Co nam po prasie narodowej bez prasy lokalnej?

Triumf mediów elektronicznych odciska silne piętno na prasie drukowanej. Jedne tytuły próbują utrzymać czytelników wydań tradycyjnych atrakcyjnymi dodatkami, drugie publikują te same treści w papierze i w internecie, jeszcze inne w całości przenoszą się w […]


Triumf mediów elektronicznych odciska silne piętno na prasie drukowanej. Jedne tytuły próbują utrzymać czytelników wydań tradycyjnych atrakcyjnymi dodatkami, drugie publikują te same treści w papierze i w internecie, jeszcze inne w całości przenoszą się w przestrzeń wirtualną, a swą zawartość udostępniają za opłatą. Zmiana technologiczna szczególnie mocno dotyka prasę lokalną, uznawaną często za prymitywną i niepotrzebną w zglobalizowanym świecie. Ale czy bez silnej prasy lokalnej można mówić o opinii publicznej i demokracji na poziomie narodowym?

Publikujemy zapis sesji „Co nam po prasie narodowej bez prasy lokalnej” konferencji Partnerstwa Wolnego Słowa, która miała miejsce od 7 do 9 października 2011 roku w Kijowie. W dyskusji udział wzięli: Vladimir Bacunov (Ukraina), Artur Celiński (Polska, „Res Publica Nowa”), Łukasz Jasina (Polska, „Kultura Liberalna”), Leszek Jażdżewski (Polska, „Liberté!”), Artur Kacprzak, Yasia Karalewicz-Kartyel (Białoruś, 34mag.net), Dominika Kozłowska, Mateusz Luft, Marek Łuszczyna (Polska, „Bluszcz”), Iryna Magdysz (Ukraina, dyrektorka Centrum Badań nad Kulturą, zwanego Muzeum Idei, była redaktorka czasopisma „Ji”), Wojciech Przybylski (Polska, „Res Publica Nowa”), Oleg Romanczuk, Volodymyr Sklokin (Ukraina), Alexandr Sych oraz osoby z sali.

Prasa drukarska ok. 1910 r., Australia, (CC BY-NC 2.0) by Blue Mountain Library - Local Studies / Flickr

Iryna Magdysz – Na Ukrainie nie tylko kondycja prasy lokalnej jest bardzo słaba, lecz także – a jest to ze sobą powiązane – nie istnieje właściwie prasa ogólnokrajowa, która cieszyłaby się autorytetem i dorównywała nakładem i znaczeniem na przykład „Gazecie Wyborczej” czy „Rzeczpospolitej” w Polsce. I, moim zdaniem, próba stworzenia takiej ogólnokrajowej gazety jest pozbawiona sensu, ponieważ świat powoli odchodzi od papierowych środków masowego przekazu.

Media – zwłaszcza drukowane – przeżywają kryzys, uciekają do internetu, gdzie znika podział na to, co lokalne i to, co krajowe, bo internet jest globalny i nie istnieją w nim terytorialne podziały. Na kondycji ukraińskich mediów odbija się także kryzys ekonomiczny, który obecnie przeżywamy. Nie ma wśród gazet i czasopism pragnących uchodzić za opiniotwórcze takich, których nakład pozwoliłby dotrzeć do wszystkich zakątków Ukrainy. Brakuje na to środków finansowych i zapotrzebowania. Na przykład, dziennik „Dżerkało Tyżnia”, jeden z najbardziej wpływowych ukraińskich tygodników społeczno-politycznych, nie ukazuje się we Lwowie, tzn. nie można go kupić w tamtejszych kioskach. O ile wiem, lwowianie mogą go czytać jedynie w wersji elektronicznej. Oznacza to, że jedyna opiniotwórcza i ciesząca się zaufaniem czytelników gazeta znika z rynku.

Poza kryzysem spowodowanym uciekaniem mediów do internetu, oraz tym wynikającym ze słabej sytuacji ekonomicznej, jest jeszcze trzeci kryzys, który wpływa na stan współczesnych mediów na Ukrainie. Jest to ogólnospołeczny kryzys polityczny wynikający z zapotrzebowania władzy na prymitywne, słabo albo tendencyjnie poinformowane, zmanipulowane społeczeństwo zamiast społeczeństwa czytającego i rozumiejącego. I to zapotrzebowanie zaspokajają w pełni dominujące gazety i publikacje, które można nazwać ogólnokrajowymi, choć lokują się one gdzieś pomiędzy prasą brukową a propagandową, czyli taką, której celem jest manipulowanie świadomością mas.

Jeśli chodzi o prasę lokalną, ma ona jeszcze mniejsze niż prasa ogólnokrajowa szanse na przetrwanie oraz na to, by cieszyć się autorytetem i zachować niezależność. Poziom lokalnego dziennikarstwa we Lwowie jest fatalny, co wynika z równie niskiego poziomu nauczania tego zawodu na lwowskim uniwersytecie. W reakcji na tę sytuację zaczęły powstawać alternatywne szkoły dziennikarstwa. Nie wiem, czy uda nam się wyjść z tego kryzysu i czy uda nam się stworzyć media drukowane na wysokim poziomie. Może zamiast próbować tworzyć wpływowe ogólnokrajowe czy lokalne gazety, powinniśmy przejść od razu do kolejnego etapu, tj. skoncentrować się na rozwijaniu mediów elektronicznych.

Vladimir Bacunov – Jeśli chodzi o poziom prasy lokalnej, zgadzam się z panią Iryną, przynajmniej jeśli chodzi o prasę w Charkowie. Jednak, jeśli spojrzymy szerzej na sytuację mediów lokalnych, zauważymy, że kryzys dotyczy nie tylko prasy. Niedawno w Charkowie zamknięto w tym samym czasie trzy lokalne stacje telewizyjne: ATN, FORA i ATWK. Prezentowały one treści krytyczne wobec władzy i, choć oficjalną przyczyną ich zamknięcia były problemy techniczne, prawdziwą przyczyną była presja ze strony władz lokalnych oraz lokalnego środowiska biznesu. Do Charkowa przyjeżdżali przedstawiciele różnych organizacji, m.in. organizacji „Stop cenzurze”, jednak stacje pozostały zamknięte. A przecież cieszyły się w Charkowie bardzo wysoką oglądalnością.

Obecnie mamy do czynienia z czymś, co można nazwać informacyjną próżnią. Na antenie nie ma miejsca dla alternatywnego myślenia. Wiadomości nadawane przez wspomniane stacje można nadal obejrzeć lub przeczytać w internecie, jednak nie wszyscy mają do niego dostęp. To taka, można powiedzieć, białoruska wersja rozwoju wydarzeń. Zespół stacji ATN napisał list do prezydenta, z prośbą o reakcję. Prezydent odpisał co prawda, że trzeba się tym zająć, jednak jak dotąd nic się nie zmieniło. Powstała za to teoria, że w Charkowie prowadzony jest pewnego rodzaju eksperyment – wyłączenie charkowskich kanałów to mniej więcej to samo, co wyłączenie stacji „TVi” oraz „Kanału 5” w całej Ukrainie. Jeżeli uda się w Charkowie, uda się w całym kraju. A wracając do tematu naszego panelu: na nic nam prasa narodowa bez prasy lokalnej, bo wszystko i tak dzieje się na poziomie regionów.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa