GÓRSKI: Wydobyć skarb samorządności

Decentralizacja Polski nie jest rozwiązaniem doskonałym, ale lepszego nie wymyślono


Choć o konieczności zmiany polskiej polityki mówi się od kilku lat – od kiedy spór dwóch obozów stał się nie tylko nieznośny, ale także przynosi określone straty dla państwa – to dopiero w ostatnich tygodniach pojawiła się w przestrzeni publicznej poważna propozycja nowych reguł gry.

Co się kryje za decentralizacją?

Więcej kompetencji w ręce samorządu wojewódzkiego, większe budżety samorządowe poprzez bezpośrednie wpływy z danin publicznych, koordynacja międzywojewódzka standardów oraz wzmocnienie strategicznych obszarów państwa, takich jak polityka zagraniczna i obronna, polityka społeczna, to założenia projektu decentralizacji Polski.

Piotr Zaremba, w swoim artykule polemicznym, nazywa zwolenników tego podejścia „faktycznymi federalistami”. Twórcy projektu mocno podkreślają jednak, że są za modelem państwa unitarnego, tyle że zdecentralizowanego symetrycznie. Słysząc te wszystkie pojęcia można odłożyć czytanie, ale przecież nie o pojęcia tu chodzi – chyba, że ktoś chce nimi zręcznie grać na emocjach – lecz o to, jakie rozwiązanie się za nimi kryje oraz, co przede wszystkim każdego z nas powinno interesować, jakie mogą być jego konsekwencje. Temu warto się przyjrzeć.

Ilustracja: Paweł Kuczyński

Dla każdego coś miłego

Zmuszony jestem poprzestać w tym miejscu na kilku impresjach, więcej dowiecie się z artykułów i wywiadów, które znalazły się w tym numerze. Co więcej, i wydaje mi się to szczególnie wartościowe, można o tym projekcie opowiadać na kilka sposobów, odwołując się do różnych wrażliwości społecznych i politycznych, patrzeć na niego z różnych perspektyw, i z każdej widzieć w nim korzyści.

Dla jednych może być to projekt modernizacyjny, dla innych nawiązanie do najlepszych polskich tradycji, inni będą widzieć w nim wzmocnienie instytucji państwa czy dokończenie reformy samorządowej, a jeszcze inni spełnienie idei demokracji. To powoduje, że jest on niezwykle inkluzyjny, dlatego popierają go osoby o wrażliwości lewicowej, liberalnej i konserwatywnej. A co ciekawsze spełnia wszystkie te obietnice jednocześnie.

Przeciw społecznym programistom

Sceptyczni są jedynie ci, którzy nie zgadzają się na chodzenie na kompromisy w sprawach dla siebie pryncypialnych, co w tym przypadku oznacza chęć zbawienia wszystkich Polaków według własnej ewangelii. To zbawienie może odbywać się w myśl zasad konserwatywnych, liberalnych lub lewicowych, i choć to zupełnie odmienne wizje, wszystkie je łączy chęć narzucenia ich a priori tym, którzy fundamentalnie się z nimi nie zgadzają. W najlepszym przypadku uciszyć. Religie polityczne nigdy nie kończyły się dobrze dla społeczeństw, poddawanym takim eksperymentom.

Decentralizacja więc to nie pomysł, w którym ma zostać zrealizowany plan jednego bądź drugiego wizjonera, chcącego zostać twórcą własnego świata społecznego lub idealnego państwa. Takie osoby powinny nauczyć się pisania skryptów i tworzyć własne gry komputerowe RTS, takie jak Settlers czy Europa Universalis, a nie starać się wszczepić swój software w umysły wszystkich obywateli i instytucji. W tym względzie projekt pogłębienia decentralizacji w Polsce jest bliższy ideałowi demokracji  z wszystkimi jej niedoskonałościami i czerpiącej inspiracje z państw choćby takich jak Szwajcaria  niż inżynierów społecznych marzących o państwie i społeczeństwie działających jak szwajcarski zegarek.

Pochwała niedoskonałości

Parafrazując słynne powiedzenie o demokracji można powiedzieć więc, że decentralizacja Polski nie jest rozwiązaniem doskonałym, ale lepszego nie wymyślono. W szczególności może się sprawdzać w silnie spolaryzowanym społeczeństwie, w którym mniejsze jednostki samorządu terytorialnego budują różne, bardziej dopasowane do lokalnych potrzeb i wrażliwości strategie rozwoju i przepisy prawne.

Czy za sprawą przedłożonego projektu decentralizacji, niczym w rękach sprawnego jubilera, ten skarb samorządności zyska na wartości? W jaki sposób może uszlachetnić Polskę?

Na te pytania odpowiedziałbym, że wzmocni kapitał społeczny, kulturowy i gospodarczy. Oczywiście, nie staniemy się od razu światowymi, ani nawet Europejskimi liderami, ale będzie to poważny impuls rozwojowy. W jednych województwach sprawy mogą pójść lepiej, w innych nieco gorzej, ale wszystkie będą miały możliwość uczenia się od siebie, sprawdzania, które rozwiązania sprawdzają się lepiej, a które zawodzą.

Nowy potencjał

Zdobyta w ten sposób wiedza, będzie dostępna politykom, urzędnikom, ekspertom, dziennikarzom oraz każdemu innemu obywatelowi, co daje nadzieję na podniesienie poziomu debaty publicznej. Choć pamiętajmy, że wiedza nie zawsze przekłada się na podejmowane decyzje, a dostęp do informacji nie jest automatycznym zabezpieczeniem przed populizmem czy fake newsami.

W zdecentralizowanej Rzeczpospolitej będzie więcej odpowiedzialnych stanowisk publicznych, a co za tym idzie, więcej osób będzie zdobywało doświadczenie w zarządzaniu sprawami publicznymi. Co prawda będzie się ono odbywało na mniejszą skalę, ale dzięki temu będzie również bardziej sprawne. Łatwiej bowiem sterować jachtem, niż dużym okrętem. Również nauka na mniejszych jednostkach jest łatwiejsza i może ją przejść więcej osób. Doświadczenie i wiedza z samorządnych regionów stanowiłby nowy zasób dla Polski.

Ten czynnik otwiera również partie i inne podmioty wyborcze na nowe osoby chcące angażować się w życie społeczne i polityczne, chcące zmieniać świat wokół siebie. Mniej z nich byłoby wycinanych wewnątrz struktur partyjnych – w których obecnie rywalizuje się o nieliczne stanowiska – więcej z kolei zostałaby poddanych demokratycznej weryfikacji. Wymienione elementy w dużym stopniu zmieniają zasady gry polskiej polityki.

Linki do tekstów znajdziesz na końcu

Strachy na Lachy

Pojawiają się obawy, że samorządy zostaną przejęte przez lokalne sitwy i kliki, a tamtejsze układy zostaną zabetonowane. Opierają się one na doświadczeniach z obecnego systemu. Zapewne żadne rozwiązanie, prócz opartego na transparentnym losowaniu, nie uchroni przed tego rodzaju patologiami. Istotne jednak, by funkcjonowały mechanizmy mogące zmniejszać ryzyko ich występowania, również poprzez wzajemną kontrolę różnych poziomów władzy.

W przypadku zdecentralizowanej Rzeczpospolitej pewne instrumenty kontroli pochodziłyby z poziomu wojewódzkiego. Jeśli ktoś w dzisiejszym modelu centralistycznym upatruje nadzieję na radzenie sobie z lokalnymi patologiami, to trudno zrozumieć źródła tej wiary, skoro to właśnie obecny system przed nimi nie zabezpieczył, ani sobie z nimi nie poradził. Z jakiegoś powodu ufają więc w nadejście szeryfa, który przyjedzie z Warszawy i rozbije lokalny układ, a przecież w jednym i drugim przypadku będą wybierać ci sami ludzie.

Poziom wojewódzki jest również na tyle duży, porównywalny pod względem powierzchni i liczby ludności z państwami europejskimi, by zabezpieczyć przed powstaniem hermetycznych układów. To na jego poziomie wchodziłoby w grę realna rywalizacja polityczna, z którym mamy do czynienia obecnie na poziomie centralnym. Jednak strony sporu nie dostawałyby z Warszawy kukułczego jaja z którym chcąc nie chcąc muszą sobie radzić. W Polsce zdecentralizowanej mogłyby tworzyć osie podziałów uwzględniające lokalne wrażliwości społeczne i polityczne, a nie być ustawianych w rolach narzuconych z debaty publicznej na poziomie centralnym.

Polskie czy narodowe nie znaczy centralne

Polska mieści różne postawy, różne wrażliwości społeczne i polityczne. W zdecentralizowanej Polsce tę prawdę łatwiej byłoby uznać, a co ważniejsze mogłaby być urzeczywistniana. Nie dochodziłoby więc do sytuacji, w której któraś jedna partia polityczna porywa polską politykę narzucając swoje rozumienie polskości czy to w edukacji czy kulturze, a także w przepisach prawnych dotyczących spraw światopoglądowych.

A przecież, jeśli u sterów obecnego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego staje minister związany z Małopolską, Mazowszem lub Pomorzem, to czy polityka kulturalna staje się z tego powodu mniej lub bardziej polska? Czy Wawel przestałby być dobrem narodowym, jeśli byłby zarządzany z poziomu regionalnego? Przykład Zamku Królewskiego w Krakowie podaję prowokacyjnie, chcąc również wyjaśnić mechanizm zarządzania na poziomie centralnym oraz kiedy jest ono potrzebne.

W kulturze, podobnie jak w innych dziedzinach – choćby edukacji, o czym więcej można przeczytać w wywiadzie z Alicją Pacewicz – w niektórych przypadkach wymagane jest zarządzanie lub koordynacja centralna W przypadku kultury wyznacznikiem są zbyt wysokie koszty utrzymania danej instytucji kultury przez pojedynczą jednostkę samorządową, jej podleganie wyłącznie władzy centralnej poprzez dzieje lub ze względów funkcjonalnych.

Przywołany Wawel podlegałby zatem kolegium wszystkich wojewódzkich ministrów kultury. W ten sposób uniknęlibyśmy również konfliktów wynikających z niejednoznaczności związanych z kierowaniem i finansowaniem danej instytucji kultury, o czym mogliśmy się ostatnio przekonać w przypadku Europejskiego Centrum Solidarności.

Zdecentralizowany budżet państwa

Jeśli ktoś właśnie zastanawia się skąd samorządy mają brać pieniądze na te oraz znacznie liczniejsze zadania niż dotychczas, odpowiedź jest prosta. Również w obszarze finansów projekt zdecentralizowanej Rzeczpospolitej zakłada zmianę zasad gry. Więcej wpływów z danin publicznych trafiałoby właśnie do samorządów. Mikołaj Herbst i Tomasz Kaczor we wspólnym artykule przedstawiają jakie zmiany mogłyby zostać wprowadzone oraz jakie byłyby ich konsekwencje dla regionów.

Sprawa finansowania jest niezwykle ważna, bowiem, jak przekonuje Antoni Dudek, zapewnienie dochodów własnych samorządom na zadania przez nie wykonywane jest kluczowe by decentralizacja nie pozostała w sferze deklaratywnej, nie była mirażem.

Impuls rozwojowy

Jedno z bardziej nurtujących pytań dotyczy wpływu przekazania dodatkowych kompetencji, a przede wszystkim środków finansowych na rozwój regionów. A szerzej, czy stanie się to impulsem rozwojowym dającym Polsce również szansę na wydostanie się z pułapki średniego dochodu?

Nie ma sprawdzonej i ostatecznej recepty na sukces w tym wymiarze. Innowacyjności bowiem nie da się zadekretować z centrum, strumienie pieniędzy również nie wystarczą. Różnorodność doświadczeń, dzielenie się nimi, a niekiedy konfrontowanie pozwala na wydobywanie z naszego umysłu tego, co dotychczas nieodkryte. W zdecentralizowanej Rzeczpospolitej, nie starającej się glajchszaltować wszystkich obywateli podług wymarzonego przez społecznego programistę wzoru, szansa na to rośnie.

Poprzez pokazywanie funkcjonowania różnych rozwiązań i zdobywanie na ich podstawie wiedzy o życiu publicznym i instytucjach, umożliwianie zdobywania doświadczeń w zarządzaniu publicznym większej liczbie osób, zwiększenie poczucia sprawczości dzięki przybliżeniu polityki do obywateli, system zdecentralizowany ułatwia wykorzystywanie tego, co państwo ma najcenniejsze, czyli ludzkich zdolności. Polska nie może sobie pozwolić na ich utratę.

Rozmowa o reformach na taką skalę jak są proponowane w projekcie Zdecentralizowana Rzeczpospolita nie jest łatwa. Nie można pomijać zagrożeń, jakie się z nimi wiążą, ponieważ tylko w taki sposób można zabezpieczać się przed niepożądanymi skutkami lub nie popadać w doktrynerstwo. Dlatego zapraszamy do dyskusji na naszych łamach zarówno zwolenników, niezdecydowanych oraz krytyków.

Piotr Górski  redaktor prowadzący Res Publikę Nową, historyk idei.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa