Głupi Polak po szkole

We wrześniu 2014 roku szykują się masowe zwolnienia w szkolnictwie. Związek Nauczycielstwa Polskiego informuje, że „Z nowym rokiem szkolnym 2014/2015 ponad 3 tysiące nauczycieli straci pracę, ponad 8 tys. będzie miało zmniejszony wymiar pracy“. Ministerstwo […]


We wrześniu 2014 roku szykują się masowe zwolnienia w szkolnictwie. Związek Nauczycielstwa Polskiego informuje, że „Z nowym rokiem szkolnym 2014/2015 ponad 3 tysiące nauczycieli straci pracę, ponad 8 tys. będzie miało zmniejszony wymiar pracy“. Ministerstwo Edukacji Narodowej potencjalne zwolnienia uzasadnia niżem demograficznym. Odpowiedzialność jest rozproszona: w związku z reformami: edukacji oraz samorządową, od końca lat 90-tych uprawnienia w zakresie zatrudniania i zwalniania nauczycieli należą do samorządów.

Dla rządzących – potraktujmy władzę szeroko,  w rozumieniu filozofii polityki, nie prawnych ram wynikających z  Konstytucji i reżimu prawnego – kwestia zwolnień wydaje się naturalna i nieubłagana. Idzie niż, nie zależy to od nas, nic nie da się zrobić, choć wcale nas to nie cieszy, deklaruje Rzeczniczka Ministerstwa Edukacji Narodowej Joanna Dębek.  O ile niż demograficzny jest obiektywnym zjawiskiem społecznym, to działania administracyjne nim podyktowane – już nie, co należy podkreślać w celu rozbrojenia deterministycznej narracji, która króluje w  dyskusji o polskiej  oświacie.

W nowoczesnym państwie za stan edukacji powszechnej odpowiada władza centralna. To, że w Polsce szkoły podlegają samorządom, jest wynikiem konkretnych decyzji politycznych. Decyzje te zawsze, w procesie stanowienia prawa przez Parlament (ustawy) i ministerstwa (rozporządzenia) można zmienić. Te banalne, wydawałoby się, fakty dotyczące polskiej legislacji należy niestety przypominać. Odpowiedzialność za stan i kierunek rozwoju polskiej oświaty ponosi demokratycznie wybrana władza, a nie „demografia“, „rynek“, czy rzekomo niezależne od centralnej kontroli i nadzoru „samorządy“. Dodajmy, że i na poziomie samorządu kwestia nie jest jednolita: szkoły podstawowe i gimnazja nadzorują gminy, szkoły ponadgimnazjalne – powiaty.

Głośno komentowane w ostatnim czasie wyniki raportu PISA oraz raportów dotyczących zadowolenia rodziców z posłania do szkół sześciolatków wprawiły rządzących w zadowolenie. Warto jednak podkreślić, że te sukcesy w dużej mierze są zasługą rodziców i nauczycieli.  Jednak tylko ci drudzy, jako funkcjonariusze publiczni, mogą być elementem świadomej polityki oświatowej. Zgodnie z wnioskami z raportów OECD (PISA, Education at Glance) to właśnie od tego, jak dobrze przygotowany do pracy jest belfer, w największym stopniu zależy edukacyjny i życiowy sukces uczniów.

Dochodzimy więc do paradoksalnego wniosku, że nauczyciele za dobrze wykonaną robotę zostają ukarani masowymi zwolnieniami. Amanda Ripley, amerykańska dziennikarka edukacyjna i autorka książki The Smartest Kids in the World: And How They Got That Way wskazuje Polskę i Koreę Południową jako kraje, które powinny być traktowane przez polityków i edukatorów w USA jako wzorce sukcesu. Jako jeden z elementów skutecznej edukacji w Polsce Ripley wskazuje właśnie kompetentnych nauczycieli. Na kwestię zwolnień można też spojrzeć z punktu widzenia przyszłych pedagogów. W sytuacji, gdy sukces edukacyjny nagradzany jest masowymi zwolnieniami, kto racjonalnie podejmie decyzję o podjęciu pracy w szkole? Niewielkie zarobki i ograniczone perspektywy awansu zawodowego są „bilansowane“ właśnie przez pewność i bezpieczeństwo zatrudnienia. Efekt psychologiczny dla przyszłych kadr w oświacie może być opłakany – nie sposób zachęcić najzdolniejszych absolwentów do podjęcia się pracy w szkole w sytuacji, gdy pensje są małe, a ryzyko zwolnienia – duże.

Sprawa jest o tyle prostsza, że stosunek ilości uczniów do nauczycieli w 2012 roku w Polsce wynosił średnio ok. 10:1, co sytuuję nas w czołówce państw rankingu badanych przez Bank Światowy w tej kategorii. Z wielu problemów, z którymi boryka się oświata w Polsce, za duże klasy i niedobór kadr nie są najbardziej palącymi.

(CC BY-ND 2.0) Moyan Brenn / Flickr
(CC BY-ND 2.0) Moyan Brenn / Flickr

Spojrzenie krótkowzroczne

W związku z obecnym niżem demograficznym zwolnienia w edukacji mogą wydać się postronnemu obserwatorowi czymś oczywistym. Niemniej jednak, jeśli spojrzymy na odpowiednie wykresy Głównego Urzędu Statystycznego, krzywa urodzeń żywych ma kształt sinusoidy. W Roku 2002 osiągnęła rekordowo niski poziom (ok. 360 tys.) i od tego czasu rośnie. Oznacza to mniej więcej tyle, że za kilka lat trend znowu się odwróci, a obecnie zamykane szkoły ponownie będzie trzeba otwierać.  Jednak w tym czasie wielu doświadczonych pedagogów – zgodnie z obecnymi intencjami MEN – ulegnie „przebranżowieniu“. Ich wieloletnie doświadczenie, szerokie kompetencje oraz inwestycje w rozwój  (na ogół za publiczne pieniądze) zostaną zmarnowane. Podobnie z zamkniętymi szkołami. Zakładanie nowej placówki wiąże się z o wiele większymi nakładami, niż dopłacanie przez kilka lat niżu do funkcjonowania instytucji z chwilowo zmniejszoną liczbą uczniów.

Aby otworzyć nowy rozdział polskiej polityki edukacyjnej, należy zmienić paradygmat myślenia o oświacie. Edukacja nie jest – a na pewno nie jest wyłącznie –„usługą“, którą w ramach rozliczeniowego roku budżetowego samorządy świadczą uczniom i rodzicom. Edukacja jest przede wszystkim najskuteczniejszą metodą planowanej na wiele lat inwestycji w to, co w unijnym żargonie nazywa się „kapitałem ludzkim“. Hegemoniczny dyskurs ekonomii w tym wypadku okazuje się użyteczny – mądre nakłady na szkolnictwo przekładają się na większe możliwości życiowe i zawodowe uczniów, a tym samym na wzrost, przesadnie fetyszyzowanego, ale użytecznego jako stosunkowo obiektywny miernik wzrostu gospodarczego, PKB.

Inwestycja, nie wydatek

Zwolnienie 3 tysięcy nauczycieli w skali kraju nie jest po prostu oszczędnością. Zatrzymanie obecnej liczby nauczycieli nie naruszyłoby samorządowych budżetów, a być może w dłuższej perspektywie okazałyby się oszczędnością, biorąc pod uwagę koszty zamykania szkół, otwierania ich ponownie, gdy przyjdzie wyż demograficzny,  a także szkolenia nowych pedagogów na tę okoliczność. Brak zwolnień oznacza zwyczajnie, że nakłady na płace byłyby w skali kraju dokładnie takie same, jak w latach ubiegłych. Zwolnienia oznaczają więc zmniejszenie tej kwoty. Kluczowa dla sprawy jest redefinicja tego, jak myślimy o nakładach na edukację. Powtórzę: edukacja powszechna to inwestycja, nie wydatek.

Wyobraźmy sobie, że pieniądze, które samorządy oszczędziłyby na zwolnieniach 3 tysięcy nauczycieli potraktujemy jako inwestycję. Polski sukces edukacyjny ostatnich lat w dużym stopniu jest efektem prywatnej inicjatywy rodziców: korepetycji, dodatkowych lekcji języków obcych, płatnych zajęć sportowych i artystycznych. Pomyślmy, co by było, gdyby nauczyciele, którym ogranicza się pensum dydaktyczne zostali oddelegowani do prowadzenia darmowych zajęć dodatkowych w ramach szkolnych zajęć pozalekcyjnych. Nauczyciele wychowania fizycznego mogą przecież prowadzić sekcje sportowe, chemicy – dodatkowe zajęcia eksperymentalne, poloniści – kółka literackie i teatralne, nauczyciele języków obcych – rozwijające zajęcia np. z angielskiego. Oszczędności zostałyby więc w rodzinach, co w oczywisty sposób wpłynęłoby na zwiększony poziom konsumpcji, a więc także produkcji w gospodarce. Niestety, obecni decydenci polskiej oświaty wolą w milczeniu przerzucać koszty edukacyjne na rodziców i opiekunów.

Stale zwiększa się także w Polsce liczba dzieci imigrantów: czy nie byłoby racjonalne stworzenie programów dodatkowej nauki języka polskiego dla tych uczniów oraz ich rodzin? Przecież takie zajęcia, nazwijmy je obywatelskimi, mógłby prowadzić każdy pedagog bez względu na specjalność. Szkoła, jako instytucja publiczna, a jednocześnie darzona dużym zaufaniem mogłaby doskonale pełnić taką funkcję państwotwórczą. Podkreślmy: takie rozwiązania nie wiążą się ze zwiększeniem nakładów finansowych – ci ludzie są już w szkołach zatrudnieni. MEN informuje, że ok 100 mln. złotych zostanie przeznaczonych na odprawy i programy pomagające zwalnianym nauczycielom przygotowanie do wejścia na rynek pracy.

Ta wizja nie jest irracjonalna. Dodatkowe i bezpłatne zajęcia organizowane przez szkoły są standardem w krajach o najlepszej na świecie edukacji. Manuel Castells i Pekka Himanem w książce Społeczeństwo informacyjne i państwo dobrobytu na przykładzie Finlandii pokazują, jak ogromną rolę we współczesnym rozwoju gospodarczym i społecznym  odgrywa publiczna edukacja. Czas szkoły XIX wieku – z przepełnionymi klasami, niezmiennymi przez lata podręcznikami i uczniami powtarzającymi dokładnie słowa nauczyciela – bezpowrotnie minął. Szkoła kształcąca dla społeczeństwa wiedzy musi być oparta na zindywidualizowanych relacjach uczeń-nauczyciel. Bezpłatne i powszechne zajęcia dodatkowe mogą okazać się wehikułem, który pchnie polską edukację na wyższy poziom.

Sytuacja kryzysu – w tym wypadku kryzysu demograficznego – jest okazją do pozytywnej zmiany społecznej i ekonomicznej. Kierowanie się wąsko rozumianą i krótkookresową logiką „księgowego“ w edukacji zazwyczaj bywa pragmatycznie nieefektywne. Jak mawiała moja babcia – biedny płaci dwa razy, a głupi całe życie.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa