DOMARADZKI: Szczyt udany, ale pełen niepowodzeń

Przegrała Merkel, fiasko poniosła idea Spitzenkandidata, Timmermas musi obejść się smakiem, Polska też nie ma specjalnie z czego się cieszyć, a Unia jest podzielona.


Z dużym zaskoczeniem czytam komentarze na temat wyboru kandydatów na główne stanowiska w UE. Odnoszę wrażenie, jakby część komentatorów oglądała inne wydarzenie w ostatnich dniach niż ja. Dowiaduje się, że Polska utraciła swoją pozycję, nie potrafi budować koalicji, że rząd będzie się tylko chwalił, ale tak naprawdę nasza pozycja w UE będzie słabła, a nawet, że Polska brała udział w spisku.

Zacznę od końca. Dziś dowiedziałem się, że Polska brała udział w puczu przeciwko mechanizmowi Spitzenkandida. O ile mnie pamięć i wiedza nie mylą, Spitzenkandidatem miał być Manfred Weber, jako przywódca Europejskiej Partii Ludowej, ugrupowania, które zdobyło najwięcej miejsc w Parlamencie Europejskim. Frans Timmermans byłby Spitzenkandidatem Socjalistów i Demokratów, lecz ze względu na wynik wyborczy nie uzyskał legitymizacji wyborczej. Polski rząd odnosił się do kandydatury Webera z rezerwą, ale nie zajmował jednoznacznie negatywnego stanowiska, w odróżnieniu do kandydatury Timmermansa.

Choć od dawna chodziły słuchy, że Weber ma małe szanse na fotel przewodniczącego PE, to odejście od zasady Spitzenkandidata nastąpiło podczas szczytu G20 w Osace, gdy cztery spośród krajów UE uczestniczące w nim (Francja, Niemcy, Holandia i Hiszpania) postanowiły poprzeć kandydaturę Timmermansa odchodząc od niepisanej reguły, że to lider zwycięskiej partii jest głównym kandydatem. To właśnie można nazwać próbą puczu!

Rozumiem argument komentatorów twierdzących, że mechanizm sam w sobie nie jest sztywną normą, gdyż Traktat Lizboński jedynie nakazuje uwzględnienie wyników wyborów do PE, ale przez ostatnią dekadę te same kręgi polityczne wyraźnie podkreślały znaczenie tej zasady, żeby procesy integracyjne posiadały więcej demokratycznego charakteru.

Teraz gdy Holandia, Niemcy i Francja, czyli trzy wiodące państwa w walce o praworządność ochoczo od niego odstąpiły na rzecz dobrej starej zasady zakulisowych rozgrywek same podważyły sens ustalania nieformalnych zasad w Unii Europejskiej. Pozostałe państwa członkowskie UE miały zostać przekonane do kandydatury Timmermansa metodą faktów dokonanych, co wywołało falę oburzenia i rychłą mobilizację pozostałych państw, które dostrzegły niebezpieczeństwo utraty swojego wpływu na proces wyboru szefa KE.

Jeżeli dla Grupy Wyszehradzkiej (a przede wszystkim dla Polski i Węgier) oraz Rumunii była to kwestia pryncypialna, to Włosi dostrzegli sprzeczność lansowanej przez Timmermansa i Francję wizji Europy, ze swoimi problemami wewnętrznymi. Z kolei Irlandia, Chorwacja, Bułgaria oraz państwa bałtyckie chciały bronić Spitzenkandydata ze względu na swoją pozycję w EPL i perspektywę utraty wpływu na przyszłego przewodniczącego wywodzącego się z własnej frakcji w PE. Za cenę poparcia dla Timmermansa bułgarski premier chciał jednocześnie wynegocjować zniesienie Mechanizmu Współpracy i Weryfikacji, który od ponad dekady stanowi protokół rozbieżności  tzw. unijnych wartości praworządnością, walką z korupcją i przestępczością zorganizowaną w Bułgarii. Próbując przehandlować zniesienie mechanizm monitoringu w zamian za udzielenie poparcia Boiko Borisow dał Timmermansowi pocałunek śmierci.

Perspektywy dla Polski

Wracając do kwestii pozycji Polski w UE, należy zauważyć, że będzie ona słabła nie ze względu na prawdopodobny wybór Ursuli von der Leyen, ale ze względu na przesunięcie ciężaru polskiej obecności politycznej w Parlamencie Europejskim w kierunku ugrupowań dążących do zahamowania procesu integracji.

Po pierwsze, członkostwo PiS w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów będącej obecnie szóstą siłą w PE ogranicza możliwości oddziaływania. Po drugie, dla obecnego polskiego rządu główne stanowiska unijne nigdy nie stanowiły priorytetu. Wynika to nie tylko z nie dostrzegania unijnych realiów, ale i obranej polityki wobec unijnych instytucji. Po trzecie, niezgoda między Polską a UE nie dotyczy wyłącznie praworządności, ale także kwestii przyjęcia Euro, czy też przenoszenia kompetencji na poziom unijny.

Tak zdefiniowane priorytety polskiej polityki europejskiej plasują nas na uboczu unijnego mainstreamu, któremu najwięcej politycznej wagi próbuje nadać Macron, a najwięcej ekonomicznej siły dają Niemcy.

Wobec fundamentalnych rozbieżności w kwestii głównych priorytetów integracji między Polską a Niemcami, Holandią, Francją i państwami wokół nich skupionymi, Warszawie pozostaje budowanie koalicji blokujących. Wybory krajowe w państwach unijnych w ostatnim czasie sprzyjają Polsce w osiąganiu tego celu dając możliwość taktycznych sojuszników z Grupą Wyszehradzką, Włochami, Danią czy w państwami bałkańskimi.

Jednak rola Polski będzie malała im bardziej główny nurt integracji będzie wyznaczany przez Francję. Dlatego taktyczny wybór Warszawy padł na opcję niemiecką, którą w dalszym ciągu można szachować chociażby kwestiami historycznymi. Poza tym Berlin jest o wiele bardziej ostrożny w dążeniu do swoich celów niż Paryż.

Oburzenie, że rząd chwali się sukcesem jest o tyle niezrozumiałe, że rząd nie deklarował wcześniej jakichkolwiek innych celów niż udział w wyborze takiego kandydata, który będzie jak najbardziej korzystny dla Polski.

Paradoksalnie próba puczu z Osaki z propozycją Timmermansa na przewodniczącego Komisji była najbardziej niekorzystną opcją dla Polski. Żeby nie dopuścić do wyboru popieranego przez Macrona Timmermansa polski rząd zgodził się na oddanie KE w ręce Niemki, zapewne zakładając, że nie będzie ona tak agresywna wobec Polski ze względu na udzielone jej poparcie. Podejmując tę decyzję rząd nie tylko nie stawiał sobie większych celów, ale zostawił sobie również pole manewru nawet w kwestii przyszłego polskiego komisarza.

Timmermans a sprawa polska

Czy jednak Timmermans byłby lepszym kandydatem dla Polski? Bardzo wątpię. Pod płaszczykiem praworządności kryje się niepohamowana ambicja owinięta w najgroźniejszą broń w postaci sztandaru europejskich wartości. Choć dla wielu w Polsce Timmermans jest uosobieniem walki z autorytarnym rządem, to jego demokratyczna krucjata nigdy nie wyszła poza ramy politycznej poprawności. Jego głównym celem było i nadal jest stanowisko szefa Komisji Europejskiej, a unijne wartości miały go tam wynieść jako obrońcę UE przed niedojrzałymi pariasami w UE.

Jednak ani przez moment swojej pięcioletniej krucjaty, Timmermans nie był w stanie chociażby przycisnąć bułgarskiego premiera w kwestii praworządności w Bułgarii, któremu o wiele bliżej do z rosyjskiej, niż unijnej rzeczywistości. Również, wobec próby całkowitego demontażu sprawnie funkcjonującego mechanizmu karania korupcji w Rumunii, jego krytyka rumuńskich władz była o wiele łagodniejsza, zapewne dlatego, że z tym mechanizmem walczyli rumuńscy socjaliści zasiadający w jego ugrupowaniu w Parlamencie Europejskim. Dlatego, polityczna ocena Timmermansa nie może opierać się tylko i wyłącznie na jego aktywności wobec Polski i Węgier. Warto też zapytać o jego działania w kontekście Słowacji po zabójstwie Jana Kuciaka czy na Malcie po zabójstwie dziennikarki Daphne Caruany Galizii.

Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego były niekorzystne dla Timmermansa. Co prawda, jego Socjaliści i Demokraci zajęli drugie miejsce, co zamknęło mu prostą drogę do nominacji na stanowisko przewodniczącego KE. Pozostało więc szukanie alternatywnej ścieżki, łamiącej luźną zasadę Spitzenkandidata. W tym celu Timmermans postawił na trzy największe atuty, które pozostawały w jego rękach: dobry wynik hiszpańskich socjalistów, chęć Macrona odsunięcia Merkel od sterów UE oraz świetny wyniku liberałów z ALDE, obecnie Renew Europe (Odbudować Europę).

Po wyborach hiszpańscy socjaliści umocnili swoją pozycję w ramach Socjalistów i Demokratów, co Timmermans chciał przekuć wysokie stanowisko dla ich przedstawiciela Josepa Borella. Z kolei Macron dostrzegł możliwość zawarcia cichego sojuszu, który w zamian za poparcie Timmermans będzie realizował jego europejską wizję. Świetny wynik ALDE, która w poprzedniej kadencji, przede wszystkim za sprawą swojego przewodniczącego Guy Verhofstada, również wysoko trzymała sztandar unijnych wartości, pozwalała Timmermansowi po ewentualnej nominacji, liczyć na uzyskanie większości podczas głosowania w PE.

Spełnienie się scenariusza Timmermansa (Grand Rule of Law, o którym piszą Wojciech Przybylski i Marcin Zaborowski) miałoby opłakane skutki dla obecnych władz, ale także i dla Polski. Realizacja wizji Macrona zepchnęłaby Polskę na margines unijnej integracji. Nie będąc w strefie Euro, wobec marginalnego znaczenia w Parlamencie Europejskim i bez jakiegokolwiek ważnego stanowiska w Brukseli, przez pięć lat Polska byłaby zdana na decyzje Timmermansa i Pałacu Elizejskiego.

Powiązanie funduszy unijnych z kwestią praworządności stałoby się bardziej realne, co odbiłoby się na polskiej gospodarce. Szybko powrócono by do dyrektywy transportowej, która mocniej uderzyłaby w przewoźników z Europy środkowo-wschodniej.

Przez kolejnych pięć lat nasz region stałby się „chłopcem do bicia”, co najlepiej widać w pełnych moralizatorstwa i gniewu, wypowiedziach Macrona. Z kolei Timmermans kontynuowałby instrumentalne stosowanie unijnych wartości w sukurs z polityczną potrzebą dnia.

Zapewne taki obrót spraw byłby korzystny dla opozycji w Polsce, ponieważ wyborcy szybko dostrzegliby naszą gwałtownie słabnącą pozycję UE. Koszt jednak byłby nie tylko polityczny, ale przede wszystkim gospodarczy. Co więcej, ceną za wyjście z tej zapaści byłoby nie tylko odsunięcie PiS-u od władzy, ale powrót pełen skruchy do narzuconego przez Macrona nurtu integracji. Dlatego, stanowisko polskich władz podczas ostatniej Rady Europejskiej nie powinna dziwić. Sukcesem był brak wyboru Timmermansa, bo każda inna opcja pozostawia większe pole manewru dla władz w Warszawie.

Czytałem również, że to co się działo w Brukseli przez ostatnie trzy dni to nic nadzwyczajnego, czyli „politics as usual”. Jednak każdy przedłużający się szczyt świadczy o trudności znalezienia kompromisu, który jest istotą procesu integracji. Szybki kompromis świadczy o spójności interesów i przekłada się na siłę całej UE. Z kolei mozolne i trudne jego wypracowanie dowodzi, że w dalszym ciągu mamy do czynienia z głębokimi podziałami co do przyszłego kształtu procesu integracji.

Spasimir Domaradzki – redaktor Res Publiki Nowej, ekspert w zakresie stosunków międzynarodowych. Były stypendysta Wilbur Foundation (Stany Zjednoczone) oraz Dialog Europa Center for Excellence (Bułgaria). Wieloletni obserwator wyborów z ramienia OBWE. Członek Prezydenckiego Programu Eksperckiego „Laboratorium Idei” 2013-2014.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa