Czechy: Handlarze strachem wykorzystują skrajnie prawicowe nastroje

Czescy dezinfomatorzy nie wierzą wprawdzie w Putina. Ale już w pieniądze i układy owszem.


Czeskie przedsiębiorstwo dezinformacyjne ma się dobrze. Tytułowi handlarze strachem, zwołując 70 tys. ludzi do Pragi na prorosyjskie wiece, przy wsparciu finansowym tysięcy zwolenników mogą dotrzeć ze swoim przekazem do bardzo szerokiej publiczności. Konsekwencje będą poważne.
Czeskie doświadczenia z COVID-19 boleśnie obnażyły działalność handlarzy strachem: agentów dezinformacji, którzy próbują zarabiać na rozpowszechnianiu kłamstw. Z pomocą mediów społecznościowych są w tym niebezpiecznie dobrzy. Dziś zainwestowali w rozpowszechnianie rosyjskiej propagandy.

W Czechach można ich liczyć w dziesiątkach. Czesi ze względu na swoją totalitarną przeszłość wciąż są wrażliwi na ograniczenia wolności słowa, nie są jednak w stanie bronić się przed tymi działaniami.

Pogoń za karetką

Gdy da lata temu ludzie dziesiątkami umierali na COVID-19 w przepełnionych czeskich szpitalach, Patrik Tušl ścigał lekarzy i naukowców walczących z pandemią. Swoje wymierzone w nich treści transmitował na Facebooku. W Czechach korzysta z niego około 5 milionów ludzi, czyli mniej więcej połowa populacji.

Tušl wykorzystał chaotyczną komunikację rządu Andreja Babiša, która spowodowała spadek zaufania społeczeństwa do państwa w kwestii pomocy. Wmawiał odbiorcom, że COVID-19 nie istnieje, że rząd chce zabić ludzi szczepionkami, a on jest jedynym, który o nich walczy. Sam jednak potrzebuje datków, by mógł kontynuować walkę.

Tušl ma 30 lat. Nie pracuje. Ma długi sięgające setek koron i cierpi na upośledzenie umysłowe. Był uzależniony od narkotyków. Został skazany za grożenie matce swojego dziecka brutalnym morderstwem. Nie płaci alimentów na córkę.

W normalnych okolicznościach byłby człowiekiem z marginesu, którego nikt nie traktowałby poważnie. Tušl zdał sobie jednak sprawę, że Facebook pozwoli mu dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, a część z nich uwierzyła, że rzeczywiście jest ich wybawcą. Tak stał się ich celebrytą. Przyniosło mu to pieniądze z datków i bezprecedensowe uznanie.

Znane, straszne historie

Pieniądze, tysiące polubień i komentarzy wyrażających poparcie to kolejna motywacja czeskich dezinformatorów do szerzenia kłamstw.

Po zakończeniu pandemii, Tušl elastycznie przeszedł do wspierania reżimu Władimira Putina i szkalowania Ukraińców. Chociaż nie możemy wykluczyć, że niektórzy prorosyjscy dezinformatorzy w Czechach są opłacani bezpośrednio przez reżim Władimira Putina, nie ma na to dowodów, a przeważają przypadki, w których rosyjska propaganda prezentuje wcześniej przygotowane treści, które są idealne dla celów handlarzy strachem.

Ladislav Vrabel, który zorganizował prorosyjskie demonstracje w centrum Pragi, na których udało się zgromadzić 70 tysięcy protestujących, jest jednym z nich. Także on w ostatnich latach straszył masową falą muzułmańskiej migracji, która nigdy nie dotarła do Czech. Teraz wychwala Władimira Putina.
Wzmacnia rosyjskie groźby wojny nuklearnej przeciwko Zachodowi i oferuje swoim fanom sprzedaż nieruchomości w „bezpiecznej Serbii”. Od tego dostaje prowizje.

Przyjmuje też propagandowe hasła Rosjan, że zimą Czesi zamarzną. Twierdzi, że może zainstalować nowy rząd, który wynegocjuje z Putinem tani gaz, jeśli fani Vrabla wyślą datki na organizację demonstracji, które obalą obecną administrację.

Dezinformatorzy szukają treści, których ludzie nie znajdą w mediach głównego nurtu, więc mogą twierdzić, że główny nurt kłamie lub tłumi, a jedyną prawdę można znaleźć właśnie u nich. Jednocześnie starają się wykorzystywać treści, które przerażają i złoszczą opinię publiczną. Zwiększa to prawdopodobieństwo, że wyślą im pieniądze.

Ponieważ kontrowersyjne treści zyskują wiele reakcji, a algorytm Facebooka pomaga im rozprzestrzeniać je. Najbardziej popularne filmy dezinformatorów mają setki tysięcy widzów. Oznacza to, że ludzie ci praktycznie stają się tubami rosyjskich żołnierzy wojny hybrydowej. Robią to świadomie lub z własnej ignorancji.

Vrabel ma długi rzędu 3 milionów koron. Od dwudziestu lat nie płaci ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego. Aby wierzyciele nie mogli go dosięgnąć, jego biznesy zarejestrowane są na nazwisko żony. Aby uniknąć finansowego upadku, ukrywa się w Serbii. Wciąż twierdzi, że Czechy są jego priorytetem.
W wyłudzaniu datków jest jeszcze bardziej skuteczny niż Tušl. Od swoich zwolenników zebrał już około miliona koron, które trafiają na konto jego żony, dzięki czemu syndyk masy upadłościowej nie może ich zająć.

Dla zadłużonych dezinformatorów takie datki są atrakcyjnym źródłem utrzymania. Gdyby mieli stałą pracę, większość pieniędzy zajęliby komornicy.

Opóźniona odpowiedzialność

Państwo stopniowo podejmuje działania wobec poszczególnych czeskich dezinformatorów. Tušl trafił do aresztu i jest oskarżony o podżeganie do nienawiści, podczas gdy sąd upadłościowy prowadzi dochodzenie przeciwko Vrablowi w sprawie ukrywania dochodów przed wierzycielami. Mimo to wciąż pojawiają się nowi dezinformatorzy handlujący strachem. Wystarczy konto na Facebooku, telefon komórkowy i chęć mówienia kłamstw, a ściganie ich przez państwo trwa często wiele miesięcy, a nawet lat.

W ten sposób kilka osób podkopuje zaufanie do fundamentów państwa. Nikt nie wie, ilu Czechów może wierzyć w te kłamstwa, nie ma na ten temat dokładnych badań. Zaufanie do polityków jest wciąż niskie. Według wrześniowego sondażu firmy Median, 55 procent ludzi nie ufa rządowi Petra Fiali.

Zgodnie z trendami obserwowanymi w USA, na Słowacji czy w Polsce, wiele osób będących pod wpływem takich osób rezygnuje ze śledzenia mediów głównego nurtu. Odizolowani od realnego świata, nawet kilka razy dziennie oglądają na Facebooku transmisje na żywo swoich idoli, a te przesiąknięte są obecnie rosyjską propagandą. Budzą się co rano myśląc, że rząd chce ich zamordować, że świat kontroluje spisek potężnych, albo że Ukrainą rządzą naziści.

Stworzyli swego rodzaju sektę. Kilku „guru” głosi kłamstwa, z których czerpią zyski. Celują często w ludzi samotnych, którzy kontakty społeczne budują w ramach wspólnoty i ślepo wierzą w dezinformację. Nawet gdyby przejrzeli na oczy, wystąpienie przeciwko kłamstwom oznaczałoby utratę nowych przyjaciół i ponowne osamotnienie. Z kolei uczestnictwo w demonstracjach takich jak ta zorganizowana przez Vrabla oznacza dla nich socjalizację. Czują, że mogą na coś wpłynąć, coś znaczyć. W swoich oczach są lepsi od większości społeczeństwa. Poznali jakąś „ukrytą prawdę”.

Według czeskich ekspertów dezinformacji, ta twarda publiczność dezinformatorów jest praktycznie stracona. Przekonywanie ich argumentami merytorycznymi jest praktycznie niemożliwe.

Społeczeństwo nie może dopuścić do rozprzestrzeniania się tego zjawiska. Wielu ludzi jest zdezorientowanych, nie wie, czemu ufać w zalewie informacji. Według badań agencji STEM, tylko około 4 procent Czechów jest jednoznacznie prorosyjskich.

Poważne konsekwencje

Podczas pandemii w Czechach ludzie umierali z powodu dezinformacji. Handlarze strachu przekonywali ich, że szczepienie ich zabije i że powinni wyleczyć się z COVID-19 połykając środki do odrobaczania koni lub pijąc wybielacz. Sami sprzedawali oba te specyfiki. Wiele osób przez to zbyt późno szukało pomocy medycznej.

Mimo obietnic polityków, państwo jak dotąd nie potrafi skutecznie walczyć z dezinformacją. Nie pracuje nad zwiększeniem umiejętności informacyjnych obywateli, nie rozwija komunikacji strategicznej, która zwiększyłaby zaufanie ludzi do instytucji. Ustawa, która miałaby ograniczyć rozprzestrzenianie się dezinformacji, dając państwu możliwość blokowania niektórych kanałów, wciąż jest w przygotowaniu. Wciąż dostępnych jest więc wiele prorosyjskich lub bezpośrednio finansowanych przez Rosję serwerów, z których dezinformatorzy czerpią treści, które następnie rozpowszechniają.
Dla czeskiej demokracji sytuacja ta ma jednak jedną zaletę. Handlarze strachu widzą siebie nawzajem jako konkurencję i nie mają woli zjednoczenia się. Gdzieniegdzie zawierają krótkotrwałe sojusze, które jednak rozpadają się, gdy tylko jeden z uczestników uzna, że jest to dla niego niekorzystne lub ktoś inny pozbawia go pieniędzy. Wtedy nie wahają się oczerniać siebie nawzajem, co dezorientuje i dzieli ich odbiorców. Trzeba jednak pamiętać, że rośnie frustracja społeczeństwa, które uległo ich kłamstwom.

W Czechach doszło już do precedensu. W 2017 roku emeryt Jaromír Balda ściął drzewa na kampusie uczelni. W toku śledztwa okazało się, że chciał sfingować atak na pociąg przez islamskich radykałów, aby zilustrować zagrożenia związane z migracją. Balda był zagorzałym zwolennikiem partii SPD, która już wtedy zdobywała głosy, siejąc strach przed uchodźcami. Nikt nie wie, ilu przysłowiowych Baldów kryje się wśród publiczności handlarzy strachem w Czechach.


Lukáš Valášek – reporter śledczy dziennika Aktualne.cz. Autor publikacji na temat rosyjskich powiązań sponsorów kampanii wyborczej prezydenta. Zemana, przepływów pieniędzy od chińskiego rządu do Uniwersytetu Karola w Pradze. Skupia się także na kluczowych postaciach czeskiej sceny dezinformacyjnej. Laureat Czeskiej Nagrody Dziennikarskiej w 2016, 2019 i 2020 roku.

Tekst ukazał się w języku angielskim w Visegrad Insight.

Artykuł powstał w ramach programu współpracy głównych tytułów prasowych w Europie Środkowej prowadzonego przez Visegrad Insight przy Fundacji Res Publica.

Fot. Pavel Neznanov / Unsplash.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa