Ich urny, nasze ulice

Głosowanie jest najskuteczniejszym narzędziem walki politycznej i zarazem najgorszym z możliwych sposobów podejmowania decyzji. 13 października wygrają więc dotychczasowe kluby partyjne, kradnąc dyskusję o mieście obywatelom, a demokracja - niezależnie od wyniku i frekwencji - przegra. […]


Głosowanie jest najskuteczniejszym narzędziem walki politycznej i zarazem najgorszym z możliwych sposobów podejmowania decyzji. 13 października wygrają więc dotychczasowe kluby partyjne, kradnąc dyskusję o mieście obywatelom, a demokracja – niezależnie od wyniku i frekwencji – przegra. Kolejnym polem bitwy będzie kampania samorządowa. Czy zjednoczymy się, tworząc obywatelskie kluby wyborcze, czy na zawsze już upartyjnimy Warszawę? 

Trudno dziś rozmawiać o warszawskim referendum bez emocji. Nie udało się obronić jego pierwotnego sensu, a dyskusja merytoryczna ustąpiła miejsca oburzeniu i grze w symbole. Zapowiadało się dobrze, ale dziś już wiadomo, że referendum nie będzie mogło przynieść pozytywnych rozwiązań problemów, które stały u jego źródła. Zamiast tego najważniejszym efektem referendum trzeba będzie ukształtowanie warunków i tematów przyszłorocznej samorządowej kampanii wyborczej.

Mirów 2009, © MartinJ-N/flickr
Mirów 2009, © MartinJ-N/flickr

Było merytorycznie

Zapowiadało się dobrze – pierwotna idea referendum miała skłonić obywateli do refleksji nad sposobem zarządzania miastem. Jego inicjator – prężny, ale stosunkowo mało znany burmistrz Ursynowa argumentował, że efektem takiej refleksji musi być podjęcie decyzji o natychmiastowym odwołaniu prezydent Warszawy. Rzuconą ratuszowi rękawicę podjęła zarówno sama Hanna Gronkiewicz-Waltz, jaki i warszawskie media oraz tzw. środowiska aktywistów. Fantastyczną, jak na polskie warunki, dyskusję o stanie miasta, planach na przyszłość i jakości dialogu z mieszkańcami przerwały jednak interwencje partii politycznych.

Na początku wypomniano Guziałowi fakt, że stojący za nim panowie nie do końca są przedstawicielami mieszkańców, a ich motywacje nie tylko są polityczne, ale i partyjne. Po elbląskiej porażce partii rządzącej spełniła się zła prognoza i idea referendum szybko została upolityczniona. Argumenty merytoryczne zostały zastąpione przez symboliczne hasła i wezwania – w dyskusji o referendum i jego powodach przeważają dziś słowa wyrażające oburzenie arogancją Platformy Obywatelskiej; najczęściej cytowanym liderem warszawskiej opozycji jest Jarosław Kaczyński, chcący wywołać w warszawiakach nastrój powstańczy i narzekający, że Warszawa nie jest tak wielka jak w marzeniach mieszkańców, gdyż ma mniej mostów niż Praga; a znani warszawiacy zachęcają do zakochania się w referendum i w tym celu uwalniają syrenkę z klatki mającej zapewnić jej bezpieczne przetrwanie budowy metra.

Karać czy mobilizować?

Nie chcę tu bronić Hanny Groniewicz-Waltz, choć osobiście uważam, że nie zasługuje na zakończenie kadencji w ten sposób. Nie oznacza to jednak, że zagłosowałbym na nią w kolejnych wyborach. Te siedem lat pokazało, że choć Prezydent Gronkiewicz-Waltz nie boi się realizować dużych projektów modernizacyjnych i wydaje się mieć dość dobrą kontrolę nad budżetem, to brakuje jej przekonania, że inne miasto nie tylko jest możliwe, ale i potrzebne. O jego istocie nie decyduje już dzisiaj tylko ekonomia, a brak holistycznego spojrzenia na miasto i międzysektorowej konsekwencji w realizacji politycznych celów musi doprowadzić do katastrofy. Nie chcę jednak odwoływać prezydent za to, że nie jest Mokusem czy Penelosą z kolumbijskiej Bogoty. Tym bardziej że mieszkamy w Polsce – w kraju, w którym premier jednego dnia mówi, że nie zgodzi się na większe stawki za parkowanie w centrach miast (co mogłoby pomóc w walce z ich degradacją), bo uznał to za haracz i gwałt na kieszeniach kierowców, a drugiego dnia z zaskoczenia rzuca na stół 25 mld złotych na rewitalizację zdegradowanych centrów miast. I to w sytuacji, gdy nie mamy wciąż ustawy o rewitalizacji, a polityczne znaczenie opracowywanej właśnie Krajowej Polityki Miejskiej raczej maleje niż wzrasta.

Hanna Gronkiewicz-Waltz zamiast myśleć o referendum jako czekającym ją stryczku, potraktowała go jak popędzający do pracy bicz. Zaproponowane i przeprowadzone zmiany pozytywnie zaskoczyły opinię publiczną, a jej samej pozwoliły na stwierdzenie, że nie trzeba zmieniać polityków, aby zmieniać miasto. Tym entuzjazmem musiały się zarazić władze Platformy Obywatelskiej, skoro zaproponowały, żeby referendum zignorować i poczekać na prawdziwe wybory. Stało się to być może dlatego, że ich spin-doktorzy zbyt dużo czasu spędzili na jednym z serwisów społecznościowych, którego użytkownicy chwalili postęp i jakość zmian. Uznano więc, że usatysfakcjonowani zmianami warszawscy aktywiści nie będą już tak gorąco zachęcać innych do udziału w referendum.

Frekwencja na drodze demokracji

Trzeba zauważyć, że referendum odwoławcze opiera się przede wszystkim na czynniku frekwencji. Platformersi założyli, że przeciwnicy HGW będą bardziej zdyscyplinowani i pójdą 13 października do urn. Ich zdaniem więc najlepszym sposobem na poparcie Gronkiewicz-Waltz jest pozostanie tego dnia w domu i przyczynienie się tym samym do unieważnienia całego przedsięwzięcia. Jednak sposób, w jaki PO ogłosiła ten pomysł, był punktem zwrotnym całego procesu, a w przyszłości może również zostać uznany za gwoźdź do trumny obecnych władz Warszawy, a może i Polski. Ten sam serwis społecznościowy, na którym wcześniej wyrażano swoje uznanie, teraz wypełniły głosy oburzenia. Tym samym cały wysiłek włożony w przyśpieszenie zmian stracił na znaczeniu. Nawet znani warszawiacy zachęcający do wzięcia udziału w referendum potwierdzili, że choć władze pozytywnie odpowiedziały na referendalną groźbę, to i tak warto iść do referendum – nawet jeśli to w praktyce może oznaczać upadek tychże władz.

Wcale to jednak Platformy nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy. Donald Tusk był świadkiem narodzin nowej jakości aktywności obywatelskiej już od 2007 r., czyli praktycznie od samego początku. Mógł dojść w tym czasie do wniosku, że dobre rządy polegają nie tylko na budowie infrastruktury, lecz także dbaniu o to, aby relacje społeczeństwa z władzą na różnych jej poziomach mogły się oprzeć na nowoczesnych mechanizmach i metodach. Tymczasem w praktyce okazuje się, że jedynym sposobem na skuteczne wybicie ignorancji z głów burmistrzów i prezydentów miast jest sięgnięcie po referendum odwoławcze – narzędzie, które raczej kończy dialog, niż go rozpoczyna. Okazuje się, że wraz z jego rosnącą popularnością wzrasta również obywatelska świadomość władz. Jak to jednak bywa, jej efektem nie są działania zmierzające do usprawnienia, ale do ograniczenia możliwości stosowania tego referendum. Prace trwające w Kancelarii Prezydenta mogą spowodować, że warszawskie referendum jest ostatnim takim dużym referendum w najbliższej przyszłości.

Życie po referendum

Niezależenie od tego jednak, kto jest winien i kto komu ukradł merytoryczną dyskusję, każdy wpisany do warszawskiego rejestru wyborców obywatel stanie 13 października 2013 r. przed decyzją. Możliwości są trzy. Jeżeli dany obywatel chce odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz, to nawet nie ma się nad czym zastanawiać. Kłopotu nie powinien mieć także zwolennik Platformy i HGW jednocześnie. Prawdziwa trudność czeka tych, którzy odwołania Prezydent Warszawy nie popierają, ale nie mogą też zignorować obywatelskiego obowiązku i z oburzeniem reaguję na sugestię PO, by referendum zbojkotować. Głos oddany „przeciw” może się bowiem okazać w rzeczywistości głosem „za” odwołaniem.

Być może w podjęciu decyzji pomoże trochę futurologii. Można oczywiście ją pominąć i zagłosować przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz ze złości za jej brak komunikacji społecznej lub chcąc ją symbolicznie ukarać. Wtedy pytanie o to, co dalej, nie jest aż tak istotne. Tym niemniej jednak można założyć, że dzisiaj referendum nie jest już w stanie rozwiązać stojących u jego źródeł problemów. Można się także spodziewać, że w najgorszym przypadku do jesieni 2014 r. Warszawą będzie rządził komisarz. To zaś pozwala na śmiałe stwierdzenie, że poza wymiarem symbolicznym, tak naprawdę mało co się w miejskiej polityce Warszawy zmieni. Efekty zaczną być widoczne dopiero podczas przyszłorocznych wyborów i po nich. Ci więc, którzy upatrują w referendum remedium na stołeczne problemy, mogą się srogo rozczarować. Mobilizacja już nastąpiła. Jeżeli po ewentualnym przegranym referendum urzędnicy nie wpadną w panikę, nic strasznego nie powinno się stać. Wybory są zbyt blisko, aby móc sobie pozwolić na samozadowolenie nawet w przypadku skutecznej obrony prezydenckiego stołka.

Trzeba tu zaznaczyć, że opieram swoje zdanie również na wierze w deklaracje warszawskich urzędników o lepszej realizacji swoich dalszych obowiązków niezależnie od wyników referendum. Jeżeli HGW przegra referendum, to tylko teoretycznie od 14 października będzie mogła poświęcić się szefowaniu warszawskiej Platformie. Dla Tuska nadejdzie bowiem trudny okres, w którym w ciągu kilku miesięcy trzeba będzie przekonać wyborców, że podjęli złą decyzję, a w rzeczywistości Warszawa rozwija się niezwykle dynamicznie. To może oznaczać, że komisarskie stery trafią w ręce kogoś z bliskiej ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz, a ona sama zasiądzie na tzw. tylnej kanapie. Będzie bowiem zbyt mało czasu, aby szukać nowej osoby i czekać na wdrożenie nowych pomysłów. Porażka HGW to też czas żniw dla opozycji. Prawo i Sprawiedliwość nie przepuści okazji, aby od 2015 r., jak deklaruje Kaczyński, uczynić Warszawę miastem „tańszych biletów, systemu ścieżek rowerowych czy zieleni”. Pozostanie HGW na stanowisku to reset – kampania zaczyna się od nowa. Stosunek głosów za i przeciw zdecyduje zaś o tym, czy jej nowy start będzie miał miejsce w kilka tygodni, czy też raczej miesięcy od referendum.

Pisząc to wszystko mam nadzieję, że przy niezmiennym i przewidywalnym świecie tradycyjnej polityki partyjnej powstanie w Warszawie grono osób, które wzorem poznańskich aktywistów z 2010 r. stworzy komitet wyborczy i przedstawi zupełnie inny pomysł na miasto. Nie chodzi tu jednak o obywatelskie powstanie, w których jedni zastąpią drugich, lecz o wyłonienie nowej grupy polityków potrafiących prowadzić nowoczesną i partnerską rozmowę z wyborcami i dzięki temu przedefiniować charakter demokratycznego mandatu. I wówczas nie będzie problemu z tym, czy to politycy obywatelom albo obywatele politykom ukradną debatę i nadadzą ton rozmowie o mieście. No bo przecież miasto jest nasze i to od nas zależy jakość rządów.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa