Euro dla Polaków!

Gdyby rzeczywiście Komorowski zaplanował wprowadzenie euro na styczeń 2016 roku, to od świtu czekałbym przed lokalem wyborczym, żeby na niego zagłosować. Wreszcie miałbym powód!


Kampania prezydencka przypomina mi historię, kiedy Kaligula chciał uczynić konia senatorem. Tym razem mamy nie ze zwierzętami, ale z warzywami do czynienia. Nie chodzi mi o nazwiska – chodzi o ogólny poziom, charakter i samodzielność kandydatów.

Liderzy polityczni pochowali się po kątach, nie chcąc się zderzyć z faworytem – który również zachwytu nie wzbudza, a kampanię prowadzi tak, jakby chciał przegrać. Mimo tych starań raczej mu się to nie uda, głównie z powodu miałkości konkurentów. Nudę rozwiewa pytanie, czy potrzebne będą dwie tury czy wystarczy jedna – z troski o pieniądze podatników wolałbym, żeby była jedna.

Nie można jednak zignorować tego, że  Andrzej Duda postanowił przekonać wszystkich, że wprowadzenie w Polsce euro to katastrofa, a urzędujący prezydent chce do tej katastrofy doprowadzić jak najszybciej. Oba te twierdzenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Pierwsze – na szczęście, drugie – niestety.

Ignorant albo figurant

Pierwszą odsłoną tego dramatu było stwierdzenie Dudy, że prezydent Bronisław Komorowski ustalił datę wprowadzenia euro na 1 stycznia 2016. Gdyby rzeczywiście tak było, to od świtu czekałbym przed lokalem wyborczym, żeby na niego zagłosować. Wreszcie miałbym powód! Dopilnowałbym też, żeby na wybory poszli wszyscy zwolennicy urzędującego prezydenta.

Problem w tym, że słowa Dudy to bzdura. Nie istnieje możliwość, by Polska weszła do strefy euro w 2016 roku. I powinien to wiedzieć każdy, kto ma choćby podstawową wiedzę na temat tego jak funkcjonuje Unia Europejska – a Andrzej Duda jest posłem Parlamentu Europejskiego.

Można z tego wyciągnąć dwa wnioski. Albo Duda nie ma bladego pojęcia o unijnych instytucjach i zasadach funkcjonowania strefie euro – bo nie można przecież oczekiwać, by znał się na wszystkim, choć instynkt samozachowawczy powinien podpowiedzieć mu, by się ignorancją publicznie nie obnosić – albo kandydat PiS na prezydenta wie, opowiada duby smalone i robi to świadomie, bo tak doradzili mu spece od kampanii wyborczej.

To jednak oznacza, że jest człowiekiem bez kręgosłupa moralnego, całkowicie sterowalnym, który nie ma dość charakteru, by sprzeciwić się poleceniu, że ma kłamać w żywe oczy społeczeństwu. Nie ma również elementarnego rozsądku, który podpowiedziałby mu, że ta wypowiedź to strzał w kolano, który może mu poważnie zaszkodzić. Mamy do wyboru: ignorant albo figurant. Która wersja gorsza? Nie wiem.

banner 672x200

Polska – Słowacja

Niestety, to nie jest koniec historii o euro. W kolejnej odsłonie Andrzej Duda wybrał się na Słowację, która przyjęła europejską walutę w 2009 roku, by porównywać ceny. Koszyk produktów na Słowacji okazał się droższy – więc euro oznacza „drożyznę”. Jednak co, jeśli przed przyjęciem euro na Słowacji było jeszcze drożej, a ceny spadły, choć nie do poziomu cen w Polsce?

W Czechach również jest drożej niż w Polsce – i drożej niż na Słowacji – choć Czesi nie weszli do strefy euro.  Co na to kandydat? Pewnie powie, że to argument, żeby nie przyjmować czeskiej korony.

Można też zadać pytanie, dlaczego postanowiono porównywać Polskę ze Słowacją, a nie – na przykład – z Niemcami.  Może dlatego, że od lat porównanie cen promocji w supermarketach jednej z sieci handlowych pokazuje, że najtaniej jest zaopatrywać się na niemieckich promocjach. Płacąc, rzecz jasna, w euro.

I tak dalej. Dlaczego kandydat kupował margarynę, a nie masło? Czy masło nie było droższe, więc efekt propagandowy byłby słabszy?

Polska traci, nie mając euro

Straszenie Polaków euro to odwodzenie ich od korzystnego dla nich rozwiązania.  Nie idealnego, ale lepszego niż obecne. Ceny po wprowadzeniu euro rosną, średnio o 0,1-0,6%. Oczywiście występują również jednorazowe koszty przyjęcia nowej waluty.

W debacie jednak nie pojawia się w ogóle wątek tego, że nie będąc w strefie euro, Polska ponosi – rok po roku – olbrzymie straty. Same koszty transakcyjne szacowane są na setki milionów złotych. Do tego dochodzi wystawienie się na wstrząsy kursów walut oraz większa podatność na ataki spekulacyjne, które dla kraju wielkości Polski mogą być niezwykle bolesne.

Przyjęcie euro daje również korzyści polityczne – zwiększenie wpływu Polski w Unii Europejskiej oraz większe bezpieczeństwo, również militarne. Nikt nie będzie umierał za Gdańsk. Za część strefy euro – prędzej. Widać to choćby  po przypadku Grecji – gdyby nadal obowiązywała tam drachma, pies z kulawą nogą nie pochyliłby się nad greckimi problemami.

Euro i kryzys

Własna waluta ma zapewniać większą elastyczność i chronić przed skutkami kryzysów – tak jak w 2008 roku, kiedy osłabienie złotego wspierało polski eksportowi. Jednak za tą perspektywą stoi nieprawdziwe założenie, że rząd ma wpływ na wartość walut. W rzeczywistości kursem rządzą rynki finansowe – w 2008 roku tak się złożyło, ze waluta osłabła i było to korzystne dla eksportu, ale nie było to celowe wykorzystanie kursu walutowego jako narzędzia.

Nie da się wykluczyć, że podczas następnego kryzysu kurs będzie kształtował się tak, że problemy pogłębi, a nie złagodzi. Stabilny kurs silnej waluty, jaką jest euro, jest bardziej przekonującym narzędziem, niż liczenie na to, że kurs waluty będzie działał na korzyść gospodarki w momencie kryzysu.

Na koniec należy dodać, że wejście Polski do strefy euro wymusi dokonanie zaległych reform strukturalnych – nawet jeśli nie przyjmiemy wspólnej waluty, to reformy goposdarcze mogą nam wyjść tylko na zdrowie.

Euro jest traktowane jako zło, przed którym trzeba się bronić, tylko ze względu na głupotę polityków.  Bronić trzeba się przed politycznym koniunkturalizmem i głupotą stawiania interesu prywatnego ponad społecznym – a z tym mamy do czynienia, gdy politycy odsuwają debatę o przyjęciu euro i przygotowania do wejścia do strefy euro.

fot. Dennis Skley / Flickr / CC
Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa