Internet zmieni politykę

Ponieważ świat ewoluuje poza formalną polityką, model reprezentacji politycznej powinien nabrać innego charakteru. Internet jest symbolem tych nowych charakterystyk – wzmacnia głos jednostki, zwiększa transparentność, zaciera hierarchiczność, kładzie kres fasadowości – to tylko niektóre z […]


Ponieważ świat ewoluuje poza formalną polityką, model reprezentacji politycznej powinien nabrać innego charakteru. Internet jest symbolem tych nowych charakterystyk – wzmacnia głos jednostki, zwiększa transparentność, zaciera hierarchiczność, kładzie kres fasadowości – to tylko niektóre z szans, które demokracja mogłaby wykorzystać do swojego rozwoju.

To się już zaczęło. Więcej widzimy, częściej pytamy, doraźnie popieramy i wyrażamy sprzeciw. Internet – jak każdy nowy nośnik informacji w historii – zmienił zasady gry. Internet dla polityki to nie tylko (wreszcie!) dwukierunkowa komunikacja obywatel–reprezentant lub obywatel–administracja, lecz także tak zwane big data i technologie mobilne pozwalające konsumować i uczestniczyć w czasie rzeczywistym. Spotkanie wszystkich tych elementów z polityką przynosi różne efekty – zależne od tego, jakie są lokalne polityczne uwarunkowania offline. Niektórzy aktorzy przyjmują je z radością jako kolejne pole komunikacji politycznej, innym przeszkadza obietnica przejrzystości, którą niesie internet, więc zajmują się jego cenzurowaniem lub blokowaniem, niemądrze wierząc, że falę upodmiotowienia w Wieku Informacji uda się jeszcze zatrzymać.

Czy Internet zmieni politykę? Fot. Robbie POrter / Flickr
Czy Internet zmieni politykę? Fot. Robbie Porter / Flickr

W Europie elity polityczne przyjęły internet jako kanał komunikacji, regulacyjny twardy orzech do zgryzienia i nowy kontekst gospodarczy. Podobnie jak w innych ośrodkach wolnego świata, nie zaproponowały wykorzystania sieci na rzecz zmiany modelu polityki. Nie roztrząsając, czy wynika to ze strachu przed zjedzeniem własnego ogona, czy brakiem świadomości potrzeby naprawienia czegoś, co już ewidentnie nie funkcjonuje jak powinno – na pewno zaprzepaszczono szansę na ewolucyjną poprawę demokracji w praktyce oraz jej modelu. Marcin Król twierdzi, że „na poziomie europejskim sprawdza się idiotyczna teoria o końcu historii rozpropagowana przez Fukuyamę”. Ten amerykański politolog zasugerował kiedyś, że demokracja liberalna to ukoronowanie starań o dobry system rządów. Pomijając to, że wtedy, w 1989 roku, zapomniał o większości świata, dla którego ów model był obcy, nie wykazał się intuicją nauk społecznych. Kręgosłupem demokracji liberalnej są powszechne wybory. To w systemie wyborczym i jego otoczeniu tkwi odpowiedź na pytanie o kondycję współczesnego państwa. Historyczna droga, którą przeszedł koncept wyborów – od uduchowionej obywatelsko metody wyłaniania reprezentacji przez szukanie legitymizacji po walkę o władzę i utrzymywanie się przy niej – w dobie (na własne życzenie zainteresowanych, niesprawiedliwie i niebezpiecznie) określanej jako postpolityka, zderza się wreszcie z godnym siebie przeciwnikiem.

Choć to duże uproszczenie, wymuszone rozmiarami tego tekstu, można powiedzieć, że demokracja pośrednia w wydaniu wyborczym kształtującym się od XIX wieku i jej atrybuty były wynikiem dostosowania procesów oddawania głosu do właściwych epoce uwarunkowań i ograniczeń. Tak też wyliczano odstęp pomiędzy jednymi a drugimi wyborami, którego przestrzega się właściwe do dzisiaj, choć zatarły się bariery cywilizacyjne, które taką organizację wymusiły, czyli ograniczenia w mobilności i komunikacji. To podważa zasadność kurczowego trzymania się tego – pozornie ustalonego raz na zawsze – modelu realizacji tożsamości politycznej jednostki w takim, bardzo ograniczonym, wymiarze wyborczym. Po pierwsze, internet i nowe technologie pozwalają na ciągłe uczestnictwo. Po drugie, model wyborczy karmiący demokrację liberalną w Europie wypaczył się i na dodatek stopniowo od lat 50. minionego wieku traci swoje podstawowe ratio, czyli podstawy legitymizacji. Od tego czasu spada frekwencja wyborcza w tak zwanych demokracjach zachodnich. Wprowadzenie demokratycznych systemów wyborczych w Europie Środkowo-Wschodniej od razu wykazało niskie zainteresowanie obywateli korzystaniem z prawa do głosowania. W większości przypadków nadal stopniowo maleje. Poskutkowało to sztucznie wytworzonym mikrokosmosem partii politycznych, których głównym celem stało się samo utrzymanie władzy. Oferty politycznej brak.

Ten niedostatek programu ujawnia się szczególnie wtedy, gdy zestawi się go z propozycjami innych grup interesu, w tym między innymi organizacji pozarządowych, podmiotów biznesowych i ruchów miejskich. To właśnie stowarzyszenia obywatelskie przejęły tworzenie treści i ofert, o których implementację muszą potem zwrócić się do partii. To ustawia ich w pozycji petenta. Lobbing, konsultacje społeczne i ochłapy bezpośrednich mechanizmów sprawowania władzy to tymczasowe, kompromisowe środki zaradcze na kryzys wynikający z niewdrażania innowacji w obrębie sprawowania władzy. W europejskim modelu polityki partie są wąskim gardłem. Jeśli nie zechcą się otworzyć na zmianę, ona i tak się wydarzy – tyle że bez ich udziału. Zawodowi politycy zawsze będą potrzebni, ale ponieważ świat ewoluuje poza formalną polityką, model reprezentacji politycznej powinien nabrać innego charakteru. Internet jest symbolem tych nowych charakterystyk – wzmacnia głos jednostki, zwiększa transparentność, zaciera hierarchiczność, kładzie kres fasadowości – to tylko niektóre z szans, które demokracja mogłaby wykorzystać do swojego rozwoju.

To problematyczne, że europejski model polityki wychował sobie klasę średnią i elity, które w większości wierzą w „koniec historii”, a dzięki statusowi społecznemu mogą sobie pozwolić na zignorowanie faktu, że brakuje nam oferty politycznej. Żyją bardzo indywidualistycznie, pogodzili się z marnie funkcjonującą państwowością, stać ich na korzystanie z prywatnych systemów edukacji i ochrony zdrowia. Ich stosunek do polityki rzeczywiście sprowadza się tylko do refleksji, że zawsze „ktoś tam będzie nami rządził”. Takie postawy przynoszą wiele strat, zwłaszcza wobec tego, że postęp i innowacje dają tak wiele możliwości. Dziś to właśnie internet jest motorem zmian – zarówno tych politycznych, społecznych, jak i gospodarczych. W świecie ekonomii zagospodarowuje nieznane wcześniej pole rozwoju przedsiębiorczości. Zmienia się nawet model pracy korporacyjnej – ten, którego pojawienie się miało niebagatelny wpływ na zdystansowanie się obywatela od państwa, ponieważ wyłączał u niego poczucie możliwości wpływu na to, co go otacza.

Przyglądanie się statusowi politycznemu internetu w różnych regionach świata jest cyfrowo-lustrzanym odbiciem tych miejsc w sztucznych kategoriach offline. Sztucznych, bo internet nie jest już odrębną działką regulacji czy analizy, lecz przede wszystkim niezbędną „nakładką” na inne kluczowe, tradycyjniejsze zakresy – od obronności przez dostęp do kultury po podatki. W Afryce internet służy nadrabianiu zapóźnień infrastrukturalnych i zażegnywaniu problemów cywilizacyjnych; na Bliskim Wschodzie bywa papierkiem lakmusowym dla poszanowania praw człowieka, a szczególnie wolności słowa. Czym w takim razie jest w naszej stosunkowo „nudnej” Europie? Na pewno nowe technologie niosą potencjał zmiany modelu sprawowania władzy i częstszego angażowania obywateli w procesy podejmowania decyzji. Ale jest jeszcze kwestia wpływu na tożsamość europejską. W tej kwestii kluczowe będzie stanowisko, które zajmie Unia Europejska wobec tak zwanego Internet governance, czyli modelu decydowania o tym, jak funkcjonuje globalna sieć. W interesie Europy leży podtrzymywanie obecnie funkcjonującego systemu, który zakłada rozproszony, wielostronny schemat. To on najbardziej sprzyja użytkownikowi-obywatelowi. Jak pokazały między innymi protesty w sprawie ACTA z początku 2012 roku w Polsce, polityki internetowe potrafią wyciągnąć z domu i sprowokować do zabrania głosu nieoczywiste grupy, które też często odwróciły się już plecami od formalnej polityki i jej tradycyjnych filarów. Otwarty internet pozwolił im funkcjonować na innej orbicie niż ta, którą można zobaczyć w tradycyjnej telewizji. Internet jest też głównym narzędziem komunikacji i mobilizacji ruchów głośno mówiących o nierównościach – dość przywołać przykład ruchu Occupy – i zmienia dynamikę rewolucji na świecie – można to było zaobserwować na początku bieżącego roku na Ukrainie i w Wenezueli. Tak samo jak narodowe partie polityczne powinny dać się ponieść Wiekowi Informacji, tak samo zinstytucjonalizowana Unia Europejska powinna docenić nowe możliwości komunikacji. One zacierają dystans geograficzny oraz pozwalają lepiej manifestować wartości oraz cele właściwe dla kontynentu. Obywatel-Europejczyk zasługuje na to, by doświadczać decyzyjności w obrębie Unii częściej niż raz na pięć lat, wpływać na politykę w sposób bardziej konkretny niż poprzez wybór stosunkowo oderwanych od codzienności politycznej przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Ta grupa ponad siedmiuset osób reprezentuje około pięćset milionów obywateli, z których zaledwie mniej niż połowa uprawnionych do głosowania zdecydowała się wybrać reprezentanta w ostatnich dwóch cyklach wyborczych. Europosłowie znani są z częstych podróży na obrady plenarne (w Strasburgu), sesje (w Brukseli) oraz do biur w swoich matecznikach wyborczych (często kilku). W tym wszystkim gubi się trochę sens wspólnotowości i efektywnej integracji, która od kilku pokoleń jest wciąż niezrealizowaną obietnicą. Stać nas na więcej. Stać nas na coś lepszego.

Artykuł pochodzi z 215. numeru kwartalnika Res Publica Nowa pt. „Zdrada dziedzictwa”.

 

white book

ZDRADA DZIEDZICTWA
Europa żywi się wspólnym dziedzictwem, które nie ulega zawłaszczeniu i kodyfikacji. Klejnotem tego dziedzictwa jest odwaga myśli – zdolność zadawania trudnych pytań i udzielania na nie niezależnych odpowiedzi.
O europejskim dziedzictwie, jego krytyce i przyszłości w 215 numerze Res Publiki Nowej.
Pobierz za ile chcesz, od 1 zł! »

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa