Golgota nasza mać!

Merczyński odwołując spektakl "Golgota Picnic" z pewnością nie spodziewał się, że jego tchórzostwo przed ultrakatolickim protestem zaowocuje tak żywą akcją organizacji projekcji i czytań sztuki Rodrigo Garcii w całym kraju. Sprawa jest oczywista - nikt […]


Merczyński odwołując spektakl „Golgota Picnic” z pewnością nie spodziewał się, że jego tchórzostwo przed ultrakatolickim protestem zaowocuje tak żywą akcją organizacji projekcji i czytań sztuki Rodrigo Garcii w całym kraju. Sprawa jest oczywista – nikt nie może się zgodzić na powrót cenzury prewencyjnej, a ustąpienie Państwa przed nawołującymi do eskalacji przemocy biskupami jest skandalem, który nigdy nie powinien się zdarzyć. Sam protest obrońców wolności słowa, choć mówię tu tylko w oparciu o piątkowy wieczór na Placu Defilad, pokazuje jednak, jak bardzo świat świadomej kultury nie jest do tego sporu przygotowany.

Piątkowe czytanie fragmentów „Golgoty Picnic”, jak można się spodziewać, przyciągnęło zarówno jej zwolenników, jak i przeciwników. Ci pierwsi wypełnili ogrodzony barierkami i taśmami sektor, Ci drudzy zajęli pozycję na schodach przed wejściem do Pałacu Kultury i Nauki. Oddzielał ich stół, który zamienił się w scenę. Tak niefortunnie, że aktorzy usiedli twarzą do zwolenników i plecami do przeciwników. Pierwsze słowa sztuki utonęły w kakofonii dźwięków- zwolennicy wiwatowali, przeciwnicy zaatakowali okrzykami i trąbkami. I tak było już do końca. Atmosfera i nieustanny hałas sprawiły, że każde zdanie sztuki musiało być wykrzyczane. W ten sposób co trafniejsze szybko zamieniały się w slogany nagradzane oklaskami. Miały w łopatologiczny sposób przypomnieć stojącym za plecami przeciwnikom, że potrzebujemy wolnej i odważnej kultury. Nagła interwencja policji, która szpalerem oddzieliła wolność słowa od cenzury sprawiła, że z pewnością poczuliśmy się bezpieczniej. Ale wówczas już było wiadomo, że na koniec każdy pójdzie w swoją własną stronę.

10351660_10203273819880535_2640282027953060784_n

Bardzo żałuję, że nikt z organizatorów tego czytania nie pomyślał, że przed rozpoczęciem warto było powiedzieć głośno wszystkim, dlaczego tu jesteśmy i czemu ideały na naszych sztandarach są takie ważne. Szkoda, że artyści usiedli plecami do przeciwników – to zaprzepaściło wszelkie szanse na to, że druga strona mogłaby chociaż przez chwilę poczuć się zaproszoną do udziały w przedstawieniu. Jasnym jest, że to pewnie i tak by nie zmieniło nastawienia obecnych na placu Defilad fanatyków katolickich. Jednak źle się stało, że nikt nawet przez moment nie wyciągnął do nich ręki.

Kultura i sztuka wymaga pracy. Szmirę od arcydzieła trzeba umieć odróżnić. To oznacza, że trzeba się tego gdzieś nauczyć. Polskie państwo zawiodło nie tylko przy okazji „Golgoty Picnic”, ale także w procesie naszej edukacji. Fakt, że szkoły nie przygotowują dzisiaj do świadomego uczestnictwa w kulturze, a system edukacji kulturalnej publicznych instytucji kultury tylko incydentalnie można nazwać sukcesem, obciąża nas wszystkich. Można uznać wówczas, że Ci, którzy protestują, bo nie rozumieją i swoje sądy opierają na bliskich im autorytetach nie są wrogami, a po prostu ofiarami wykluczonymi nie ze swojej winy z obiegu współczesnej kultury. Myślę także, że fanatycy nie są naszym największym problemem. Realnym wyzwaniem są ci, którym wszystko jedno – nie słuchaj, nie czytają, nie uczestniczą.

Gdybyśmy rozmawiali w kontekście ekonomicznym, to tacy wykluczeni znaleźliby się szybko w centrum naszego zainteresowania. Zamiast dyskutować o tym, w jaki sposób zanieczyszczają naszą przestrzeń publiczną szukalibyśmy możliwości, dzięki którym społeczeństwo albo państwo mogłoby wyciągnąć do nich pomocną rękę. Gdy przechodzimy na sferę światopoglądową i związanych z nią wartości, nasze podejście do efektów działania systemu się zmienia. Nigdy nie rozumiałem liberalnych konserwatystów, którzy przekonywali do obdarzenia człowieka wolnością w działaniach gospodarczych i jednocześnie mu tej wolności odmawiali w kwestiach obyczajowych. Nie chciałbym, żeby z naszej strony sceny politycznej powstał podobny paradoks, wedle którego wspieramy słabiej radzących sobie ekonomicznie i jednocześnie wykluczamy ludzi o słabszych kompetencjach kulturowych.

Oczywiście, że nie wszystkim da się pomóc. Nie wszyscy też tej pomocy chcą. Ale tak samo, jak nie zatrzymuje to naszych dążeń do zapewnienia większej spójności społecznej, tak samo nie powinno nas powstrzymywać przed podejmowaniem sensownych i systemowych działań na rzecz włączenia szerokich grup osób do świadomego uczestnictwa w kulturze. Nasza Ministra Kultury, ale także organizatorzy protestów i wszyscy, dla których to jest ważne, nie mogą stawiać kropki po zdaniu „Nie widzę miejsca dla cenzury prewencyjnej i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek w Polsce można było zapobiec wydarzeniu artystycznemu tylko dlatego, że ktoś – nie znając treści wydarzenia – protestuje przeciwko niemu”. Dlatego oczekuję, że obywatele kultury, czyli my wszyscy usiądziemy wspólnie i zastanowimy się nad tym, co robimy źle i jak możemy wyciągnąć dzisiaj pomocną dłoń do wykluczonych kulturalnie.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa