Chiny–UE: relacje nieodwracalnie zniszczone?

Pod koniec października PE przyjął niewiążącą rezolucję, która naciska na silniejsze partnerstwo z Tajwanem.


Posłowie domagali się umowy inwestycyjnej i wsparcia dla wyspy, która znajduje się pod presją Chin.
Formalne wsparcie zostało nie tylko symbolicznie udzielone, ale i zamanifestowane, gdy na Tajwan przybyła pierwsza oficjalna delegacja Parlamentu Europejskiego. Zaproponowała to czeska eurodeputowana Markéta Gregorová, członkini Komisji Specjalnej ds. Obcych Ingerencji we Wszystkie Procesy Demokratyczne w Unii Europejskiej, w tym Dezinformacji (INGE).

Gregorová uważa, że UE może się wiele nauczyć od Tajwanu, a wizyta była bardzo ważnym krokiem dla UE. Z kolei Chiny są zdania, że była ona błędem i należy go naprawić. W przeciwnym razie stosunki UE-Chiny zostaną nieodwracalnie zniszczone. Gregorová uważa, że to Chiny od dawna je psują.

Rastislav Kačmár: Zaproponowała Pani wizytę na Tajwanie w czasie, gdy Chiny są bardziej agresywne wobec wyspy i zdecydowanie sprzeciwiają się wysiłkom dyplomatycznym Tajwanu za granicą. Co Panią kierowało?

Markéta Gregorová: Jestem członkinią komisji INGE, która zajmuje się zagraniczną ingerencją i dezinformacją. Tajwan ma w tym zakresie duże doświadczenie i uważam, że państwa europejskie mogą się od niego wiele nauczyć. To był główny cel naszej wizyty.

Drugi powód wiąże się z zachowaniem Chin. Dyplomacja tego kraju jest bardzo agresywna; otrzymujemy pogróżki, a kilku posłów do PE stało się celem chińskich sankcji. UE musi się nad tym zastanowić. Stosunki z Chinami pogarszają się, a więzi z Tajwanem stają się coraz silniejsze.
Myślę, że jeszcze rok temu nie bylibyśmy w stanie pojechać na Tajwan. Teraz to możliwe i pokazuje, że sytuacja się zmienia – nawet jeśli wizyta dotyczyła głównie dezinformacji, a nie dyplomacji na wysokim szczeblu.

Dezinformacja i obca ingerencja mogły być głównymi tematami tej wizyty, ale jest ona również postrzegana jako sygnał wsparcia. Dokładnie tak widzą to Chiny i Tajwan.

Oczywiście. Spotkaliśmy się również z prezydentem i premierem. Nie są oni bezpośrednio zaangażowani w te tematy, co oznacza, że był to również symbol tego, jak my postrzegamy Tajwan.

Powiedziała Pani, że UE może uczyć się od Tajwanu, jeśli chodzi o dezinformację i ingerencję z zewnątrz. Czy istnieje jakiś środek, który okazał się skuteczny na Tajwanie i który można zastosować również w UE?

Jedna rzecz była szczególnie interesująca. Wiemy, że jeśli ludzie nie ufają władzy, to społeczeństwo ma duży problem. Łatwiej jest nimi manipulować, są bardziej skłonni wierzyć w dezinformację i szerzyć wątpliwości. Społeczeństwo, które wierzy w swoje władze, jest bardziej odporne.

Wiedzą o tym na Tajwanie. Cały czas rozmawiają z ludźmi i starają się być tak otwarci i tak transparentni, jak to tylko możliwe, systematycznie budując zaufanie między władzą a obywatelami. Premier i prezydent są bardzo aktywni w mediach społecznościowych, wyjaśniają dezinformację i zachowują się po ludzku. To bardzo proste i bardzo skuteczne.

Ludzie na Słowacji i w Czechach nie uważają polityków za godnych zaufania, społeczeństwo jest bardzo spolaryzowane. Czy uważa Pani, że jako eurodeputowana z Partii Piratów, byłaby Pani w stanie przekonać do siebie wyborców partii o innych poglądach, takich jak ANO czy SPD?

Nie wierzę w koncepcję, że niektóre społeczeństwa są spolaryzowane i nic nie można na to poradzić. Jest to spowodowane przez władze i (lub) wpływy zagraniczne. Wierzę, że można to zmienić. Te rzeczy, które sprawdziły się na Tajwanie, mogą sprawdzić się również w naszym regionie, ale nie możemy oczekiwać, że stanie się to natychmiast. Wymaga to wiele pracy i systemowych rozwiązań.

Potrzebujemy na przykład bezpiecznego projektowania sieci społecznych. Oznacza to, że nie będzie się żyło w bańce stworzonej przez ich algorytmy. Musimy być w stanie powiedzieć, co chcielibyśmy zobaczyć, kiedy przeglądamy media społecznościowe.

Tajwan ma duże doświadczenie z chińskimi wpływami. W UE temat ingerencji z zagranicy jest głównie związany z Rosją. Czy uważa Pani Chiny za równie duże zagrożenie, co Rosję?

Dane pokazują, że Rosja jest liderem, jeśli chodzi o dezinformację i ingerencję zagraniczną. Jednak Chiny nie pozostają daleko w tyle i próbują nowych sposobów na zwiększenie swoich wpływów. Nie chodzi tylko o dyplomację biznesową, która w przeszłości była najważniejszym środkiem. Mają różne cele i taktyki, jednak niektóre z nich nie sprawdzają się w Europie. Jednak to może się zmienić, a Chiny mają środki, aby nauczyć się różnych taktyk, które mogą okazać się skuteczne.

Czy sądzi Pani, że Chiny mogłyby skorzystać z „rosyjskiego podręcznika”?

To zależy od wielu czynników. Chiny stały się bardziej aktywne w czasie pandemii. Zdały sobie sprawę, że istnieje potencjał biznesowy, który można wykorzystać, a jednocześnie Pekinowi nie podobał się wizerunek, jaki miał ze względu na koronawirusa. W związku z tym Chiny zintensyfikowały działania dezinformacyjne.

Postaram się to uprościć: jeżeli UE pozostanie dobrym partnerem biznesowym i nie będzie ingerować w politykę Chin, Pekin nie będzie miał motywacji do nasilenia swoich działań. Z drugiej strony, ingerencja może stać się bardziej intensywna, jeśli UE spali umowę inwestycyjną i nadal będzie krytykować sytuację związaną z nieprzestrzeganiem praw człowieka w Chinach, po prostu dlatego, że UE będzie działać wbrew chińskim interesom.

Do tej pory patrzyliśmy na Tajwan przez pryzmat Chin. Musimy to zmienić. Tajwan to zaawansowana demokracja i powinniśmy patrzeć na naszą wspólną przyszłość niezależnie, a nie w sposób, w jaki chcą to widzieć Chiny. Budowanie więzi z demokratycznym państwem nie jest czymś, co powinno być postrzegane jako zagrożenie dla Chin. Jeśli Pekin tak to postrzega, to jest to ich problem, nie nasz. Tajwan zasługuje na naszą uwagę.

W formie umowy inwestycyjnej, którą proponuje PE?

Tak, to jeden z przykładów. Potrzebujemy również głębszych więzi gospodarczych i dyplomatycznych. Nie musi to być uznanie, ale Tajwan powinien być członkiem WHO, a delegacje, które chciałyby odwiedzić wyspę, powinny mieć możliwość zrobienia tego bez obawy przed chińskim odwetem. Delegacje te mają często charakter handlowy, a nie tylko polityczny. Oznacza to, że chińskie groźby mogą stanowić przeszkodę dla stosunków handlowych i europejskich przedsiębiorstw.

Parlament Europejski jest bardziej krytyczny wobec Chin niż w przeszłości. Z drugiej strony, jest kilka państw członkowskich, które mają silne powiązania biznesowe z Chinami. Czy jest możliwe, że podejście może się zmienić nawet na poziomie państw członkowskich?

Nastroje w UE się zmieniają. Zawsze znajdą się wyjątki, ale nie potrzebujemy jednomyślności, jeśli chodzi o umowę inwestycyjną. Parlament Europejski wysłał silny sygnał do Komisji Europejskiej i widzimy, że będą rozmawiać o tej sprawie.

Nastroje będą się jeszcze bardziej zmieniać. Jest to wynik zachowania Chin. Ich podejście nie zmieniło się do tej pory, ponieważ rząd widzi, że nadal może czerpać korzyści z bycia agresywnym. To może się w końcu zmienić, ale w tej chwili chińscy dyplomaci są bardzo pewni siebie.

Jedną z rzeczy, która już zaszkodziła Chinom, jest umowa inwestycyjna. Została ona wynegocjowana w styczniu, ale Parlament Europejski odmówił jej ratyfikacji. Teraz negocjacje są zamrożone. Czy uważa Pani, że UE powinna całkowicie pogrzebać tę umowę?

Cieszę się, że jej nie ratyfikowaliśmy. Nie chodzi tylko o ogólny kontekst moralny. Ta umowa była naprawdę zła i obawiam się, że nie da się jej zmienić w sposób, który miałby sens.

Nie możemy ignorować faktu, że rząd chiński prowadzi obozy koncentracyjne z przymusową siłą roboczą. To jest jeden z powodów, dla których nie powinniśmy dawać Chinom umowy, która poprawi ich dostęp do rynku europejskiego. To samo dotyczy technologii, które mogłyby zostać wykorzystane do monitorowania Ujgurów.

Czy zatem UE nie powinna wznawiać negocjacji?

Nie. I jest więcej powodów, poza tymi, które już wymieniłam. Jednym z nich jest chińska agresja wobec Tajwanu, a także sposób, w jaki Pekin zachowuje się w kontaktach z państwami członkowskimi UE.

Pojawiło się wiele słów krytyki z powodu Ujgurów, UE nałożyła sankcje na niektórych chińskich przedstawicieli i firmy, ale zachowanie chińskiego rządu nie zmieniło się. Czy UE może zrobić coś jeszcze?

Sytuacja jest bardzo skomplikowana. Mamy do dyspozycji głównie narzędzia ekonomiczne, takie jak sankcje. UE może również użyć swoich wpływów i przekonać europejskie firmy, aby wycofały się z regionów, w których znajdują się obozy koncentracyjne. Nie powinny nawet kupować tam swoich materiałów, mam na myśli dalszą produkcję, która odbywa się w różnych regionach.

Jest to niezwykle ważne, ponieważ produkty z Xinjiang są eksportowane. Jeśli UE tego nie zaakceptuje, firmy nie będą miały innego wyboru, jak tylko przenieść swoją produkcję. Nie oznacza to, że rząd chiński zamknie obozy, ale może zmusi go to do zastanowienia się nad innym podejściem.

Chiny nałożyły sankcje na kilku posłów do PE. Czy sądzi Pani, że po tej wizycie Pani nazwisko mogłoby zostać dodane do tej listy?

Mam taką nadzieję. Byłby to dowód na to, że dobrze wykonuję swoją pracę. Jednak jak na razie wygląda na to, że żadnych sankcji nie będzie. Wygląda na to, że nie byliśmy wystarczająco głośni, więc muszę pracować dalej.

Fot. Andrew Haimerl (andrewnef) /Unsplash

Słowacka wersja tekstu znajduje się na stronie Dennik N. Artykuł ukazał się w języku angielskim w Visegrad Insight i jest wynikiem współpracy gazet V4 zorganizowanej przez Visegrad Insight i Res Publica Nowa.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa