Ciemne źródło mocy

Liberalizm, który nie potrafi odpowiedzieć na pytanie „po co państwo” skazuje nas na dryf ku niejasnej formie antypolityczności i karmi postimperialne potwory


Artykuł znajdziesz w najnowszym wydaniu kwartalnika „Res Publica Nowa”. Zapraszamy do księgarni

Wojna z Ukrainą została wywołana przez imperialną politykę Rosji – słyszeliśmy przez ostatnie dwa lata z ust czołowych polityków, przede wszystkim tych z prawej strony sceny politycznej. Imperialna nostalgia, pamięć o minionej potędze okazuje się głównym motorem działań agresora. Polityka imperialna jest nam obca – jesteśmy zakorzenieni w kulturze demokracji i wolności.

Czy jednak nie jest tak, że główny tor zachodniej polityki także jest określony według trajektorii imperialnej?

Czy wspólna Europa to nie jest przypadkiem wspólna pamięć o narodach, wielokrotnie w przeszłości scalanych przez imperia? Czy dzisiejsza – jak na razie pokojowa – egzystencja także nie jest sankcjonowana przez imperium, które Niall Ferguson przyrównuje do Rzymu?

***

            Powszechnie uważa się, że imperium jest złe. Opresyjne, ideologiczne, oparte na przemocy i niesprawiedliwości. Skojarzenia są tu jednoznacznie negatywne. Dlaczego? Wielonarodowe, rozciągnięte w czasie i dysponujące siłą oddziaływania daleko poza zasięgiem swych wojsk imperia wystawiły sobie pomniki, które bez zbędnego patosu określić można mianem fundamentów ludzkiej cywilizacji.

Dziś jednak nieliczni sympatycy idei imperialnej utożsamiani są raczej z tymi, którzy tęsknią za przeszłością, tradycjonalizmem i ogólnie przeszli na ciemną stronę mocy. Zapominamy, że owa ciemna moc ufundowała także dzisiejszy demokratyczny porządek polityczny. Bez niej nie byłoby instytucji i praktyk, które wyniosły Europę do poziomu uważanego dziś za normę, a co najmniej za minimalny poziom aspiracji.

Republika jest siostrą rebelii, rebelia zaś matką demokracji, a imperium pojmuje się zwykle jako prostacką dyktaturę. Ta romantyczna apologia siły bezsilnych kłóci się z doświadczeniem państw, które uważamy za demokracje wzorcowe. Wszystkie one wpisują się w logikę imperiów, tak jak demokracja amerykańska, której historia jest nieodłącznie związana z tendencjami imperialnymi – mówi Monika Żychlińska w rozmowie z Anną Kuczyńską.

white book

Kultura polityczna ma to do siebie, że mimo zmian rządów, transformacji, a nawet rewolucji jest sentymentalna. Utrwalone raz zwyczaje określają przyszłe ramy działań z tym większym powodzeniem, im dłużej trwały niezmącone. Erozji łatwiej ulegną tu świeższe warstwy niż fundamenty. Dlatego na współczesność wciąż oddziałują minione potęgi. Imperium rzymskie, imperium chrześcijańskie, imperia sprzed I wojny światowej – zaprowadziwszy pokój na obszarze swojego terytorium, utrwalały wzorce zachowań – dobre i złe. Wywrócić ten porządek mogła tylko gwałtowna wojna albo kataklizm.

Obecnie żadne imperium już nie istnieje. Chyba, że pojawia się w filmach George’a Lucasa. Popkulturowe napięcie między mityczną, przypisaną jednostce mocą oraz realnym, dominującym aparatem władzy jest świetnym punktem wyjścia do dyskusji na temat źródeł polskiej polityczności. Polityczności płytkiej, popkulturowej i szczerze romantycznej. Będę twierdził bowiem, że nasza głęboko zakorzeniona w pamięci zbiorowej niechęć do imperializmu jest sprzeczna z realizacją równie istotnej fantazji o silnej Polsce.

***

            Tylko polityka imperialna ma sens. To znaczy: taka polityka, której siła jednoczy partykularyzmy, a jej oddziaływanie przekracza granice geograficzne i cezury czasu. Nie twierdzę, że musi to być polityka podboju, ale z pewnością nie jest to także polityka wycofania. Wymiernym testem siły politycznej jest tu także pamięć, poprzez którą dany ośrodek władzy oddziałuje przez wieki, jednocząc narody i terytoria. Unia Europejska nie istniałaby, gdyby nie zakończone niepowodzeniem projekty imperialne z przeszłości – to dążenie imperialne każe jej się jednoczyć, poszerzać i oddziaływać. Choć z uwagi, między innymi, na powstrzymywany apetyt, nie można jej dziś określić mianem imperium, jak jeszcze nie tak dawno próbował to zrobić Jan Zielonka.

Polityka samoograniczania jest z definicji skazana na upadek. Polityka Zachodu wydaje się właśnie ku takiemu schyłkowi zmierzać.

Zamiast dyktować warunki dzięki przewadze swojego potencjału, wybiera dziwną odmianę ideologii liberalnego róbcie-co-chcecie. Liberalizm, który nie potrafi odpowiedzieć przekonywająco na pytanie „po co państwo” skazuje nas na dryf ku niejasnej formie antypolityczności i karmi postimperialne potwory u naszego boku.

Takim potworem stała się postradziecka oligarchia zrodzona po upadku imperium. Imperium, które było po stokroć łagodniejsze, szczególnie w swoich ostatnich dekadach, od nacjonalistycznej i sprywatyzowanej Rosji gangsterów. Nie twierdzę, że było dobre. Zachód jednak, na tymczasowej fali postkolonialnego oczyszczenia, zrezygnował w tym przypadku z instalacji systemu sprawdzonych instytucji i mechanizmów. Pozwolił Rosji i Ukrainie na zbyt wiele. W latach 90. rządy pokrzykiwały za Clintonem „Gospodarka głupcze!” i zamiast implementować w Rosji instytucje polityczne, które działałby na rzecz społeczeństwa, dały jedynie zielone światło biznesowi, a ten dzięki korupcji – bo przecież inaczej się nie dało – wyniósł do władzy nowy-stary ustrój: oligarchię. Trzeba przyznać – bez walnego udziału banków, korporacji i przemysłu zachodniego i permisywnej polityki zagranicznej nie byłoby dziś potęgi Putina. To Zachód jest odpowiedzialny za wyniesienie go do władzy – co najmniej przez grzech zaniechania.

Polska, momentami bardzo gorzka lekcja uczy, że wolność to uczestnictwo, a nie wycofanie. Dziś, kiedy Unia Europejska zmierza ku katastrofie rozpadu, to lekcja, o której trzeba przypominać Europie.

Być może politycy prawicy, którzy chcą sięgnąć po władzę jesienią, przyjmą do wiadomości, że niczemu – poza oligarchizacją – nie przysłuży się demontaż postimperialnej Unii Europejskiej na rzecz antyimperialnej Unii Narodów. Obecność Prawa i Sprawiedliwości w eurosceptycznej frakcji Camerona to oczywiście wypadkowa ideologii i faktu, że nigdzie indziej przedstawiciele ugrupowania nie są mile widziani. Oby jednak, odrobiwszy polską lekcję, nie uczynili z wycofania cnoty, a pamięci minionego imperium I RP nie wykorzystali jedynie do masażu narodowego ego. Na naszych łamach bardzo interesujący sposób na przywrócenie realizmu politycznego w pamięci o polskim imperium proponuje Adam Balcer, a w udzielonym nam wywiadzie sekunduje mu Bartłomiej Sienkiewicz.

***

            Czy Polska odnajdzie i oswoi myśl imperialną? Być może. Z pewnością powinna realistycznie przyjąć, że zagraża nam czas oligarchii. Czy zgodnie z niedawną propozycją Pawła Kowala powinniśmy proponować ustalanie warunków współpracy z Ukrainą, a może kiedyś z Rosją – z oligarchami, lecz z pominięciem demokratycznej legitymizacji? Z całą pewnością tego dylematu nie rozstrzygniemy tym wydaniem. Nie chciałbym, żeby zrealizował się ten drugi scenariusz, ale i pierwszy niesie nostalgiczne niebezpieczeństwa, w których dawna Rzeczpospolita urasta do miana demokratycznego raju – imperium bez winy. Niech więc przebudzi się moc, nawet jeśli jej korzenie toną w ciemności.

 

Foto: Bronson Abbott/Flickr/CC

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa