Gramy w ekstraklasie

Z posłanką do Parlamentu Europejskiego, Danutą Jazłowiecką* o pozycji Polski w Europie, kampanii Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy, polskiej prezydencji oraz unijnej polityce spójności rozmawia Michał Matlak. Prowadziła pani w Zgromadzeniu Rady Europy […]


Z posłanką do Parlamentu Europejskiego, Danutą Jazłowiecką* o pozycji Polski w Europie, kampanii Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy, polskiej prezydencji oraz unijnej polityce spójności rozmawia Michał Matlak.

Prowadziła pani w Zgromadzeniu Rady Europy kampanię Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego tej organizacji. Jak z perspektywy czasu patrzy pani na tę kampanię?To bardzo trudny, ale bardzo pouczający okres mojego życia. Ostatnio spotkałam głównego kontrkandydata pana ministra, Luca Van den Brande. Bardzo mnie zaskoczył! Powiedział, że to niedobrze, że Cimoszewicz nie został przewodniczącym – uważał, że to polski kandydat był najlepszy i miał najlepszy program. Nieco gorzką satysfakcję daje mi fakt, że ostateczny zwycięzca, Thorbjorn Jagland, na stanowisku sekretarza generalnego realizuje w dużej mierze program senatora Cimoszewicza – za zgodą senatora.

Czy zechciałaby pani powiedzieć, co to za program?Nie jestem upoważniona do przedstawienia programu senatora Cimoszewicza, ale ogólnie mówiąc, podczas kampanii proponował on reorganizację instytucji, wyznaczenie adekwatnych priorytetów Rady do istniejących problemów, szybszą i skuteczniejszą reakcję na bieżące wydarzenie (pozbycie się miana „ociężałej instytucji”) oraz rozwijanie bardzo bliskiej współpracy z krajami członkowskimi.

Powołanie Rady Europy było pierwszą próbą integracji kontynentu. Jednak znacznie większym sukcesem okazał się projekt integracji gospodarczej rozpoczęty przez powołanie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali i kolejnych wspólnot. Jak ocenia pani pozycję Radę Europy dzisiaj?Nie ulega wątpliwości, że Unia Europejska oznacza „więcej”, a więc więcej możliwości, więcej skuteczności oraz więcej wpływów. Ale Rada Europy i jej zgromadzenie parlamentarne to świetne, tętniące życiem laboratorium – daje możliwość testowania i poznawania opinii na temat Europy krajów, które są poza Unią Europejską takich jak Rosja, Ukraina, Azerbejdżan, Armenia, Gruzja. Do Strasburga przyjeżdżają znaczący politycy oraz przedstawiciele tych krajów. Jest więc szansa, by poznać ich opinie na temat bieżących wydarzeń w świecie. Ogromnie ubolewam, że Parlament Europejski nie korzysta z możliwości rozwijania i zacieśniania współpracy z Radą Europy.

A czy widzi pani możliwość integracji Rady Europy z Unią Europejską?To byłoby dość skomplikowane. Pewną możliwość lepszej współpracy daje Traktat Lizboński, który wzmacnia rolę parlamentów narodowych w europejskim procesie decyzyjnym, a przedstawiciele tych samych parlamentów są członkami Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy – jest tu więc szansa na wymianę doświadczeń, czy przepływ informacji. Ale to zbyt mało, by mówić o integracji.

A jak z perspektywy Strasburga i Brukseli ocenia pani pozycję Polski w Europie? Często mówi się o trudnościach z właściwym nakreśleniem tej pozycji: jesteśmy zbyt duzi, by być w drugiej lidze i zbyt mali, by grać w pierwszej. Czy widzi to pani w Parlamencie Europejskim?O pozycji danego kraju w Europie nie decyduje jego wielkość, a siła przekonywania do swoich racji, partnerstwo i aktywność w inicjowaniu nowoczesnych rozwiązań. Jeszcze wciąż jako młody członek Unii Europejskiej zdobywamy doświadczenie, ale mam poczucie, że gramy już w pierwszej europejskiej lidze. Na jednej z roboczych kolacji, na której dyskutowaliśmy o przyszłości jednolitego rynku, prof. Mario Monti, europejski guru Jednolitego Rynku, powiedział, że Unia zawsze potrzebowała motoru integracji: kiedyś była to Wielka Brytania za rządów Margaret Thatcher, teraz są to Niemcy i Francja – tandem Merkel i Sarkozy. Ale ten motor się wyczerpuje i jego zdaniem kolejnym motorem Europy powinna być Polska. Wydaje mi się, że Polska może stać się liderem Unii Europejskiej. Mamy ku temu duży potencjał. Warto go pokazać. Taką okazją może być Polska Prezydencja, stąd bardzo zależy nam na jej właściwym przeprowadzeniu.

Właśnie, a jak ocenia pani priorytety polskiej prezydencji, które przedstawił Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski na spotkaniu z polskimi euro parlamentarzystami w Brukseli?Polska nie przedstawiła jeszcze swoich priorytetów, zrobi to w najbliższych tygodniach, najprawdopodobniej w maju. Na razie są propozycje, które zostaną ostatecznie zaakceptowane przez rząd pod koniec prezydencji węgierskiej – tak, by były możliwie dobrze dostosowane do zmieniającej się sytuacji w Unii i poza nią. To, co jest wstępnie proponowane, oceniam jako niezwykle ambitne. Na czas Polskiej Prezydencji Komisja Europejska i jej poszczególne Dyrekcje Generalne także prezentują bogaty program i ten program Komisji Europejskiej musimy brać pod uwagę. Jesteśmy dobrze przygotowani do sprawowania przewodnictwa w Unii, ale tak bogaty program może uniemożliwić spektakularny sukces, a właśnie takiego sukcesu potrzebuje i Polska, i cała Wspólnota.

Czy prezydencja po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego to coś więcej niż tylko rozbudowana promocja kraju?Dobrą prezydencją można podnieść prestiż danego kraju, złą można bardzo osłabić swoją pozycję. Promocja odgrywa oczywiście bardzo dużą rolę. Te kraje, które miały zbyt bogate programy jak Hiszpania czy Czechy dość gorzko się rozczarowały, nie będąc w stanie ich zrealizować. Co ciekawe, Belgia nie miała swojego politycznego programu i dostosowała się do prac Komisji Europejskiej, rozwiązywała bieżące, niełatwe problemy i została wysoko oceniona. Tak więc jakości prezydencji nie można mierzyć tylko ambicjami kryjącymi się w priorytetach.

Obserwując Unię Europejską, często widzę sprzeczność między interesami poszczególnych narodów z interesami Wspólnoty. Czy pani jako Polka, ale i członkini ważnego gremium europejskiego dostrzega ten konflikt? I czy jest on rozwiązywalny?To prawda, taki problem istnieje. Dyskusje w komisjach albo podczas sesji plenarnych pokazują, że parlamentarzyści kierują się często, choć nie zawsze, interesem narodowym. A to rozdarcie osłabia Unię, co widać na przykładzie unijnej polityki zagranicznej i pani Ashton, która nie jest w stanie reprezentować Unii na arenie międzynarodowej, bo brak jej do tego legitymacji i mimo że bardzo się stara, to jeszcze wciąż nie istnieje na arenie międzynarodowej. Ale widać też, że interesy poszczególnych państw coraz częściej łączą się z interesem całej Unii. Przygotowanie regulacji wzmacniających jednolity rynek i ujednolicenie pewnej części polityki społecznej spowoduje z całą pewnością połączenie interesów. Przykład takiej zbieżności to także np. rozporządzenie dotyczące bezpieczeństwa dostaw gazu. Parlament Europejski pracując nad rozporządzeniem, kierował się interesem całej Unii. Drugim takim aktem, przy którym pracowałam, była zielona księga ws. emerytur. Oba te dokumenty zostały dobrze przyjęte dzięki zbieżności interesów, ale także umiejętności negocjacyjnych poszczególnych posłów-sprawozdawców, szefów grup politycznych, czy szefów delegacji.

Jednym z przejawów unijnej solidarności jest wspomniane rozporządzenie ws. gazu, innym – unijna polityka spójności. Czy w kolejnej perspektywie budżetowej uda się utrzymać wysoki stopień jej finansowania?Dyskusje dotyczące polityki spójności trwają i są bardzo trudne. Wspaniałym obrońcą krajów, które są za zachowaniem polityki spójności, jest właśnie Polska. Z olbrzymim zainteresowaniem spotkał się np. raport ministerstwa rozwoju regionalnego dotyczący polityki spójności prowadzonej w Polsce oraz środków z funduszy europejskich, które wracają do bogatszych krajów Unii Europejskiej [np. w postaci kontraktów z zachodnioeuropejskimi firmami, które realizują inwestycje ze środków europejskich w Polsce – MM].

A jak ocenia pani wykorzystanie funduszy unijnych w Polsce i Europie do tej pory?Jeżeli chodzi o wykorzystanie funduszy na infrastrukturę techniczną, to jesteśmy oceniani pozytywnie. To, co najbardziej mnie martwi, to fakt, że Europejski Fundusz Społeczny, a więc środki mające na celu między innymi zwiększenie zatrudnienia w kraju, ma bardzo słabe powiązania z rynkiem pracy. Oferujemy czasem bardzo ciekawe szkolenia, które jednak nie przekładają się na zdobycie miejsc pracy przez beneficjentów. Czasem kształci się wręcz ekspertów w dziedzinach, w których rynek pracy jest już nasycony. W roku 2000 na Opolszczyźnie realizowaliśmy projekt z Niemcami i Duńczykami dotyczący wdrożenia nowoczesnych metod tzw. aktywizacji rynku pracy. W ramach projektu monitorowaliśmy potrzeby rynku pracy i raz na kwartał analizowaliśmy potrzeby ponad stu przedsiębiorców w każdym powiecie, czyli w skali województwa ok. 1200 firm. To przynosiło bardzo dobre efekty i bardzo przydatne informacje o zapotrzebowaniu na pracowników z konkretnymi kwalifikacjami. W pewnym momencie skończyły się środki na ten cel z Unii Europejskiej i skończył się projekt. Niestety zaniechaliśmy dalszego monitorowania. Dzisiaj po 10, 11 latach byłby to świetny materiał do wykorzystania przy projektach finansowanych z Funduszu Społecznego. Beneficjenci po szkoleniach znajdowaliby zatrudnienie w znacznie wyższym wymiarze niż ma to miejsce dzisiaj. Mieliby satysfakcję z pracy, którą wykonują, podnosiliby standardy życia swoich rodzin. Tym narzędziem najlepiej walczylibyśmy z biedą w kraju i obok prowadzenia mądrej polityki na arenie międzynarodowej wzmacnialibyśmy swoje propozycje stając się bogatym krajem.

  • Danuta Jazłowiecka – posłanka do Parlamentu Europejskiego, członkini Komisji Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE, była wiceprzewodniczącą Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, w której prowadziła także kampanię Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego.
Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa