Człowiek basenu i człowiek aquaparku

Aquaparki podobają się Polakom. Jak donoszą media, obok galerii handlowych parki wodne stają się dla mieszkańców miast ulubionym miejscem spędzania czasu wolnego w gronie rodziny i znajomych. Dlatego też są oczkiem w głowie samorządowców: kreują pozytywny […]


Aquaparki podobają się Polakom. Jak donoszą media, obok galerii handlowych parki wodne stają się dla mieszkańców miast ulubionym miejscem spędzania czasu wolnego w gronie rodziny i znajomych. Dlatego też są oczkiem w głowie samorządowców: kreują pozytywny wizerunek miasta, generują dochód, pomagają zdobyć przychylność wyborców, mogą przekonać inwestorów i twórców list rankingowych, że miasto rozwija się znakomicie. Toteż aquapark chce mieć każdy.

Missouri Division of Tourism / Flickr
(CC BY-NC 2.0) Missouri Division of Tourism / Flickr

Wiele mniejszych miast inwestuje w rozbudowę i lifting dotychczasowych pływalni, by po remoncie – w wersji ze zjeżdżalnią, jacuzzi i brodzikiem – nazwać je, nieco na wyrost, aquaparkami (główną atrakcją pozostaje w nich basen pływacki). Z tych samych powodów, dla których aquapark chce mieć każdy, każdy też chce mieć inny aquapark: niepowtarzalny i zarazem najlepszy, napawający dumą mieszkańców miasta i skłaniający do wizyty jak najwięcej przyjezdnych.

Różnicę i przewagę na rynku parków wodnych buduje się na wiele sposobów. Do argumentów, takich jak: największy, najnowocześniejszy, najchętniej odwiedzany, chętnie dołącza się informacje o jakości wody – temperaturze (im wyższa, tym lepsza) i składzie mineralnym (jeśli jest się czym chwalić). Warto oczywiście zaznaczyć, że dostęp do złóż wód geotermalnych nie jest warunkiem sine qua non uruchomienia parku wodnego. Znacząco jednak obniża koszty eksploatacji (można zaoszczędzić na podgrzewaniu wody), a jednocześnie pomaga stworzyć z aquaparku namiastkę ośrodka hydroterapii. Aquapark jako sanatorium bez skierowania to strzał w dziesiątkę w społeczeństwie, w którym tak bardzo lubimy leczyć się sami.

 

Ciało w parku wodnym

Parki wodne są popularne, bo odpowiadają na różne potrzeby, łącząc w swojej ofercie style wykorzystywania wody z różnych kultur i epok. Już samo słowo „termy”, które często pojawia się w nazwach nie tylko polskich aquaparków, odnosi się do dwóch konotacji: łaźni antycznego Rzymu i współczesnych odwiertów geotermalnych. Marketingowa obietnica podróży do korzeni cywilizacji z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii jest jednak nie do spełnienia. Nawet jeśli faktycznie aquaparki czerpią wodę z wnętrza ziemi i wykorzystują ją w strefie saun, w tzw. rzymskich łaźniach parowych, to antycznego modelu korzystania z term nie da się powtórzyć. Przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy starożytnymi Rzymianami – wizyta w saunarium nie jest dzisiaj naszym codziennym przyzwyczajeniem, tym samym trudno sobie wyobrazić, żeby termy mogły pełnić funkcję przestrzeni debaty nad sprawami publicznymi.

Parafrazując Roberta Putnama, uprawiamy sauning alone. Nawet jeśli do Świątyni Relaksu wybieramy się z rodziną albo w gronie znajomych, to nie wychodzimy poza współczesną kulturę indywidualizmu. Co nie wyklucza znaczenia społecznego tej rozrywki, choć jest ono inne niż w starożytności. Wizyta w termach ma nas regenerować, rekreować – stworzyć na nowo, potwierdzając nasz status. Beztroska zabawa w leniwej rzece (płytka rynna z wartkim nurtem, która pozwala płynąć nieumiejącym pływać), celebrowanie własnej cielesności na rozgrzanym drewnie fińskiej sauny suchej (czasami stylizowanej na góralszczyznę, żebyśmy mogli poczuć się bardziej swojsko) czy rzekoma integracja myśli z materią w ramach ceremonii wellness (za tą patetyczną nazwą kryją się różne zabiegi paraterapeutyczne) stają się oznakami prestiżu i pozycji społecznej. Kto odwiedza aquapark, ten daje świadectwo, że potrafi zarabiać pieniądze, a przede wszystkim – że potrafi je wydawać.

 

Higiena i nagość

Wspólną cechą antycznych term i współczesnych aquaparków jest natomiast drugoplanowa rola problematyki higieny, która była obsesją XIX i XX-wiecznych naukowców, lekarzy i społeczników. Dbałość o higienę definiowała model wizyty na basenie pływackim przez całe XX stulecie. Przed wejściem do basenu każdego czekał prysznic bez stroju kąpielowego,podczas pływania obowiązywał czepek na głowie i przylegający do ciała strój, woda w basenie była silnie chlorowana. Wiele basenów do dziś zresztą funkcjonuje według tych zasad. W aquaparkach przepisy higieniczne są mniej restrykcyjne, np. nie ma obowiązku noszenia czepka, co oczywiście nie musi oznaczać, że higiena przestała być ważna. Być może stała się po prostu bardziej oczywista i powszechna, tak że nie trzeba o niej ustawicznie przypominać ani zapewniać jej opresyjnymi środkami.

Warto przy tym zauważyć, że zmianie podejścia do higieny towarzyszy także nowy styl myślenia o seksualności i intymności, który można dostrzec w przebieralniach. Najpopularniejszym rozwiązaniem w tej dziedzinie, stosowanym w PRL-u na basenach pływackich, był podział na szatnię męską i damską. Pruderyjna moralność socjalistyczna zapobiegała zgorszeniu publicznemu przez zastosowanie segregacji płciowej, jednak w znikomym stopniu dbała o intymność poszczególnych jednostek – trzeba było przebierać się w ogólnodostępnej przestrzeni wśród szafek na ubrania, a prysznic brało się nago. Szatnie współczesnych aquaparków są przeważnie koedukacyjne, lecz zawsze wyposażone w kabiny do przebierania się. Zezwala się ponadto na korzystanie z prysznica w stroju kąpielowym, a w niektórych obiektach – nawet na wejście w nim do strefy saun (co oburza bardziej wytrawnych miłośników saunowania).

Skąd te zmiany? Po pierwsze, granice intymności (i higieny intymnej) stały się indywidualną sprawą każdego klienta aquaparku. Nikogo nie zmusza się do zdejmowania ubrania w obecności innych osób, ale też właściwie nikomu się tego nie zabrania. Po drugie, aquaparki stawiają na wypoczynek rodzinny (specjalne oferty, wspólne bilety itp.), a rodzinie czy choćby rodzicowi z dzieckiem wygodniej przebierać się w jednej wspólnej szatni. Po trzecie, moralność publiczna oparta na prostym podziale na kobiety i mężczyzn przestaje mieć sens w świecie, w którym wygląd ciała nie definiuje ani tożsamości płciowej, ani orientacji seksualnej.

(CC BY-NC 2.0) Olga Zet / Flickr
(CC BY-NC 2.0) Olga Zet / Flickr

Człowiek basenu i człowiek aquaparku

Zmiany w podejściu do cielesności wynikają z różnicy w sposobie definiowania człowieka na basenie pływackim i w parku wodnym. Na basenie obowiązywała ideologia spod znaku żółtego czepka i kult sprawności. Człowiek korzystałz basenu, by rozwijać umiejętności pływackie. Basen zapewniał idealne, sztucznie wyabstrahowane ze środowiska i całkowicie „odczarowane” warunki do współzawodnictwa. Przejrzysta woda o stałej temperaturze, pozbawiona jakichkolwiek mocy uzdrawiających (religijnych czy balneologicznych), zestandaryzowany wymiar i kształt akwenu, równe i równoległe tory – w takich warunkach osiągnięcia były wymierne. Wszystko zależało od indywidualnej sprawności pływającego,mierzonej szybkością przemieszczania się w wodzie i zgodnością jego techniki pływania z narzuconym odg.rnie stylem. Kto pływał najlepiej, mógł wyrobić sobie tzw. żółty czepek – niejako order w uznaniu użyteczności ciała. O ile bowiem korzystanie z basenu pływackiego mogło jawić się samym pływającym jako czynność prywatna i nienastawiona na żaden pozasportowy cel, o tyle w rzeczywistości za upowszechnianiem nauki pływania (nie tylko zresztą w bloku socjalistycznym) kryła się racjonalność państwa nowoczesnego, w którym sport traktowany był nie tylko jako gwarant zdrowia publicznego, ale przede wszystkim jako trening samodyscypliny i wytrzymałości – cnót określających zdolność do służby wojskowej i pracy w przemyśle.

Tymczasem w aquaparku chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, a żeby dobrze się tu bawić, nie trzeba nawet umieć pływać (patrz: casus leniwej rzeki). Dlatego też w parkach wodnych woda musi być ciepła (geotermalna i/lub podgrzana) – tak aby korzystający nie zmarzli, stojąc w bezruchu w basenie. Rządzi tu ideologia wellbeing, dobrego samopoczucia budowanego już nie na obsesji zwiększania/utrzymania sprawności, lecz na rozmiłowaniu we własnym ciele i konsumpcji wrażeń osiąganych bez wysiłku fizycznego.

Co ciekawe, w warstwie dyskursywnej towarzyszą temu zapewnienia, że to właśnie teraz nadeszły czasy dbałości o sprawność (fitness). Nie jest to już jednak pożądana świecka cnota obywatelska, lecz towar kupowany na rynku doznań, przedmiot transakcji między parasakralnym przemysłem czasu wolnego a prywatnym ciałem – fundamentem jednostkowej tożsamości.

 

Pełna wersja artykułu została opublikowana w 207 numerze Res Publiki Nowej „Gra w modernizację”.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa