JABŁOŃSKA: Fakty zamiast lęku

Teorie spiskowe trafiają na podatny grunt w czasach niepewności i zagrożenia, gdy ludzie próbują zrozumieć, co się dzieje w chaotycznym świecie


Trudne czasy wymagają trudnych decyzji. Epidemia nowego koronawirusa zmusiła świat do bezprecedensowych działań, które powoli przynoszą efekty. Walka z innym wirusem – dezinformacji i paniki – jest dużo trudniejsza.

„Jestem fizycznie i psychicznie wykończona” – napisała mi niedawno przyjaciółka mieszkająca w północnych Włoszech. Pracując jako lekarka w lokalnym szpitalu, jest na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem, który w całych Włoszech zabił już ponad 4 tys. osób. To więcej niż w Chinach. „Wielu chorych to młodzi ludzie. Nie dajemy rady wyleczyć wszystkich” – czytam w wiadomości, którą kończy „Módlcie się za nas”.

Przeczytaj pozostałe teksty z tego numeru.

Gdy zaledwie jednego dnia liczba osób zakażonych SARS-CoV-2 we Włoszech wzrosła o 1,7 tys., rząd zdecydował o wprowadzeniu ograniczeń w ruchu dla 60 mln obywateli. Włosi usłyszeli, że mają zostać w domach i wychodzić tylko z pilnych powodów, zdrowotnych lub zawodowych. Zamknięto szkoły, uniwersytety, kina i teatry. „Nie będzie więcej czerwonej strefy, nie będzie strefy jeden i dwa. Będą jedne Włochy, Włochy strefy chronionej” – mówił szef rządu Giuseppe Conte. Kilka dni później zamknięto także bary, restauracje i kawiarnie, które, co mogło dziwić, na początku nie były brane pod uwagę.

Nadzwyczajne kroki w związku z epidemią podjęto także w innych krajach. W Iranie powzięto bezprecedensową decyzję o odwołaniu piątkowych modłów, Arabia Saudyjska zakazała pielgrzymek do Mekki, najświętszego miejsca islamu. Prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił zawieszenie lotów z Europy, a później ogólnokrajowy stan zagrożenia. Gdy epidemia uderzyła mocniej w Stary Kontynent, do działania przystąpiły kraje unijne, choć też nie od razu. Niemcy, Austria, Polska czy Słowacja wprowadziły tymczasowe kontrole na granicach. Cała Unia Europejska zamknęła swoje granice zewnętrzne dla obcokrajowców.

Zamknięte żłobki, szkoły i instytucje kulturalne, a odwołane imprezy masowe to dziś rzeczywistość, z jaką zmagają się m.in. Polacy, Czesi, Litwini, Hiszpanie czy Francuzi. Co ciekawe, prezydent Emmanuel Macron nie zdecydował się na przełożenie pierwszej tury wyborów lokalnych, mimo że liczba zakażonych we Francji dramatycznie wzrastała. Wielu Francuzów nie poszło jednak do urn, frekwencja była rekordowo niska. Choć władze przekonywały, że nie żałują organizacji głosowania, szybko uznały, że druga tura już nie odbędzie się w terminie. W Polsce debata o ewentualnym przesunięciu majowych wyborów prezydenckich trwa. Najbardziej dziwi strategia Wielkiej Brytanii, która najpóźniej zaczęła reagować na kryzys związany z wirusem. Rząd Borisa Johnsona bardzo długo ograniczał się głównie do zaleceń dla obywateli, by unikali tłumów lub pracowali z domów. Dopiero 20 marca wprowadził zakaz działania pubów i kawiarni.

Wielka mobilizacja

Reakcja państw środkowoeuropejskich była dużo szybsza niż ich partnerów z Europy Zachodniej. Dla przykładu zamknięcie szkół w Polsce ogłoszono, zanim jeszcze liczba potwierdzonych przypadków przekroczyła 50 osób, we Francji decyzja zapadła, gdy zakażonych było już ponad 2 tys., w Wielkiej Brytanii – ponad 2,5 tys. Czechy stan wyjątkowy w związku z koronawirusem wprowadziły wtedy, gdy zakażenie wykryto u 104 osób, Polska stan zagrożenia epidemicznego ogłosiła, gdy informowano o 68 potwierdzonych przypadkach. Rząd Hiszpanii zdecydował się zaś na podobny krok dopiero, gdy liczba zainfekowanych przekroczyła 6 tys. Premier Andrej Babiš, ogłaszając zamknięcie szkół, powiedział: „Chcemy za wszelką cenę uniknąć tego, co wydarzyło się we Włoszech”. Podobną retorykę – „nie powtarzać błędów Włochów” – stosują polskie władze.

Numer pt. Wszyscy jesteśmy pacjentami dostępy w naszej księgarni.

Komisja Europejska twierdzi, że kraje Unii wykazują „generalnie wysoki poziom przygotowania” do walki z koronawirusem, ale już eksperci prestiżowego pisma naukowego „The Lancet” są dużo bardziej krytyczni. „Istnieje poważne zagrożenie, że kraje zrobiły za mało i za późno, by ograniczyć epidemię” – można było przeczytać w „The Lancet” na początku marca, zanim rozpoczęto lawinowo wprowadzać nowe restrykcje w Europie. Krótko po tym Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że wirus ma już charakter pandemii. WHO wyraziła jednocześnie „głębokie zaniepokojenie alarmującym poziomem braku działania” niektórych państw w walce z SARS-CoV-2. Nie wskazano palcem żadnego z krajów, ale tajemnicą poliszynela jest, że chodziło m.in. o Włochy, które na początku nie brały zagrożenia na poważnie i opierały się przed drastycznymi działaniami. Takie działania podjęły w pewnym momencie Chiny, krytykowane jeszcze dwa miesiące temu za próby zatarcia pierwszych informacji na temat wirusa i uciszenia lekarza, który starał się bić na alarm.

Gdy epidemii dłużej ukrywać się już nie dało, władze Państwa Środka do „ludowej walki” z wirusem zmobilizowały cały aparat państwowy. Miasto Wuhan, epicentrum epidemii, objęto kwarantanną, wprowadzono ograniczenia w ruchu dla milionów obywateli i obcokrajowców, wybudowano specjalne kliniki i ogromne centra izolacji dla osób objętych kwarantanną. Zrezygnowano z kwarantanny domowej, jaką stosuje się dziś w Europie, gdyż do większości zakażeń dochodziło w rodzinach. Bank Chin zaczął nawet czyścić banknoty. Wprowadzono też kary dla tych, którzy nie stosują się do wytycznych władz. Teraz Pekin z satysfakcją informuje, że skala dziennych zakażeń znacząco spadła. W samym Wuhan w ubiegły czwartek nie odnotowano żadnego nowego przypadku.

Pytanie, czy liczby podawane przez Chińczyków są prawdziwe. Skoro na początku epidemii kłamali, to czemu teraz mieliby tego nie robić? WHO zdaje się jednak wierzyć w ich zapewnienia, chwaląc Pekin za „agresywne” działania. „Nie ma wątpliwości, że śmiałe podejście Chin do nowego patogenu układu oddechowego zmieniło bieg szybko rozprzestrzeniającej się i wciąż śmiertelnej epidemii” – powiedział Dr. Bruce Aylward, szef grupy specjalistów WHO, która odwiedziła ostatnio Chiny.

Według ekspertów to „śmiałe podejście” chińskich władz było możliwe nie tylko dzięki mobilizacji m.in. personelu medycznego, ale także dzięki przekonaniu chińskiego społeczeństwa, które 17 lat temu przeszło epidemię SARS, że tego typu sytuacje należy traktować bardzo poważnie, bo zdrowie całego narodu zależy od odpowiedzialnego zachowania obywateli. To wszystko działo się w kraju autorytarnym, w którym nie dyskutuje się z zaleceniami władz. W państwach demokratycznych takie przekonanie nie zawsze jest oczywiste. Przykładem znowu mogą być Włosi, którzy, co przypominają media, mają opinię luźno podchodzących do przepisów. Szef regionu Lombardii poinformował ostatnio, że w Mediolanie 40 proc. mieszkańców nie stosuje się do zakazu wychodzenia z domów. W związku z tym już wkrótce ulice ma patrolować wojsko.

Wirus paniki i dezinformacji

Nie ulega wątpliwości, że trudne czasy wymagają trudnych decyzji. Problem jest poważny i nikt tego nie neguje, może poza prezydentem Trumpem, który jeszcze niedawno COVID-19 porównywał do zwykłej grypy (dziś, gdy przypadków zakażeń w USA jest prawie 11 tys., jego ton jest już inny). Ale gdy lekarze i władze próbują walczyć z wirusem konkretnej choroby, inny wirus – dezinformacji i paniki – mnoży się w najlepsze, żywiąc się strachem milionów ludzi i utrudniając służbom medycznym walkę z zagrożeniem.

Numer pt. Bitwa o suwerenność dostępny w naszej księgarni.

Gdy do włoskich mediów wyciekły plany objęcia kwarantanną Lombardii, zanim jeszcze rząd oficjalnie ogłosił decyzję, tysiące osób próbowało uciec z regionu. „Takie wiadomości wywołują niepewność, poczucie braku bezpieczeństwa i chaos, nie możemy tego tolerować” – mówił premier Conte. W innych krajach, w obawie przed wprowadzeniem podobnych restrykcji, ludzie zaczęli przygotowywać się na najgorsze. W Australii i Kanadzie nagle z półek sklepowych zaczął znikać papier toaletowy. W Polsce zaczęto masowo wykupywać cukier, kaszę i makaron, a w kolejkach do kas czekało się po kilkadziesiąt minut. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by unikać wiadomości, które wzbudzają nasz niepokój, ale ciężko od takich wiadomości się odciąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że koronawirus jest tematem numer jeden we wszystkich mediach i portalach społecznościowych.

Poza potrzebnymi, merytorycznymi komentarzami i informacjami o rozwoju sytuacji pojawia się wiele nieprawdziwych doniesień i teorii spiskowych. Rzecznik Komisji Europejskiej Peter Stano przyznał, że wraz z początkiem epidemii odnotowano rosnącą liczbę fake newsów. Jak to często bywa, stoją za nimi głównie prokremlowskie media. „Zauważyliśmy, że nastąpił wzrost takich informacji spoza Unii Europejskiej, m.in. z Rosji, z ośrodków, które są w Rosji albo są połączone w jakiś sposób ze źródłami prokremlowskimi” – powiedział Stano. Przykłady dezinformacji dotyczą zarówno nieprawdziwych i ryzykownych metod leczenia COVID-19 (na przykład picie wybielaczy), jak i fałszywych źródeł pochodzenia wirusa i sposobów jego rozprzestrzeniania.

East StratCom, specjalna, unijna grupa ekspertów zajmująca się wykrywaniem i demaskowaniem fake newsów, wymienia liczne przykłady świadomego wprowadzania ludzi w błąd. Agencja Antifascist Info podała na przykład, że koronawirus został wykradziony z kanadyjskich laboratoriów przez chińskich szpiegów. Według telewizji RT Arabic SARS-CoV-2 jest tajną bronią biologiczną, wymierzoną w przeciwników USA, takich jak Chiny czy Iran. Ta sama stacja twierdzi, że Amerykanie mają szczepionkę na wirusa już od 3 miesięcy. Nie brakuje też tekstów o tym, że zagrożenie koronawirusem jest świadomie wyolbrzymiane, by odwrócić uwagę od trudnych tematów, np. brexitu, lub że epidemii tak naprawdę w ogóle nie ma, a wszystkie liczby i dane są sfabrykowane.

W stan podwyższonej czujności nowy wirus postawił serwisy społecznościowe m.in. Facebook czy Twitter, które zidentyfikowały tysiące kont podających fałszywe informacje. Według firmy Blackbird około 40 proc. tweetów na temat COVID-19 to sztucznie „pompowane” w sieci teorie spiskowe. Problem dotyczy nie tylko rosyjskojęzycznej części Internetu. Jedna z często podawanych teorii głosząca, że wirus to chińska (już nie amerykańska) broń biologiczna, pojawiła się w 56 językach. Do jej rozpropagowania przyczynił się m.in. republikański senator z Arkansas, Tom Cotton, czy były doradca prezydenta Trumpa, Steve Bannon.

Obniżona odporność na fake newsy

Jedną z najbardziej absurdalnych teorii przedstawiła natomiast republikańska kandydatka do Kongresu z Los Angeles, Joanne Wright, która w mediach społecznościowych odpowiedzialnością za rozwój epidemii obciążyła Billa Gatesa, George’a Sorosa i papieża Franciszka…(takie „odkrycie” nie przysporzyło jej jednak wyborców, prawybory przegrała).

W polskim Internecie według często powielanych fake newsów do uniknięcia zakażenia wirusem wystarczy picie wody co 15 minut, alkoholu i zażywanie kokainy (raport medialny PRESS SERVICE Monitoring Mediów i Publicon). Popularny stał się w pewnym momencie komunikat, że Warszawa zostanie odcięta od świata w związku z wirusem, co było kilkakrotnie dementowane przez polski rząd.

Choć większość tych teorii trudno brać na poważnie, to warto pamiętać, że ludzie miewają skłonności do wiary w teorie spiskowe. Z badań YouGov z 2019 r. wynika, że 15 proc. Polaków, 20 proc. Niemców i 18 proc. Włochów wierzy w to, że amerykański rząd „świadomie pomagał w dokonaniu zamachów na World Trade Center 11 września 2001 r”. Z kolei 21 proc. Francuzów, 35 proc. Hiszpanów i 28 proc. Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że „ktokolwiek oficjalnie rządzi krajem lub organizacją, zawsze jest jedna grupa, która wszystko kontroluje i rządzi światem”.

Mimo starań serwisów społecznościowych i pracy ekspertów, którzy na bieżąco demaskują fake newsy, szybkość ich rozprzestrzeniania się wyprzedza samą epidemię koronawirusa. Nie bez powodu teorie spiskowe trafiają na podatny grunt w czasach niepewności i zagrożenia, gdy ludzie próbują zrozumieć, co się dzieje w chaotycznym świecie. Wtedy gotowi są uwierzyć w kłamstwa szyte najgrubszymi nićmi. A kolejna akcja budzi reakcję. Zaczyna się szturmowanie sklepów, pośpieszne poszukiwania antidotum, a wszystkiemu towarzyszy psychoza wszechobecnej zarazy („Czy mogę zarazić się koronawirusem, jedząc chińskie jedzenie?”).


Inglot Sp. z o.o. zwiększa produkcję żelu do mycia rąk


Tymczasem, jak przekonuje dr Abdu Sharkawy, ekspert ds. chorób zakaźnych z Toronto, zamiast ulegać panice i strachowi, należy po prostu zachować zdrowy rozsądek. „Błagam was wszystkich. Powściągnijcie strach rozumem, panikę – cierpliwością, niepewność – wiedzą i edukacją” – napisał Sharkawy w viralowym poście w mediach społecznościowych. „Fakty zamiast lęku. Czyste ręce. Otwarte serca. Nasze dzieci będą nam za to dziękować” – podsumował w wiadomości, która została udostępniona ponad dwa miliony razy. W końcu to, jak szybko uda się wygrać z wirusem, zależy nie tylko od decyzji rządzących czy działań lekarzy, ale – może przede wszystkim – od odpowiedzialności zwykłych ludzi.

Julia Jabłońska

Fot. Michael Kowalczyk via Flickr (CC BY 2.0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa