Przybylski: Euro dla demokracji

Trwanie poza strefą euro to dla Polski regres. Wypadamy poza kluczowy krąg decyzyjny w UE


Pragnienie polityki wielkiego formatu nie wyczerpało się w 2004 r. wraz z wstąpieniem do Unii Europejskiej. Jednak polska klasa polityczna utraciła wówczas zdolność do przewodzenia i stawiania przed Polakami naprawdę istotnych celów, które nadawałyby ramy debacie politycznej. Do takich zagadnień należą: strategia wobec Rosji, dalszy model rozwoju gospodarczego oraz ambicje dotyczące wpływu na losy Europy, w tym poprzez uczestnictwo we wspólnej unii walutowej. Kulejące dziś przywództwo w przyszłości należeć będzie do osoby zdolnej do zmiany status quo.

To właśnie euro wydaje się mieć największy potencjał transformacyjny dla polskiej polityki. Otwiera szereg dylematów i wiąże się z podjęciem ryzyka, którego nie może wziąć na siebie żaden rząd bez wypracowania międzypartyjnego kompromisu, a także uzyskania szerokiego poparcia społecznego.

Jeszcze w trakcie wyborów prezydenckich w temacie wprowadzenia w Polsce euro odbijały sie echem projekty polityczne sprzed ponad 10 lat, ale jakby w krzywym zwierciadle. Andrzej Duda straszył wyborców rzekomym wprowadzeniem euro przez Bronisława Komorowskiego, a ten z kolei nie potrafił zmienić torów debaty politycznej tak, by móc wyjść poza koszyk zakupów z Biedronki.


Tekst pochodzi z najnowszego numeru Res Publiki Nowej: Szał bankiera. Już teraz do kupienia w naszej internetowej księgarni, a także w dobrych księgarniach w całym kraju.

3-okladki-zima-20151

Zachęcamy też do czytania naszych pozostałych publikacji – nowych numerów Visegrad Insight i Magazynu Miasta.


W wyborach parlamentarnych dyskusja na ten temat nie pojawiła się niemal w ogóle i trudno spodziewać się, że nowy rząd będzie aktywnie zabiegał o przystąpienie do unii walutowej. Debata ta najpewniej będzie miała miejsce, ale raczej w ramach okazjonalnych spekulacji niż jako projekt polityczny wymagający zaangażowania parlamentu (jak choćby podczas konferencji „Polska Wielki Projekt” w maju 2015 r.)

Stanisław Kluza zwracał wówczas uwagę środowisku PiS, że zamiast wprowadzania euro w interesie Polski powinno być uzyskanie wpływu na przyszły kształt regulacji wewnątrz unii bankowej. Trudno wyobrazić sobie, jakimi narzędziami ów wpływ miałby być zrealizowany przez partię, która należy do mniejszościowej frakcji Parlamentu Europejskiego, który wraz z Komisją Europejską przyjmuje regulacje akceptowane następnie przez Radę Unii, czyli de facto rządy poszczególnych państw.

Realizacja słusznej ambicji, by wpływać na regulacje unii bankowej, z tak słabej pozycji, jaką ma w Europie rządzące obecnie w Polsce ugrupowanie, ma nikłe szanse powodzenia. Chyba że faktycznie partia ta byłaby w stanie zademonstrować, że rozumie, w jakim momencie politycznym znajduje się pogrążona w impasie UE, a sprawę wprowadzenia euro potraktowałaby nie tylko jako strategię dla kraju, ale także taktykę wejścia w główny nurt polityki europejskiej. To może jednak złudne przekonanie. Przeważnie horyzont polityki określa wysokość słupków sondażowych. Rzadko kiedy politycy potrafią wyjść poza to, co wydaje się niemożliwe i wbrew dominującej narracji wybrać to, co konieczne. Często też, szczególnie w przypadku prawicy, retoryka niepoprawności politycznej jest tylko imitacją pozbawioną uzasadnienia.

W niedawno opublikowanej analizie Centrum Europejskiego Natolin Marek Cichocki rozważał dwa scenariusze Polski wobec przyjęcia wspólnej waluty – jeden zmierzający do wprowadzenia wspólnej waluty wraz z wyznaczeniem daty jej przyjęcia oraz drugi sprowadzający się do zaniechania tego projektu i wybrania opcji pozostawania poza głównymi procesami integracji.

Ten drugi scenariusz okazuje się mniej korzystny dla naszego kraju z powodu ograniczonego uczestnictwa Polski w procesach kształtowania się nowej formuły UE – jakakolwiek by ona nie była – a w dodatku wymagający przyjęcia strategii polegającej na tym, jak w strefie euro nie być. To o tyle ważne, że powszechnie wydaje się, że można po prostu do strefy euro nie przystępować i wszystko zostanie po staremu. Otóż nie – twierdzi Cichocki – zostaniemy wówczas zepchnięci na margines pewnych (choć nie wszystkich) decyzji wspólnotowych, a możliwości współpracy z innymi państwami zostaną poważnie ograniczone.

Z kolei wybór ścieżki ku euro, a w konsekwencji przyjęcie tej waluty dawałoby więcej narzędzi wpływu na politykę europejską dzięki otwarciu nowego rozdziału w kontaktach z Niemcami. Rząd w Berlinie dramatycznie potrzebuje wsparcia w negocjacjach z pozostałymi partnerami w strefie euro przy realizacji tzw. „północnego” modelu zarządzania finansami publicznymi. Przy zachowaniu większej dyscypliny finansów publicznych, relatywnie mniejszym zadłużeniu i lepszych wynikach gospodarczych Polski na tle innych państw wspólnoty rząd w Warszawie byłby tu istotnym sojusznikiem. Potencjalnie miałby o wiele większe pole manewru we wprowadzaniu rozmaitych rozwiązań w ramach Europy, o ile potrafiłby w zamian wynegocjować od Niemiec przychylność i ustępstwa w poszczególnych obszarach: od energii i klimatu po bezpieczeństwo, politykę wschodnią czy imigracyjną.

Warto tu dodać, że małe państwa w otoczeniu Polski, kierując się zbliżoną logiką, w większości już wybrały walutę euro, choć dla nich miało to znaczenie w innej skali. Ze względu na liczebność i pozycję gospodarczą kraju Polska nie powinna jednak tak błyskawicznie przeprowadzać wyżej wspomnianego procesu.

W kontekście współpracy w regionie, w którym Polska nie tylko pretenduje, ale coraz częściej wypełnia oczekiwania innych państw do przewodzenia w negocjacjach z resztą wspólnoty, warto podkreślić, że potencjalnie zyskalibyśmy zapewne większą spójność stanowisk – wzmacniając relacje z Estonią, Łotwą i Litwą, ale przede wszystkim ze Słowacją. To tym ważniejsze, że obecnie nie można mówić o jakiejkolwiek koordynacji ze strony Grupy Wyszehradzkiej w tak newralgicznym obszarze europejskiej polityki jak unia bankowa czy właśnie walutowa.

Oczywiście także w ramach państw Grupy istnieją rozbieżne stanowiska co do strategii. Rysujący się między zwolennikami a przeciwnikami euro podział pokazuje następującą zależność: zwolennicy na podstawie doświadczeń krajów ze wspólną walutą rozpatrują dotychczasowy wpływ na gospodarki i politykę państw w kategoriach poprawy lub co najmniej zachowania status quo w wyniku przyjęcia euro. Przeciwnicy natomiast przede wszystkim wskazują na hipotetyczne zagrożenia w przyszłości, a nie na zrealizowane scenariusze ryzyka dla krajów, które do euro przystąpiły, używając skądinąd mądrego argumentu, by nie poprawiać czegoś, co dobrze działa, bo ryzykuje się fiasko już działających mechanizmów. Fakt – można trwać w istniejącym stanie, ale trzeba być krótkowzrocznym, by sądzić, że bezruch w dzisiejszej dynamice zmian politycznych jest mniej ryzykowny, niż podejmowanie nowych wyzwań.

Wróćmy do podstawowej kwestii nadania kierunku polskiej polityce. Z taką to zresztą ambicją szedł do władzy PiS. Z pewnością coraz istotniejszym problemem dla polskiej demokracji będą wątki gospodarcze. Polacy zaczynają dostrzegać dylematy ekonomiczne i otwierają się na debaty o OFE, kredytach we frankach, kosztach pracy, umowach śmieciowych itp. To dobrze, że debata o ekonomii staje się elementem polskiej kultury politycznej, ale wyżej wymienione troski są istotne zaledwie dla niewielkiego procenta wyborców. Za to kwestia euro – przeciwnie – otwiera zupełnie nowy rozdział w polskiej polityce. Najbardziej prawdopodobny scenariusz w tej sprawie – czyli zaniechanie jakiejkolwiek strategicznej decyzji – będzie się mścić i osłabiać pozycję Polski. Czas więc na poszukiwanie argumentów i metafor, które w kontekście dylematów strefy euro stworzą nowe ramy dla polskiej debaty o znaczeniu ekonomii, tak dla polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej.

Fot.  Jeremy Schultz | Flickr

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa