Czterej muszkieterowie walczą osobno

Polska, Czechy, Węgry i Słowacja na europejskim rynku filmowym częściej krzyżują ze sobą szpady niż wspólnie zdobywają fundusze i nagrody. Czy zawalczą o wspólne przebicie się do globalnego obiegu dystrybucyjnego i notesów hollywoodzkich producentów? U progu […]


Polska, Czechy, Węgry i Słowacja na europejskim rynku filmowym częściej krzyżują ze sobą szpady niż wspólnie zdobywają fundusze i nagrody. Czy zawalczą o wspólne przebicie się do globalnego obiegu dystrybucyjnego i notesów hollywoodzkich producentów?

U progu lata 2013 roku na ekranach polskich kin wyświetlano film W cieniu Davida Ondříčka. Autor bardzo popularnych nad Wisłą ponad dekadę temu Samotnych tym razem zaprezentował stylowy kryminał w stylu noir osadzony w stalinowskiej Czechosłowacji. Autorem zdjęć jest polski operator Adam Sikora, współproducentem Polski Instytut Sztuki Filmowej, projekt wsparły też dwa polskie regionalne fundusze filmowe, a część zdjęć rozgrywającego się Pradze filmu nakręcono w Łodzi. Ostatni film Ondříčka rodzi pytania o współpracę czterech krajów wyszehradzkich w dziedzinie kinematografii, która wydaje się jak najbardziej naturalną z uwagi na geograficzną bliskość i podobieństwo historycznych doświadczeń, ale w praktyce zachodzi nadspodziewanie rzadko.

Kadr z filmu "W cieniu" © materiały dystrybutora
Kadr z filmu „W cieniu” © materiały dystrybutora

Bez superbohaterów

Co ciekawe, niewiele lepiej było w czasach, kiedy oba państwa stanowiły część bloku wschodniego, a internacjonalistyczna przyjaźń i współpraca bratnich narodów były oficjalnie dekretowane. Polacy i Węgrzy u schyłku lat 60. planowali wystawną historyczną superprodukcję o bohaterze obojga narodów, generale Józefie Bemie. Jednak projekt upadł jako potencjalnie politycznie niebezpieczny –  decyzja ta miała zapaść, jak wspomina się w branży, aż w samej Moskwie. Podobnie nieudana była próba nakręcenia filmu o innym wspólnym bohaterze, tym razem polsko-słowackim, rozbójniku Janosiku/Ondraszku. Na przeszkodzie stanęło zupełnie różne, jak się okazało, postrzeganie głównego bohatera po obu stronach tatrzańskiej granicy, która dzieliła potencjalnych koproducentów. Niewiele żywotniejsza okazała się współpraca z drugą kinematografią czechosłowackiego państwa. W efekcie powstała komedia Zadzwońcie do mojej żony, a w Barrnadovie zrealizowano zdjęcia do Ulicy Granicznej Aleksandra Forda. O tym ostatnim filmie Edward Zajiček, niezrównany kronikarz nieoficjalnych dziejów polskiej kinematografii, pisze wszakże, iż owocem współpracy reżysera i czechosłowackiej montażystki „była nie tylko wzorowa kompozycja obrazu i dźwięku, lecz także nowy obywatel czechosłowacki”. Współpraca ta była być może najbardziej płodną spośród socjalistycznych prób kooperacji czterech kinematografii.

Kompleks czeski

Sytuacja niewiele się zmieniła w realiach po upadku Żelaznej Kurtyny. W zasadzie jedynym znaczącym jej akcentem okazał się fenomen sporej popularności kina czeskiego pośród polskiej, zwłaszcza młodej, widowni. W Polsce do dziś istnieje swego rodzaju kompleks kina czeskiego, jako w równym stopniu lepiej radzącego sobie od polskiego w ostatnich dwóch dekadach, jak czescy piłkarze i hokeiści zdecydowanie lepiej radzili sobie od swych odpowiedników znad Wisły. Powodów poczucia niższości wskazywano kilka: Czesi, przynajmniej przez pierwszych kilkanaście lat po zmianie ustroju, mieli odnosić zdecydowanie większe sukcesy na forum międzynarodowym (na czele z Oscarem dla Jana Svěráka za Kolę i nominacją dla Hřebejka za Musimy sobie pomagać) i w międzynarodowej dystrybucji, doszła nad Wełtawą do głosu interesująca grupa filmowców młodego pokolenia, a przede wszystkim zazdroszczono im spécialité de la maison: lekkich, pogodnych i bezpretensjonalnych komedii współczesnych, tak uwielbianych nad Wisłą. Z uwielbieniem tym szły zawsze w parze konstatacje o dotkliwym braku tego rodzaju produkcji w polskim kinie. Kino węgierskie dla odmiany niemal zupełnie zniknęło z pola widzenia polskiej publiczności, a nawet polskich krytyków.

Kadr z filmu "W cieniu" © materiały dystrybutora
Plan zdjęciowy W cieniu © materiały dystrybutora

Is it local?

Co ciekawe, wspomniane poczucie niższości względem Czechów wynikało z przesłanek dość złudnych i wynikających ze spojrzenia ograniczonego jedynie do warunków lokalnych. Jak pokazują dane rynkowe, filmy czeskie zyskiwały większą widownię tylko w trzech krajach europejskich: w Czechach, na Słowacji i w Polsce, a wszystkie wyszehradzkie kinematografie borykają się z tym samym podstawowym problemem, mianowicie – niemożnością przedostania się do międzynarodowego obiegu kinowego. Po upadku Żelaznej Kurtyny filmy z Europy Środkowo-Wschodniej stanowiły mniej niż jeden procent filmów obecnych na ekranach kin zachodniej części kontynentu i przyciągały do kina mniej niż jedną dziesiątą procenta widzów na tamtym obszarze. Jedynym gwarantem przedostania się regionalnego filmu do szerszej dystrybucji jest sukces na jednym z trzech najważniejszych festiwali (Cannes, Berlin, Wenecja) lub w oscarowym wyścigu, tych jednak kinematografie krajów wyszehradzkich ostatnich dwóch dekad nie odnosiły zbyt często.

Produkcje „nie podróżują“

Mimo popularności czeskiego kina nad Wisłą i niezłego poziomu artystycznego, dwie produkcje zrealizowane we współpracy z czeskimi, i to właśnie wiodącymi w rankingach popularności, reżyserami: Bracia Karamazow (2008, reż. Petr Zelenka, 40 procent polskiego wkładu do budżetu) oraz przywoływane już W cieniu (2012, reż. David  Ondříček, 13 procent polskiego wkładu), odniosły, delikatnie rzecz ujmując, umiarkowane sukcesy zarówno nad Wisłą, jak i nad Wełtawą, na obu rynkach widocznie ustępując w box-office wcześniejszym czeskim realizacjom obu reżyserów. Powstaje wrażenie, że koprodukcje oba narodowe audytoria uznały za odległe, być może też oba filmy nie przystawały do stereotypu kina czeskiego funkcjonującego w Polsce. To zasmucające o tyle, że współpraca koprodukcyjna w ramach wspólnoty wyszehradzkiej zdaje się być jednym z najlepszych pomysłów na radzenie sobie przemysłów filmowych tych czterech krajów. Łączą je wspólne problemy i fakt, że w skali europejskiej są zaliczanie do kinematografii średniej wielkości. W realiach „globalnego Hollywood“ na rynkach wszystkich krajów europejskich niepodzielnie rządzą produkcje zza oceanu (mniej więcej 70 procent udziału w poszczególnych rynkach narodowych), a prócz tego chętnie oglądane jest jeszcze własne, lokalne kino. Innym słowy: Europejczycy bez wyjątku cenią sobie kino amerykańskie oraz rodzime, natomiast produkcje ze Starego Kontynentu, by posłużyć się branżowym określeniem, „nie podróżują“.

Kino z potencjałem

Wspólny potencjał czterech kinematografii o sporych tradycjach – na początku drugiej połowy XX wieku przynajmniej przez dekadę zaliczanych do najważniejszych na świecie – prezentuje się całkiem nieźle. Polska uzdrowiła ekonomiczną sytuację rodzimego kina po kilkunastu latach zawirowań, produkuje co roku ponad 30, blisko 40 filmów fabularnych. W Czechach powstaje 25–30 fabuł rocznie, a Węgry, dopóki nie wpadły w potężny kryzys finansowy, produkowały ich ponad 20. Daje to niemal sto filmów powstających co roku w regionie, przy silnym wsparciu z pieniędzy publicznych i rynku 65 milionów potencjalnych widzów z dużymi perspektywami rozwoju (obywatele krajów wyszehradzkich statystycznie kupują co roku około jeden bilet na obywatela, średnia europejska wynosi dwa bilety i od lat spodziewany jest, póki co nader powolny, wzrost). Potencjał ów wyznaczają spore możliwości łączenia budżetów w przedsięwzięciach koprodukcyjnych i, wydawałoby się, rezerwuar bliskiej sobie historycznie i kulturowo widowni. Wizje łączenia zasobów wyszehradzkich kinematografii póki co okazują się jednak mrzonkami, ponieważ przemysły czterech krajów najwyraźniej nie jawią się sobie jako bliższe niż inne europejskie przemysły i trudno wskazać ponadprzeciętną liczbę koprodukcji, zdecydowanie wykraczającą liczbowo lub jakościowo ponad przedsięwzięcia podejmowane wspólnie z Niemcami, Rosją czy Wielką Brytanią.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa