Demokracja dla beki

O rubasznych demokratach i szklanym suficie dla obywatelskich ambicji


Pierwsze dni nowego otwarcia kampanii prezydenckiej przyniosły tyle zaskakujących porażek wizerunkowych Komorowskiego i popierającego go środowiska, że wciąż mam nieodparte wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Przekonuję się, że muszę śnić, bo przecież w realnym świecie obecny Prezydent RP chce jednak wygrać te wybory. No chyba że nie chce.

Może to tylko efekt Facebooka, gdzie w każdym wpisie, komentarzu i lajku moich znajomych przejawia się zdziwienie zmieszane z poczuciem gigantycznego niesmaku. Najpierw pojawia się Komorowski przekonujący, że był zbyt nieśmiały, aby przez ostatnie pięć lat głośno powiedzieć, że zależy mu na wprowadzeniu systemu wyborczego do Sejmu opartego na JOW-ach, ale nadrobi to w ciągu 24 godzin. Potem pojawia się prof. Czapiński, który sugeruje, że chcąc ratować status quo, czyli cywilizację należy wyprosić barbarzyńców za bramy. Następnie ponownie Komorowski na zaczepkę młodzieńca reaguje jak Maria Antonina i każe jeść ciastka, gdy nie ma chleba. Z politycznego zaplecza wsparcie niesie Adam Michnik, który zgodnie z relacją Wojtka Szackiego na gali Lewiatana przestrzega siedzących przed nim ludzi sukcesu przed oddawaniem Polski w ręce gówniarzy. Gdyby tego było mało Andrzej Olechowski przekonuje, że w 2004 r. to Platforma tylko sobie żartowała robiąc akcję 4xTAK.

O co tu chodzi? Czy oni wszyscy się zmówili, bo mają jakąś większą ideę, która usprawiedliwia tę błazenadę, arogancję i paternalizm? Może są w istocie dobrymi trollami, którzy zespół wespół chcą w ten niekonwencjonalny sposób zmienić świat na lepsze. A może szukają dna, od którego mogliby się odbić? Trudno mi to zrozumieć, bo przecież to są całkiem mądrzy ludzie. Ich biografie i dokonania pokazują, że bez problemu umieją rozpoznać, co jest słuszne, a co nie. Czemu więc tak zgnuśnieli? Czyżby uwierzyli, że podczas kampanii wyborczej można pozwolić sobie na odrobinę więcej szaleństwa i po prostu zapomnieli się w tańcu?

A może przestali wierzyć, że to ma wszystko sens – cała ta demokracja, prawa obywatelskie, wybory, poglądy, troska o dobro wspólne. Może znaleźli się w tym miejscu, w którym człowiek przestaje zauważać, że nie posiada monopolu na prawdę i może się czasami mylić. Może to tylko paranoja, ale wydaje mi się, że niczym rubasznie wesolutcy panowie z wąsem komentujący płochliwość niewiast duża część naszych polityków, ekspertów i dziennikarzy w swoim własnym towarzystwie robi sobie niewybredne żarty o demokracji i obywatelach. Dowcipkują o ich nadziejach, oczekiwaniach i inteligencji. Zamiast słuchać żywych ludzi wolą wpatrywać się w słupki, dane i zbudowane na ich podstawie stereotypy. Na powstające zorganizowane oddolne ruchy kontestujące raz zdefiniowaną racjonalność zapewne reagują kolejną falą śmiechu. A ich reakcja na pamiętne słowa Jacka Kurskiego, wedle którego ciemny lud wszystko kupi była jedynie przejawem hipokryzji.

Robią tak, bo wydaje im się, że ich twierdza jest nie do zdobycia. System zorganizowanej kontroli zasobów daje im złudne poczucie bezpieczeństwa, a fakt, że polityczne frustracje póki co zamieniają się głównie w memy i lajki na Facebooku tylko ich zachęcają do dalszych kroków. Rzucają więc hasła bez pokrycia, zmieniają zdanie bez uprzedzenia i przekonują, że nigdy nie było lepiej. A gdy pojawi się ktoś taki jak Kukiz, reagują paniką. Nic dziwnego  – czasami trudno inaczej zareagować, gdy żarty, które wcześniej śmieszyły, nagle stają się śmiertelnie poważne.

Jak już przeminą te nieszczęsne wybory powinniśmy się zastanowić, czy ten szklany sufit dla obywatelskich ambicji jest tylko wymysłem mojej wyobraźni, czy też może jednak mamy problem.

 

zdjęcie:   Susan Sermoneta / Flickr.com / https://www.flickr.com/photos/en321/

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa