zależne od nich media. Wystarczy przypomnieć, do jakiego poziomu rozbudzono emocje, skierowane przeciwko kilkunastu aktorom, którzy zaszczepili się przeciwko koronawirusowi poza kolejnością. Mimo niejasnej sytuacji, w jakiej do tego doszło, zrzucono winę bezpośrednio na artystów (a potem także na uczelnię, do której należała poradnia szczepiąca ich), robiąc z nich ludzi, myślących wyłącznie o sobie i odbierających szczepionki „ludowi”. Jednocześnie wyciszano przypadki szczepień poza kolejnością wśród członków partii rządzącej, a także pomijano milczeniem pytanie, kto z najwyższych rangą polityków Zjednoczonej Prawicy już się zaszczepił. 

Ataki na wykształcone elity są znakiem rozpoznawczym rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pierwsze z nich miały miejsce już w latach 2005–2007, czyli za czasów pierwszych rządów tej partii. Jeśli przyłożymy model informacyjnej autokracji do tego rodzaju działań, stanie się jasne, że celem tych ataków jest zabezpieczenie się władzy przed sytuacją, w której elita mogłaby zdobyć uwagę większości. 

Media niezbędne dla popularności rządzących

Drugi ważny element, który pozwala funkcjonować informacyjnej autokracji, to kontrola mediów. I znów – w Polsce wszystko pasuje do opisywanego modelu. Najpierw rządząca partia uczyniła tubę propagandową z mediów publicznych oraz zapewniła możliwość bezproblemowego funkcjonowania zaprzyjaźnionym z rządem mediom prywatnym (choćby przez wpływy z reklam spółek Skarbu Państwa). W drugiej kadencji rządów PiS okazało się jednak, że w czasie kryzysu, wywołanego pandemią, ten system nie wystarcza. Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że traci kontrolę nad przekazem. Państwowy Orlen kupił więc media regionalne od niemieckiego koncernu Polska Press. Ma to pomóc rządzącym w zachowaniu popularności wśród społeczeństwa. Przy czym, nie chodzi tu o popularność taką, jaką ma np. piłkarz Robert Lewandowski. Wystarczy, że władza będzie się wydawała bardziej wiarygodna i sympatyczniejsza niż elita i system będzie działał.

Informacyjna autokracja zależy od dwóch zmiennych: wielkości grupy poinformowanej (w stosunku do ogółu społeczeństwa) oraz wpływu rządzących na media (w celu kontroli przekazu docierającego do większości). 

Zazwyczaj elitarna grupa jest na tyle duża, że nie opłaca się stosować wobec niej zbyt brutalnych represji (jak w klasycznych dyktaturach sprzed kilkudziesięciu lat), bo te osłabiłyby wizerunek władzy, która chce się prezentować jako kompetentna, a nie brutalna. Ale jednocześnie jest to grupa zbyt mała, by zwalczyć dominację państwa w przestrzeni informacyjnej. Tak jak w Polsce.

W krajach funkcjonujących według tego modelu, rzeczywista demokratyzacja może nastąpić, gdy wzrośnie grupa wykształconych i poinformowanych lub kiedy wśród ogółu społeczeństwa dojdzie do demobilizacji wyborczej. Autokraci zrobią więc wszystko, by do tego nie dopuścić. Uczelnie i media – to one są dziś solą w oku rządzących. W tej perspektywie łatwo zrozumieć nominację kontrowersyjnego Przemysława Czarnka na stanowisko ministra edukacji i nauki, wzmacnianie państwowej propagandy i próby osłabienia kluczowych mediów niezależnych (ich przekaz dociera do dużej liczby obywateli, co może zachwiać równowagą). W żadnej z tych dziedzin PiS nie odpuści – bo nie może. To kwestia przetrwania, partyjnego być albo nie być. Ponieważ PiS chce dalej rządzić, będzie dociskał rozchwiany system. I liczył na to, że sytuacja się ustabilizuje, oczywiście w sposób korzystny dla władzy.

 


Anna Mierzyńska, specjalizuje się w marketingu sektora publicznego, kreowaniu wizerunku, PR-e  i mediach społecznościowych. Prowadzi blog poświęcony tematyce kreowania wizerunku w sieci oraz analizom zjawisk społecznych w sieci: https://mierzynska.marketing/. Bada również zjawiska społeczne w mediach społecznościowych.  Działa marketingowo na rzecz instytucji publicznych, uczelni wyższych i  organizacji pozarządowych. W swej karierze realizowała kampanie wyborcze, planowała strategie wizerunkowe i przekazowe w mediach tradycyjnych i społecznościowych, odpowiadała za kontakty z mediami.

 

Fot. sinitta-leunen, Unsplash

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa