Nowak: Gowin – barbarzyńca

Sprzeciw ministra Gowina wobec konwencji Rady Europy w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet obnażył barbarzyńskie zaplecze jego myślenia


Sprzeciw ministra Gowina wobec konwencji Rady Europy w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet obnażył barbarzyńskie zaplecze jego myślenia. Tego rodzaju afirmacja naturalizmu prowadzi jednak do niebezpiecznych konsekwencji. Nie tylko wyklucza chorych i słabych, ale także otwiera przestrzeń dla akceptacji homoseksualizmu i aborcji, w której konserwatywni katolicy mogą się poczuć nieswojo.

Antyczny, męskocentryczny poganizm

Minister Gowin jest barbarzyńcą. Ten absolwent filozofii, doktoryzujący się ze współczesnej historii kościoła katolickiego w Polsce jest wyznawcą osobliwej mieszanki poglądów, które najprościej można określić jako post-nietzschański poganizm. Minister Gowin wydaje się być chrześcijaninem, odwołania do katolicyzmu są widoczne choćby na jego stronie internetowej. Nie dajmy się jednak zwieść. To tylko pozór, mądrość etapu. Jarosław Gowin to poganin sprytny i przebiegły, wie, że chwilowo nie może afiszować się ze swymi poglądami. On czeka. Jest realistą politycznym. Jako taki wie, że w wielu wypadkach cel uświęca środki. Jednakże ostatnimi czasy albo czujność ministra Gowina osłabła, albo uznał, że czas dojrzał i może się odsłonić.

CC-BY-NC-ND 2.0 by Jens Vermeersch

Stało się tak, gdy jako minister sprawiedliwości sprzeciwił się ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. To tak zwany „suchy”, „nagi” fakt, domagający się interpretacji. Uzasadniając swój sprzeciw, Jarosław Gowin argumentuje, że pojawiające się w konwencji złowrogie słowo „gender”,  jak również sformułowania o społecznie i kulturowo konstruowanych rolach płciowych przymuszą Polskę do „promowania homoseksualizmu”. Ponadto w jego argumentacji pojawia się twierdzenie, że kulturowe i społeczne, historycznie uwarunkowania ról płciowych stoją w jawnej sprzeczności z judeochrześcijańskim rdzeniem aksjologicznym konstytucji.

Obraz wydaje się klarowny, wychowanek ks. Tischnera, członek Rady Episkopatu do spraw dialogu z niewierzącymi, wieloletni redaktor naczelny pisma „Znak” po prostu wyraża jasno swoje stanowisko aksjologiczne. Wydaje się też, że mamy tu do czynienia z jasnym zdefiniowaniem pozycji w jednej ze współczesnych „wojen kulturowych”.

Nic bardziej mylnego. Nie oceniajmy poglądów ministra Gowina zbyt pochopnie, stereotypowo. Powiedzmy sobie jasno, że postawa ministra Gowina to barbarzyństwo, przedchrześcijański antyczny męskocentryczny poganizm. W odróżnieniu od postaw wynikających z resentymentu, promujących antynaturalistycznie motywowaną ochronę słabych, ofiar przemocy, minister Gowin ma odwagę afirmować biologicznie pojmowaną naturę.

Naturalizacja przemocy i samoafirmacja silnych

Podobnie złudna będzie stereotypowa i pochopna ocena stosunku ministra Gowina do homoseksualizmu. Gowin, który obraca się w męskim, homospołecznym piekiełku polskiej polityki, w homoseksualistach widzi zagrożenie, które ujawni i obnaży pustkę tego mizoginicznego, męskocentrycznego światka (Por. Eve Kosofsky Sedgwick, Męskie pragnienie homospołeczne i polityka seksualności, w: „Krytyka Polityczna” nr 9-10/2005; B. Warkocki, Homo niewiadomo. Polska proza wobec odmienności, Warszawa 2007). Homofobia Gowina to lęk przed okrzykiem „król jest nagi”. Nie o tożsamość seksualną tu przecież chodzi, nie o ocenę tejże w świetle nauk kościoła katolickiego, ale o kruchą fikcję patriarchalnej władzy i jej obronę.

Lęk przed tym, abyśmy zabraniali przemocy wobec kobiet, ma to samo źródło. Czemu mamy zabraniać bicia, przemocy, skoro to „naturalne”? Minister Gowin obawia się naruszenia patriarchalnej dogmy. Dlatego wbrew deklaracji o przywiązaniu do judeochrześcijańskiej aksjologii broni on biologistycznie rozumianej natury ludzkiej. Biologia rozumiana jako synonim natury to w gruncie rzeczy obrona status quo, czynienie przygodnej historycznie sytuacji czymś, co ma w sobie konieczność. W świecie, który odrzuci antynaturalistyczne mrzonki, nie powinniśmy spierać się z prawdą bytu. Przemoc wobec kobiet jest w tym ujęciu faktem, nie powinniśmy temu zaprzeczać. Zakaz bicia, bycie przeciw przemocy wobec kobiet to próba powiedzenia „sprawdzam”, podważenia prawa zwyczajowego, społecznego (nomos), które stało się tak oczywiste, że wydaje się prawem natury (physis). Postawa Jarosława Gowina to szczere wyznanie kogoś, kto jest po stronie mocy, siły. Nie boi się on powiedzieć, że jest po stronie zwycięzców. To świat, w którym stroną wygraną jest heteronorma, patriarchat.

CC BY 2.0 by jurvetson

Minister Gowin nie ulega owczemu pędowi antynaturalistów, nie wikła się w jakieś społeczne konwenanse. Ma odwagę powiedzieć jasno: precz z płaczliwym, reakcyjnym sprzeciwem wobec afirmacji woli mocy. Wygrana należy się wygranym, sprzeciw wobec przemocy to biadolenie słabych, którzy z braku woli mocy nie są w stanie się samoafirmować bez resentymentu. Widać to po stosunku ministra Gowina do kapitalizmu, daleki jest on od nauk Jana Pawła II (osoby na której nauczanie się powołuje). Ten ostatni chciał łagodzić udręki wolnorynkowego świata nawoływaniem do poszanowania godności osoby ludzkiej. Minister Gowin nie ma takich złudzeń, szczeremu poparciu dla walki na arenie kapitalizmu dał wyraz w swym obsesyjnym dążeniu do deregulacji zawodów. Precz ze zmową słabych, którzy za zasłoną prawa ograniczają szczerą pogańską samoafirmację silnych. Przewodnicy czy taksówkarze muszą się wykazać odwagą, siłą i przebiegłością. Tu nie ma miejsca na mrzonki, świat to arena i pamiętać się będzie tylko o tych, którzy przeżyli. Tak, to porywająca wizja, niegdyś była dość ona dość popularna w Europie, miała swoje lepsze i gorsze dni.

Paradoksalne  konsekwencje naturalizmu

Jest tylko jeden maleńki kłopot. Minister Gowin przez swoją szczerość może narazić się nie tylko feministkom z ich obsesją na temat płci kulturowej. Otwarte afirmowanie barbarzyńskiego kultu biologiczności, pogańska aprobata naturalizmu może doprowadzić do zgrzytów z katolickim sprzymierzeńcami ministra Gowina. Oni mogą nie zechcieć za nim podążyć. Tak to już jest, że mali, słabi duchowo (a może i cieleśnie), ściągają w dół nadludzi. Biadolą coś o sprawiedliwości, szacunku dla słabszych, godności każdego człowieka. Nie wiadomo zresztą, czy to ich szczere poglądy, czy tylko strategia mas stosowana przeciw wielkim jednostkom. Zdarza się, że ich głos jest słyszalny, obecny, także w konstytucji.

Z różnych powodów wielu z nich, choć nie byli kształceni w naukach filozoficznych i teologicznych, może poczuć się nieswojo. Minister Gowin może być dla nich nieczytelny. Czy jeżeli ktoś z biologii wywodzi role płciowe i podziałom o nie opartym przyklaskuje, będzie sprzymierzeńcem w sporach o aborcję, homoseksualizm i eutanazję? Przecież biologiczne „tak” dla cielesności to także powiedzenie „tak” dla naturalnych przecież poronień. Czy bycie po stronie biologii to nie jest zgoda na pozostawienie samym sobie kalek, chorych starszych? Jeżeli raz skończymy ze społeczno-kulturowym antynaturalizmem, to przecież bez sensu będzie krytykowanie także homoseksualizmu. Przecież i w tej kwestii biologia mówi zdecydowane „tak”.

Chrześcijańskie dowartościowanie cielesności

Przypadek ministra Gowina to dobra ilustracja pewnej zasady (zaryzykowałbym, że jest ona dość uniwersalna). Sprzeciw wobec konwencji o przemocy wobec kobiet mógł być dyktowany dwoma powodami: ignorancją albo cynizmem. Pierwszy przypadek każe nam zwątpić w merytoryczne kompetencje ministra. Przypadek drugi – cynizm – to pytanie o niezbędne kompetencję moralne.

Konserwatysta katolik, który legitymizacji dla swych wygłaszanych publicznie poglądów szuka w biologicznie rozumianej naturze ludzkiej, to naprawdę smutny przykład albo zagubienia intelektualnego, albo cynicznego barbarzyństwa.

CC BY 2.0 by Paul-Simpson.org

Kilka miesięcy temu Marek Woszczek napisał tekst zatytułowany „Queerowanie teologii. Projekt w realizacji”. Pokazał w nim jasno, dlaczego chrześcijanin, o ile jest konsekwentny, musi  dowartościować cielesność, pozostając równocześnie antynaturalistą (o ile przez naturalizm rozumiemy prosty biologizm). Dowartościowanie cielesności jest konieczne, o ile nie chcemy się stoczyć w doketyczny lęk przed materią. Z kolei antynaturalizm jest konieczny, gdy zdajemy sobie sprawę z filozoficznej zawartości antropologii chrześcijańskiej i postchrześcijańskiej. Oczywiście nie musimy być chrześcijaninem, wtedy te antropologiczne i filozoficzne problemy nas nie dotyczą. Wydaje się, że minister Gowin poszedł tą drogą, taktycznie tylko wspominając coś o judeochrześcijańskiej aksjologii w konstytucji. Byłoby dobrze, gdy jednak minister sprawiedliwości jaśniej przedstawił nam choćby zarys swego systemu aksjologicznego. Nie jest to konieczne na wielu stanowiskach politycznych, jednakże to piastowane przez ministra Gowina chyba jest pod tym względem szczególne. Gdyby się zatem okazało, że Jarosław Gowin jest jednak chrześcijaninem, prosiłbym, aby zechciał się zapoznać i zmierzyć z poniższym, obszernym cytatem z tekstu Marka Woszczka wydrukowanego w piśmie, które przez wiele lat było mu bardzo bliskie:

Nie ma i nigdy nie było żadnego zobowiązania a priori ani nawet przesłanki, wbrew ideologiom płci konserwatywnych, posttomistycznych personalizmów, by za konieczne uznawać pozostawanie sakramentologii i teologii zbawienia przy narracji o upłciowionym ciele jako naturalnym obiekcie mapowanym binarnie qua wizualnie ustabilizowanych różnicach organów. (…) Odrzucając świadomie zaplecze antycznej, heteroseksistowskiej ideologii płci (konkretnie: męskości), widzimy, jak radykalne konsekwencje teologiczno-społeczne może mieć dla chrześcijan ta transfiguracja eklezjologii: stawia ona jednocześnie waleczne zastępy chrześcijańskich fundamentalistów, toczących swoje antygejowskie krucjaty, w moralnie dwuznacznej i głęboko pogańskiej pozycji.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

2 komentarze “Nowak: Gowin – barbarzyńca”

Skomentuj

Res Publica Nowa