GÓRALCZYK: Europa pęknięta i spolaryzowana

Ofensywa dwóch „nieliberalnych demokracji" przyniosła sukces, bowiem niemiecka prezydencja, i osobiście pani kanclerz Angela Merkel, wyraźnie ustąpiła, idąc na kompromis.


Unia Europejska (UE) jest wielce skomplikowanym organizmem, zbudowanym na dwóch odmiennych filozofiach: międzyrządowości, odzwierciedlonej w Radzie, oraz ponadnarodowości, widocznej w funkcjonowaniu Komisji i Parlamentu. Tym samym bezustannie ścierają się w niej tendencje federalistyczne i konfederacyjne, mówiące o Europie (suwerennych) Ojczyzn.

Ten spór ujawnił się nam w całej okazałości przy okazji groźby polsko-węgierskiego weta, o czym tak głośno było od miesięcy, a szczególnie w ostatnich tygodniach. Ostateczne rozwiązanie, czyli przyjęty na szczycie 10 grudnia kompromis, będzie – i jest od pierwszej chwili – bardzo różnie interpretowany. Formalnie wszyscy ogłoszą się zwycięzcami, bowiem budżet i pieniądze na cele pomocowe zostaną uruchomione. Jako obywatele nadal będziemy więc korzystać z dobrodziejstw członkostwa.

Berlin pozwolił

Faktycznie jednak sprawy nabrały poważnego wymiaru, bowiem prawdziwym zwycięzcą może się czuć inicjator ostatniego zamieszania, węgierski premier Viktor Orbán, który umiejętnie wykorzystał swoich ideowych pobratymców w Warszawie do znacznego wzmocnienia swego, pojedynczo słabego głosu.

Ofensywa dwóch „nieliberalnych demokracji” przyniosła sukces, bowiem niemiecka prezydencja, i osobiście pani kanclerz Angela Merkel, wyraźnie ustąpiła, idąc na kompromis. Pani kanclerz chciała mieć sukces – i podział pieniędzy – na koniec prezydencji, jak też podobnym sukcesem ukoronować zmierzającą do końca swoją długoletnią karierę.

Tyle tylko że niemieckie zachowanie jest dość jednoznacznie traktowane jako mocne ustępstwo w kręgach opowiadających się za federalizmem i wzmocnieniem ponadnarodowości, czemu „moralny wyraz wzburzenia” dał wpływowy George Soros i wielu ekspertów, jak Jan Werner-Mueller czy Wojciech Sadurski. Są autentycznie wzburzeni, a stanowisko Niemiec, i w ślad za tym instytucji unijnych i pozostałych 25 państw członkowskich, traktują jako „porażkę”, a nawet „nowe Monachium” na ścieżce dalszej integracji.

Tym bardziej że Viktor Orbán, który niewątpliwie był tutaj głównym rozgrywającym obok pani kanclerz Merkel, natychmiast po kompromisie ogłosił swoje „wielkie zwycięstwo” i w takie też tony natychmiast uderzyła węgierska rządowa propaganda. Jak napisano wielkim tytułem na rządowym portalu Origo: „Bruksela nie będzie w stanie nas szantażować, nie jest w stanie wprowadzić nowej broni przeciwko nam”.

Czemu nawet trudno się dziwić, gdyż Orbán osiągnął to, co chciał: procedury sprawdzania praworządności, przez naszego premiera Mateusza Morawieckiego cały czas konsekwentnie i intencjonalnie nazywane „tak zwaną praworządnością”, zostały odsunięte w czasie, a na dodatek mają obejmować tylko okres od 2021 r., a nie wstecz, czego obawiał się węgierski lider, mający na karku unijną instytucję antykorupcyjną OLAF, jak też wiele oskarżeń o defraudacje czy korupcję na sumieniu.

Ideowy klincz

Przez dwa dodatkowe lata, które węgierski premier dostał, będzie on w stanie dostosować się do nowych uwarunkowań, a nade wszystko przeprowadzić według własnej woli następne wybory parlamentarne, przypadające z harmonogramu na wiosnę 2022 r. O to Orbán grał, i to otrzymał: będzie nadal panem w swoim domu i będzie robił w nim, co chce i jak chce, co tak bardzo oburza Sorosa i liberalnych ekspertów.

Warszawie w tej rozgrywce niestety przypadła rola listka figowego, a nawet, jak mówią niektórzy, posłusznego narzędzia w rękach zaradnego i sprawnego węgierskiego premiera. Chociaż intencje były te same co w Budapeszcie – uchronić samodzielność swoich rządów, reakcje sił najbardziej skrajnych w polskiej koalicji rządzących, skupione wokół partii ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro, wołającego „weto albo śmierć”, zdają się wskazywać, że przyjęcie prawnie obowiązującej „klauzuli praworządności” jest jednak dla nich nie do przyjęcia. Obawiają się oni, że wcześniej czy później może nadejść czas, że zmiany w polskim systemie prawnym będą jednak podlegały dokładnemu prześwietleniu przez unijne instytucje.

Innymi słowy, mamy odwrotną stronę medalu: tak jak George Soros i inni są niezadowoleni, że nie wprowadzono procedur natychmiast i bez zastrzeżeń, tak ich polityczni, a nade wszystko ideowi przeciwnicy po przeciwległej stronie politycznej palety na wszystkie możliwe sposoby biją na alarm, że nasza suwerenność jest zagrożona.

Taki stan rzeczy dowodzi, że UE doszła niestety do kryzysu o charakterze aksjologicznym, a poniekąd egzystencjalnym, albowiem oba obozy, dla ułatwienia zwane „federalistami” i „konfederalistami” lub też eurosceptykami i euroentuzjastami, nadal znajdują się w ostrym klinczu, a przyjęty na ostatnim szczycie kompromis niczego pod tym względem nie rozwiązał. Pieniądze, owszem, rozdano, ale ideowy i programowy pat pozostał, czy też został rozwodniony i odsunięty w czasie.

Wspólne wartości, na których opierała się UE, skodyfikowane w ramach „kryteriów kopenhaskich”, począwszy od zasad liberalnej demokracji (w ramach której funkcjonują niezależne od rządu media i społeczeństwo obywatelskie oraz chronione są wszelkie mniejszości), zostały dość poważnie zachwiane. Ale Budapeszt i Warszawa, które tego dokonały, przy niechętnym wsparciu Berlina, stawiają na piedestał interesy, a nie wartości.

Jaka demokracja?

Liberalna demokracja trzeszczy w szwach, a wraz z nią chwieje się dalsza przyszłość projektu integracyjnego (i to niezależnie od jakże przecież turbulentnego brexitu). Mają bowiem rację, Iwan Krastew i Stephen Holmes, którzy napisali w ostatnim tomie, właśnie wydanym i u nas, Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców: „Postnarodowy liberalizm łączony z poszerzeniem granic UE pozwolił aspirującym populistom rościć sobie prawo do wyłącznej własności tradycji narodowych i narodowej tożsamości”.

Te słowa napisano na wiele miesięcy przed ostatnimi turbulencjami związanymi z groźbą polsko-węgierskiego weto. Wyniki szczytu w Brukseli 10 grudnia br., owszem, pozwoliły na podział pieniędzy i budżetu, ale antyliberalnej rewolty w regionie i na kontynencie nie wyhamowały, a kontynent pozostał jeszcze bardziej pęknięty, podzielony i spolaryzowany, przede wszystkim w wymiarze ideowo-politycznym, nie tylko materialnym i gospodarczym, jak było już wcześniej.

Czy ktokolwiek będzie w stanie skleić i przywrócić europejską solidarność w czasach globalnych wyzwań, gdzie europejska spójność jest bardziej pożądana niż kiedykolwiek przedtem? Niestety, na razie ani takiej siły, ani osoby na horyzoncie nie widać. Raczej wszyscy, jak to teraz spektakularnie pokazały Budapeszt i Warszawa, grają na swoje. Demokracja słabnie, a rosną niedemokratyczne czy półdemokratyczne reżimy. Pod tym względem nie tylko nie mieliśmy w Brukseli żadnego przełomu, ale stało się wręcz przeciwnie – narodowe tendencje, egoizmy i partykularyzmy zostały jeszcze wzmocnione, a planowane procedury prawne odsunięte w czasie, ze sporym znakiem zapytania, kiedy i jak ostatecznie wejdą w życie. Nadal mamy więc niepewność i niejasność, chociaż będą przynajmniej pieniądze, które można dzielić.

 


Bogdan J. Góralczyk (@b_goralczyk)– profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW, politolog i sinolog z wykształcenia, hungarysta z zamiłowania. W latach 1991–98 przebywał na placówce w Budapeszcie jako wysoki rangą dyplomata (z czego powstała książka wydana w Polsce i na Węgrzech). Ostatnio przygotował tom pt. Węgierski syndrom: Trianon


fot. Fickr KPRM, https://www.flickr.com/photos/premierrp/with/50652723637/

 

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa