Co zrobić z dworcem na placu Defilad

Pod Pałacem Kultury i Nauki, na placu Defilad, pod samą trybuną wybudowaną dla PRL-owskiej władzy, istnieje tymczasowy, nieformalny dworzec busowy. Ciekawa jest ta efemeryczna i byle jaka, jakby wyjęta z trzeciego świata, forma organizacji przestrzeni, […]


Pod Pałacem Kultury i Nauki, na placu Defilad, pod samą trybuną wybudowaną dla PRL-owskiej władzy, istnieje tymczasowy, nieformalny dworzec busowy. Ciekawa jest ta efemeryczna i byle jaka, jakby wyjęta z trzeciego świata, forma organizacji przestrzeni, która inkrustuje centrum Warszawy. Jeszcze ciekawszy jest sposób mówienia o niej w prasie.

Dwadzieścia cztery stanowiska parkingowe wynajmują tutaj prywatni przewoźnicy, którzy wożą podróżnych mikrobusami i – rzadziej – PKS-y, przywożące podróżnych dużymi autobusami. Te miejsca parkingowe stanowią całą infrastrukturę dworcową: poza nimi nie ma kas, informacji, poczekalni. Nawet przystankowej wiaty nie ma. Jak więc sprzedaje się bilety, skąd podróżni wiedzą o busach, gdzie na nie oczekują?

Bilety sprzedają kierowcy, ale zwykle tylko tym, którzy wcześniej zarezerwowali miejsce telefonicznie. Informacje o godzinach odjazdów znajdują się na blaszanej tablicy, stojącej pod trybuną; wizytówkę z tymi informacjami można też dostać od kierowcy, a o pewnych sprawach – na przykład o losie spóźniającego się samochodu – można dowiedzieć się w telefonicznej rejestracji danego przewoźnika, ta jednak działa w określonych godzinach. Podróżni czekają na wąskim chodniczku pod trybuną, zdarza się, że w padającym deszczu, śniegu, na wietrze. Nie są to komfortowe warunki, ale korzystający z dworca godzą się na nie, bo busy mają swoje zalety: odjeżdżają z samego centrum, do którego łatwo dojechać z każdego miejsca w mieście, i funkcjonują w oparciu o niezbiurokratyzowany system rezerwacji biletów, odmienny od tego stosowanego przez PKP i PKS.

Z formalnego punktu widzenia Dworca Warszawa Plac Defilad nie ma. A jednak coś, co przypomina dworzec, istnieje. Przewijają się tutaj codziennie dziesiątki busów z polskich miast i miasteczek: Radomia, Łukowa, Kozienic, Siedlec, Płocka, Kraśnika, Ostrowca Świętokrzyskiego, Lublina, Zielonej Góry, Olsztyna, Białegostoku. Wydaje się, że ten sposób kontynuowana jest dwudziestoletnia tradycja zagospodarowywania placu Defilad tymczasowymi formami. Był tu handel, rozwijający się w prymitywnej architekturze i na polowych stolikach, teraz są parkingi. I dworzec. Zarówno parkingi, jak i dworzec, zostaną zlikwidowane, gdy pl. Defilad zacznie się zmieniać.

Plan zagospodarowania przestrzennego przewiduje w tym miejscu agorę pomiędzy budynkami Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Teatru Muzycznego. Oczywiście busowe potrzeby nie są w nim uwzględnione, choć przecież niezauważenie busów nie sprawi, że znikną. Gdy rozpocznie się przebudowa tej części pl. Defilad, busiki zapewne przeniosą się w inne miejsca śródmieścia i tam stworzą swoje nowe prowizoryczne przystanki i dworce.

Przeniosą się – o ile nie wygra wizja „Gazety Stołecznej”, która kilkakrotnie pisała o prowizorycznym dworcu na pl. Defilad. Pisała krytycznie – modelowe dla jej retoryki wydają się artykuły Jarosława Osowskiego Centrum stolicy wielkim dworcem autobusowym i Tysiąc prywatnych autobusów w centrum. Zwracała uwagę na to, że na tymczasowym dworcu normy estetyczne i BHP nie istnieją, a powinny.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Wspomniana wizja „Gazety Stołecznej” dotyczy jednak sposobu rozwiązania busowego problemu, mianowicie: busy w ogóle nie powinny wjeżdżać do centrum. Podróżni mieliby dojeżdżać komunikacją miejską z obrzeży śródmieścia: z Dworca Zachodniego lub Ronda Wiatraczna. Wydaje się, że zatrzymanie busów na rogatkach jest próbą wyrzucenia z centrum podróżnych, którym niepiękny, prymitywny dworzec służy.

Jarosław Osowski, pisząc o dworcu, wielokrotnie nazywa go przejawem dzikiego kapitalizmu (Dziki kapitalizm w busach) albo – ironicznie – kwitnącym pod PKiN prawdziwym kapitalizmem (Centrum stolicy wielkim dworcem autobusowym). Choć skojarzenie wydaje się uzasadnione, głównie z powodu niechlubnej tradycji tymczasowych form na placu Defilad, należy na nie spojrzeć krytycznie, albowiem nie pozwala ono zauważyć różnicy między wczesnokapitalistycznymi inicjatywami a busami parkującymi dzisiaj pod PKiN. Blokuje ono odczytanie obecności osobowych transporterów w centrum jako oddolnego komunikatu od podróżujących, cennej informacji o tym, że chcieliby móc dojechać busem do centralnego węzła przesiadkowego, a nie na obrzeża śródmieścia. Jeśli dworzec nazwiemy za Osowskim wczesnokapitalistyczną samowolką, nie zauważymy, że busy służą nie tylko portfelom prywatnych firm przewoźniczych, ale także mieszkańcom stolicy.

Za próbą wyrzucenia busów z centrum stoi wizja miasta ekskluzywnego, wrogo traktującego imigrantów. Ta niechęć wypływa z zaniepokojenia odmiennością kodu kulturowego prowincjuszy; ze strachu, że ich normy estetyczne zdestabilizują warszawską kulturę; z wyobrażenia, że przyjezdni chcą wnieść do miasta – i to do samego reprezentacyjnego centrum – prowincjonalną brzydotę przestrzeni publicznej. W artykule Centrum stolicy wielkim dworcem autobusowym Jarosław Osowski pisze: „[przydałaby się] jakaś budka z hot dogami – marzy się Adamowi Mielaniakowi z Białej Podlaskiej. – U nas w Białej budka jest – potwierdza Jan Mulawa”. Innymi słowy, autor widzi we wjeździe busów do centrum najazd barbarzyńców, „atak Mławy”. A mógłby zobaczyć w nim to, że ludzie niemający złych intencji, choć niesłusznie godzący się na łamanie norm estetyki i BHP, próbują realizować swoje potrzeby.

Owszem, przyjezdni przywożą ze sobą swoją odmienną kulturę – nie tylko kulinarną – która wpływa na przestrzeń publiczną stolicy. W miastach, z których przyjeżdżają busy, przestrzeń publiczna często nie jest przestrzenią wspólną, lecz niczyją. Uważa się, że – w najlepszym razie – nie warto o nią dbać, w najgorszym – że można ją zdewastować. Jej rabunkowe wykorzystywanie (zeszpecenie przynoszącymi zysk billboardami, reklamami stawianymi na lawetach czy parkingami) w wielu miastach i miasteczkach stanowi normę. Jasna jest analogia między tymi prowincjonalnymi formami a tymczasowym, prymitywnym dworcem na placu Defilad.

Ale to nie powód, by go ignorować (jak to czyni plan zagospodarowania) albo skazywać na likwidację (co proponuje Osowski). Pomyślenie o nim bez uprzedzeń nie jest jeszcze tożsame z godzeniem się na rozrost prowizorek. To prawda, że w obecnym kształcie tymczasowy dworzec nie ma racji bytu, bo swoją prymitywnością dworzec łamie zasady bezpieczeństwa i estetyczne normy kształtowania przestrzeni. Ale wyrzucenie busów ze śródmieścia nie jest dobrym rozwiązaniem problemu. Problemu nie stanowi bowiem sama obecność busów w centrum, ale brak dobrej organizacji tego, co dzieje się już po wjeździe. Także łamanie przepisów przez busy nie jest powodem do wyrzucenia ich z miasta – tym powinna zająć się drogówka. Warto również pamiętać, że pod PKiN podjeżdżają także PKS-y, które jeżdżą bezpiecznie. Zatrzymanie busów na obrzeżach centrum jest gestem wypływającym z przekonania, że śródmieście powinno być reprezentacyjne, przeznaczone wyłącznie dla stałych mieszkańców i zagranicznych turystów. W ten sposób centrum staje się przestrzenią wykluczającą.

Żeby znaleźć niewykluczające rozwiązanie, należałoby pomyśleć, jak zmienić infrastrukturę służącą busom, żeby – likwidując jej niedopuszczalne łamanie norm estetyki i zasad BHP – nie zlikwidować tego, co służy podróżnym. Albowiem nieformalny dworzec busowy pod trybuną – podobnie jak przystanki autobusów blisko- i dalekobieżnych, którymi usiane jest centrum – kanalizuje pewne potrzeby mieszkańców Warszawy. Warto w tej tymczasowej, prymitywnej, małej architekturze doszukać się funkcjonalnego sensu, a nie samej tylko kompromitującej prowizorki w reprezentacyjnym centrum.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa