JABŁOŃSKA: Przyczajony tygrys, ukryty smok w Europie

Chińska miękka i ostra siła coraz bardziej obecna jest w krajach europejskich. Czy jesteśmy na to gotowi?


Pokonały epidemię, zamiast się jej poddać, wspomogły innych, zamiast myśleć tylko o sobie – w czasach koronawirusa Chiny konsekwentnie budują swój pozytywny wizerunek. A tym, którzy z uporem powtarzają, że wszystko przecież zaczęło się w Wuhan, sugerują zadawać pytanie: czy aby na pewno?

Dziennik „Global Times”, tuba chińskiej propagandy, donosił niedawno, że już na początku listopada i grudnia ubiegłego roku we Włoszech pojawiły się przypadki „nieznanej odmiany zapalenia płuc z bardzo podejrzanymi symptomami”. Czyli pandemia zaczęła się we Włoszech? A może w Stanach Zjednoczonych? „To tak zdumiewające, że zmieniło mój pogląd na wiele rzeczy, w które wierzyłem” – napisał na Twitterze Lijian Zhao, jeden z rzeczników chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, polecając artykuł, który miał dowodzić, że pandemia zaczęła się w USA. Oficjalnie Chiny zgłosiły do WHO pierwsze przypadki choroby w mieście Wuhan pod koniec grudnia ubiegłego roku. Naukowcy twierdzą jednak, że nowy koronawirus pojawił się tam dużo wcześniej. East StratCom, unijna grupa zajmująca się dezinformacją, podaje liczne przykłady spotykanej dziś w sieci prochińskiej narracji związanej z COVID-19. Zgodnie z nią Chiny, a zwłaszcza Xi Jinping, wykonały znakomitą pracę w zahamowaniu epidemii, za co Zachód powinien być im wdzięczny. Wskazane byłyby też przeprosiny pod adresem chińskiego narodu, gdyż kraje zachodnie wykorzystywały wirusa, podsycając antychińskie nastroje.

Numer pt. Bitwa o suwerenność dostępny w naszej księgarni.

Szef unijnej dyplomacji Josep Borrell zwrócił uwagę, że Chiny podejmują teraz „agresywne” próby pokazania, że, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, są wiarygodnym partnerem. Takim, który pospieszył z pomocą Unii Europejskiej, gdy ta nie była w stanie sama poratować krajów członkowskich i dla której chiński sprzęt medyczny jest dziś na wagę złota. Nie jest to oczywiście sprzęt oferowany na „ładne oczy”. Tylko Hiszpanii Chińczycy sprzedali materiały sanitarne za ponad 430 milionów euro. Z chińskiej oferty zaopatrzenia medycznego skorzystała także m.in. Litwa, Serbia, Włochy, Polska i Czechy. W Pradze pierwszy samolot z respiratorami i maseczkami witany był z honorami. Na lotnisku Vaclava Havla pojawił się premier Andrej Babisz, minister spraw wewnętrznych Jan Hamaczek i ambasador Chin Zhang Jianmin. „Wspólnie budujemy chińsko-czeski most przyjaźni” – napisała później chińska ambasada w Pradze. Dała jednocześnie do zrozumienia, że liczy, iż epidemia stanie się okazją do poprawy relacji czesko-chińskich. „Trzeba przyznać, że Pekin wykorzystuje ten kryzys, by poprawić sobie PR” – mówi mi Rudolf Fürst z Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Pradze. A szef unijnej dyplomacji przestrzega, że „polityka hojności” Chin to część boju o wpływy w Europie.

Walka o dobry wizerunek ChRL i promocja korzyści wynikających ze współpracy z nią rozpoczęły się dawno przez pandemią COVID-19. Państwo Środka od lat stosuje metody, które mają zapewnić jak największą rzeszę zwolenników i kształtować środowisko przychylne jego interesom. Wraz z coraz większym zaangażowaniem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, naturalna stała się potrzeba, by także i tutaj prezentować się w jak najlepszym świetle, a przez to ułatwiać współpracę polityczną, i – może przede wszystkim – gospodarczą. „Chińczycy wybierają kraje, w których toczy się walka o wpływy z USA i innymi mocarstwami” – zauważa Kristen Lee z Centre for a New American Security, współautorka raportu nt. chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku.

By osiągnąć swoje cele ChRL od lat używa narzędzi soft power: prowadzi Instytuty Konfucjusza, wspiera organizacje pozarządowe, inwestuje w media, finansuje stypendia naukowe. Coraz częściej jednak stosuje także dezinformację (kwalifikowaną jako „siła ostra”, czyli sharp power). Według ekspertów, Chińczycy działają w tym zakresie trochę subtelniej niż Rosjanie, jednak podobnie jak dla Moskwy, nie liczy się dla nich prawda, lecz wpływ na realizację swoich interesów. „To nie jest sygnał alarmowy, to jest wezwanie do broni” – grzmiała niedawno unijna komisarz ds. wartości i transparentności Vera Jourova, przestrzegając przed Rosją i Chinami, które „aktywnie używają dezinformacji i innych metod ingerencji, by podważać europejską demokrację”. Ostrzeżenie z Brukseli popłynęło jeszcze zanim w Unii rozszalał się koronawirus, a z nim prochińskie, alternatywne narracje.

Numer internetowy Państwo obnażone.

Wspomniany już Lijian Zhao to jeden z wielu wysokich rangą chińskich urzędników, który aktywnie działa w mediach społecznościowych, by tam odczarowywać obraz Chin. Jego profil na Twitterze obserwuje dziś ponad 530 tys. osób. Aktywne konta na tym portalu ma wiele ambasad i dyplomatów ChRL na świecie. Wśród krajów V4 najliczniej obserwowane są konta placówek w Warszawie – prawie 1,3 tys. osób – oraz w Budapeszcie – ponad 1,4 tys. osób. Do tego dochodzą profile pracowników chińskich mediów jak „Global Times” czy „China Daily”, którzy walczą o przychylne postrzeganie Chin, zwłaszcza teraz, gdy wizerunek kraju został nadszarpnięty przez kryzys związany z koronawirusem, a wcześniej przez brutalną politykę wobec protestujących w Hong Kongu czy represje wobec Ujgurów w Sinciangu. „Połączenie oficjalnego, masowego przekazu ChRL z bezpośrednią interakcją w mediach społecznościowych pomaga dotrzeć do części zagranicznych użytkowników z chińskim punktem widzenia na sytuację międzynarodową i wewnętrzne sprawy Chin” – pisze w swojej analizie Marcin Przychodniak, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Według eksperta, Chiny będą rozszerzać i udoskonalać zakres swojej propagandy m.in. przy użyciu mechanizmów sztucznej inteligencji, czy wykorzystując chiński serwis TikTok, umożliwiający udostępnianie filmów. „Ze względu na antydemokratyczny przekaz działania, ChRL może stać się zagrożeniem dla jakości społeczeństwa informacyjnego w UE” – uważa Przychodniak.

Według organizacji Reporterzy Bez Granic (RSF) Chińczycy dążą do kontroli informacji poza swoimi granicami przez stworzenie „nowego, światowego porządku medialnego”. Cel ten chcą osiągnąć przez kupno reklam, infiltrację zagranicznych mediów, szantaż czy przejmowanie udziałów na lokalnych rynkach medialnych. Z raportu Bloomberg News z 2018 r., na który powołuje się RSF, wynika, że w ostatniej dekadzie Chiny zainwestowały około 3 miliardów euro w media na Starym Kontynencie. W Grupie Wyszehradzkiej najbardziej rzuca się w oczy sytuacja na czeskim rynku, gdzie Chińczycy mają udziały w dwóch grupach medialnych Medea i Empresa Media, do której należy m.in. Barrandov TV, znana nie tylko z cotygodniowych rozmów z prezydentem Miloszem Zemanem, ale także z przychylnego nastawienia do Chin.

W Czechach Chińczycy mają cennych sprzymierzeńców także w biznesie. W grudniu ubiegłego roku media ujawniły, że firma kontrowersyjnego miliardera Petra Kellnera finansowała kampanię promującą chińskie interesy. Grupie finansowej PPF zarzuca się także opłacanie działalności instytutu badawczego Sinoskop, który miał równoważyć krytykę pod adresem Chin w czeskiej debacie publicznej. „Wydaje się, że główną motywacją Kellnera w tym przedsięwzięciu było zapewnienie swojej firmie stabilnej pozycji na chińskim rynku przez okazanie lojalności wobec chińskich decydentów i kultywowanie w Czechach środowiska biznesowo eksperckiego przychylnego wobec polityki Pekinu” – uważa Alicja Bachulska z Ośrodka Badań Azji Centrum Badań nad Bezpieczeństwem Akademii Sztuki Wojennej, autorka raportu o miękkiej sile Chin w Grupie Wyszehradzkiej.

O tym jak bardzo Chińczycy próbują stosować soft power w Czechach świadczy także zamieszanie wokół Czesko-Chińskiego Centrum na Uniwersytecie Karola w Pradze. Ośrodek co prawda działa od 2016 roku, ale dopiero pod koniec ubiegłego roku wywołał skandal, gdy czescy dziennikarze śledczy ujawnili, że wydarzenia organizowane przez ośrodek zostały sfinansowane przez Ambasadę ChRL w Pradze. Centrum zostało zamknięte, a jego szef zmuszony do rezygnacji. Rudolf Fürst uważa jednak, że zarzuty o prochińską narrację Centrum nie są do końca uzasadnione. „Moje osobiste doświadczenie, a brałem udział w dwóch seminariach, nie potwierdza tych zarzutów, żaden Chińczyk nie brał w nim udziału, a dyskusja była bardzo otwarta i krytyczna” – mówi Furst. Dodaje jednocześnie, że „brak przejrzystości w finansowaniu Centrum przez ambasadę ChRL był problemem”.

Numeru internetowy Tak umierają wolne media

To nie pierwszy przypadek, gdy Chiny próbują wpływać na środowisko naukowe w Grupie Wyszehradzkiej. Robią to od lat, finansując stypendia naukowe czy zakładając na europejskich uczelniach Instytuty Konfucjusza, kontrolowane przez chińskie Ministerstwo Edukacji. Choć ich oficjalnym celem jest promocja chińskiej kultury i języka poza granicami kraju, to tematyka kursów oferowanych przez Instytuty Konfucjusza czasem odbiega od oficjalnie przyjętych ram, by zapędzić się w tematykę polityczną, co, jak zauważa Alicja Bachulska, „wzbudza niepokoje, że ich treść w gruncie rzeczy odzwierciedla oficjalne stanowisko KPCh, jednocześnie ograniczając swobodę wypowiedzi w świecie nauki”. Dziś w Polsce jest 6 Instytutów Konfucjusza, w Czechach 2, na Słowacji 3, a na Węgrzech 5. Warto zauważyć, że w tym ostatnim kraju Pekin poszedł o krok dalej. W 2017 roku założył tam pierwszy chiński think tank w Europie, China-CEE Institute, który w swoich analizach promuje współpracę między Chinami a Europą Środkowo-Wschodnią.

Na ile to wszystko się Chińczykom opłaca? Czy Europa Środkowa daje się nabrać na chińskie umizgi, „miękkie” taktyki i manipulacje? To wciąż pytania otwarte. Biorąc pod uwagę generalnie małą odporność społeczeństw na dezinformację (kampania Brexitowa, wybory w Stanach Zjednoczonych, podsycanie antyunijnych nastrojów we Francji czy w Czechach) można by się obawiać, że chińskie, alternatywne narracje trafiają na podatny grunt. Gdy dodać do tego wszystkie narzędzia soft power stosowane przez Chińczyków można uznać, że Europejczycy są pod pewną chińską presją i nawet nie są tego świadomi.

Tymczasem nastroje wobec Chin są bardzo zróżnicowane. Z badania PEW Research Center wynika, że mieszkańcy naszego regionu postrzegają Państwo Środka nieco lepiej niż Europa Zachodnia, ale daleko im do prochińskiego entuzjazmu Rosjan, Izraelczyków czy Libańczyków. W Europie Środkowo-Wschodniej Chiny najkorzystniej wypadają w oczach Polaków – aż 47 proc. z nich ma dobrą opinię na temat tego kraju (to wynik powyżej średniej), 34 proc. – negatywną. Na Węgrzech proporcje są podobne (40 proc. postrzega pozytywnie, 37 proc. negatywnie). Bardziej sceptyczni są Słowacy (48 proc. złych ocen, 40 proc. dobrych), a najgorzej ten kraj widzą Czesi (57 proc. negatywnych i 27 proc. pozytywnych opinii). Media w regionie – mimo chińskich prób stworzenia „nowego, światowego porządku medialnego” – wykazują wciąż pewną odporność na wpływy Pekinu. Według badań ChinfluenCE, znakomita większość materiałów analizowanych w ubiegłej dekadzie w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech była wobec Chin neutralna. Polskie media najczęściej w tym gronie pisały pozytywnie o Państwie Środka (39 proc. analizowanych materiałów), czeskie media zaś – negatywnie (41 proc.).

Wciąż brakuje pogłębionych badań, dotyczących skuteczności chińskiej miękkiej siły i dezinformacji. Trudno więc powiedzieć na ile jej odbiorcy – czyli m.in. obywatele i decydenci w Europie Środkowo-Wschodniej – są odporni na chińską propagandę. Eksperci podkreślają jednak, że działania Pekinu nastawione są długoterminowo, a arsenał możliwości będzie rozszerzany. Dlatego tak ważne jest, aby Europejczycy świadomi byli tego, że dezinformacja nie jest już tylko domeną Rosjan, że przekaz chińskich dyplomatów i „pożytecznych idiotów” należy weryfikować, że programy realizowane przez prochińskie media nie zawsze są wiarygodne, a pomoc w kryzysie – bezinteresowna. Wszystko jest bowiem częścią większej układanki, w której Pekin chce być coraz bardziej aktywnym graczem.

Julia Jabłońska

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa