CAŁUS: Mołdawska lekcja Unii Europejskiej

Stawianie w Mołdawii na konkretnego polityka od początku było błędem Unii Europejskiej - z Kamilem Całusem, autorem książki "Mołdawia. Państwo niekonieczne" rozmawia Piotr Oleksy


Piotr Oleksy: UE przekazuje państwom Partnerstwa Wschodniego ogromne środki na walkę ze skutkami pandemii i jest głównym aktorem międzynarodowym pomagającym Mołdawii. Pod koniec kwietnia Komisja Europejska wydzieliła dla Kiszyniowa 100 mln Euro pomocy makrofinansowej na walkę z następstwami pandemii. Tymczasem, obserwując mołdawskie media i internet wydaje się, że w przysłowiowej walce o rząd dusz Unia przegrywa z Rosją.

Kamil Całus: Ta pomoc jest jeszcze większa. Komisja Europejska podpisała niedawno porozumienie z rządem Mołdawii w sprawie przekierowania na ten sam cel kolejnych 87 mln euro pochodzących z grantów przyznanych już wcześniej, a pod koniec marca UE przekazała ponad 140 mln euro na krótko- i średnioterminową pomoc dla krajów Partnerstwa Wschodniego.

Numer magazynu internetowego W obliczu końca

Część z tej kwoty trafi oczywiście do Mołdawii. Do tego wszystkiego należałoby doliczyć uruchomioną jeszcze w 2019 r. pomoc makrofinansową na kolejne 100 mln euro. Tymczasem działania rosyjskie, mimo że ich skala jest wielokrotnie mniejsza, a wręcz symboliczna, są lepiej zauważalne przez społeczeństwo. Oczywiście, po części wynika to z tego, że wierne obecnemu rządowi media oraz eurosceptyczni politycy poświęcają rosyjskiej pomocy znacznie więcej uwagi i prezentują ją w odpowiednim świetle.

A może dystans Mołdawian do UE jest jeszcze efektem błędów zarówno instytucji unijnych, jak i państw członkowskich z ostatnich lat? Co się dzieje z Iuriem Leancą, byłym premierem Mołdawii?

Ostatni raz był bardziej widoczny w życiu publicznym, kiedy w maju 2019 r. kandydował do Parlamentu Europejskiego z list rumuńskiej partii Pro Romania. Potem, już po czerwcowej ucieczce oligarchy Vlada Plahotniuca z Mołdawii pojawiał się kilkukrotnie w mediach tłumacząc się z różnych zarzutów. Ale ostatnio faktycznie, nie wiele o nim słychać. Czemu pytasz o niego?

Dla mnie jest uosobieniem Mołdawii, która z success story Partnerstwa Wschodniego stała się państwem zawłaszczonym, symbolem korupcji i zawiedzionych nadziei. O tym procesie jest dużej mierze Twoja książka Mołdawia. Państwo niekonieczne. Iurie Leancă był twarzą proeuropejskiej koalicji, najpierw jako minister spraw zagranicznych, a potem premier. Był spełnieniem marzeń zachodnich dyplomatów o wschodnioeuropejskim polityku: znającym języki, inteligentnym, świetnie czującym się na salonach i w panelach dyskusyjnych, dobrze ubranym, do tego mówiącym to, co europejscy politycy chcieli usłyszeć. Zachód inwestował więc w niego politycznie. Ale na końcu okazało się, że również on w żaden sposób nie potrafi się wyrwać z mołdawskich układów i więzów lojalności.

Leancă był dyplomatą, mógł być postrzegany jako karierowicz, ale jego ambicje były ulokowane na arenie międzynarodowej, może nawet w strukturach unijnych, a nie w mołdawskim biznesie. To odróżniało go od reszty, ale ta jego rzekoma siła – brak rządzy władzy – była jednocześnie jego słabością. On nie miał ani chęci ani możliwości by bronić się przed politycznymi „wilkami”. Przypomnijmy, że to w czasie gdy Leancă był premierem doszło do tzw. kradzieży stulecia: z trzech mołdawskich banków nielegalnie wyprowadzono miliard dolarów. Zapytany, czy jako szef rządu wiedział o przygotowaniach do tej kradzieży , odparł: „ależ ja byłem tylko premierem”. Te słowa oddają zarówno jego charakter, jak i całą specyfikę mołdawskiego systemu politycznego.

Potem gdzieś doszła do nas pogłoski, że jest on rzekomo „klanowo” związany z Anatolijem Stati, swego czasu najbogatszym Mołdawianinem, który zadłużył się w pewnym momencie u Vlada Plahotniuca – oligarchy, który stopniowo zawłaszczał kraj. W tej sytuacji Leancă nie mógł nic zrobić przeciw Plahotniukowi.

Tak jest. Dobrze ilustruje to anegdota sprzed siedmiu lat. Otóż, późnym wieczorem, około godziny 23:00 Plahotniuc i Filat w jednym z kiszyniowkisch hoteli spierali się podobno o to, kto kontroluje premiera. Zmęczony próżną gadaniną Plahotniuc postanowił wreszcie udowodnić swoją rację w bardzo prosty i bezpośredni sposób. Otóż zadzwonił rzekomo do Leanki i wezwał go do hotelu. Premier stawił się tam w niecały kwadrans. Leancă nie miał nigdy zaplecza politycznego, ani finansowego, żeby móc rywalizować z nimi. Do tego doszły te wszystkie powiązania klanowe, z których też nie mógł, albo nie potrafił się wyrwać.

Mamy więc przykład człowieka wykształconego, doskonale znającego Zachód, lokującego tam właśnie swoje ambicje, który i tak nie może się wyrwać z mołdawskich zależności klanowych. Pytanie więc brzmi: skoro on nie mógł, to czy ktokolwiek jest w stanie?

Bardzo, bardzo trudno wyrwać się z tego komukolwiek, kto wychował się w tym społeczeństwie, kto ma tam rodzinę. Wiele razy słyszałem historie o młodych Mołdawianach wykształconych na zachodzie, którzy – choć byli pełni dobrych chęci i ideałów – po powrocie do kraju szybko adaptowali się do panującego w Mołdawii systemu i wchodzili w różne układy korupcyjne.

Zmuszają ich do tego głównie dwie rzeczy. Pierwszą są mizerne pensje w sektorze publicznym i administracji, które działają korupcjogennie. Drugą są naciski ze strony rodziny. Jak nie pomóc wujowi czy rodzeństwu? Wydaje się, że można się z tego wszystkiego wyrwać, jeśli wyszło się z tego środowiska dość wcześnie a jednocześnie nie jest się uzależnionym od lokalnych układów rodzinnych.

Obejrzyj nagranie z dyskusji Jaką Europę Środkową pozostawi koronawirus?

Przykładem jest Maia Sandu, liderka Partii Działania i Solidarności, oraz szefowa rządu od czerwca do listopada 2019 r. Kształciła się i pracowała na zachodzie, konkretnie w Banku Światowym, jest też samotna. Nie ma dzieci ani męża. Ta niezależność jest jednak także jej słabością. Fakt, że Sandu myśli w innych kategoriach, ma – jak mówią anglosasi – inny mindset, pozbawia ją tego specyficznego know-how mołdawskiej polityki, które pozwoliłoby jej na skuteczną walkę z tym systemem oraz ogranicza jej zaplecze.

Zastanawiam się czy Unia nie popełnia jednak z Sandu tego samego błędu co z Leancą? To był polityk, w którego Bruksela czy Berlin wyraźnie inwestowali: swoim autorytetem, wsparciem wizerunkowym, a także finansowo i organizacyjnie. Niemcy wspierali jego działalność polityczną jeszcze po tym, gdy przestał być premierem i po „kradzieży stulecia” finansując jego partyjny think tank. Gdy teraz patrzę na relację zachodnich polityków i dyplomatów z Maią Sandu widzę podobne zjawisko – inwestują w konkretnego człowieka. Nie chcę podważać uczciwości Mai Sandu i sugerować, że ona może skończyć jak Leancă. Znów stawia się na jednego człowieka, który zawsze może popełnić błąd, w którego otoczeniu może znaleźć się ktoś nieuczciwy i wtedy cały nasz autorytet jest na szali autorytetu tej jednej osoby.

Mam wrażenie, że takie podejście wynika z dwóch czynników. Po pierwsze po 2009 r., Unia – rozumiem przez to tzw. Brukselę oraz liderów kluczowych państw członkowskich – miała skłonność do idealizowania „nowych” polityków mołdawskich. Dotyczyło to zresztą całego Partnerstwa Wschodniego. Szukaliśmy na siłę ludzi, którzy udowodniliby, że oto mamy nową klasę polityczną w regionie, z którą możemy rozmawiać. Mołdawscy politycy doskonale to wyczuli, a Iurie Leancă był w tym mistrzem.

Po drugie wynikało to z rozpaczy. Do tej pory pamiętam rozmowy z przedstawicielami różnych instytucji m.in. w Niemczech, którzy mówili, że potrzebujemy po prostu osoby, którą będzie można wspierać, pokazywać jako przykład, z którą będzie można jakoś współpracować. Ale stawianie „na jednego konia” czy też na konkretnego polityka, zamiast na linię polityczną czy sferę wartości było od początku błędem polityki UE w Europie Wschodniej. Ja wiem, że łatwo jest to mówić analitykowi czy komentatorowi „nie stawiajcie na konkretnych polityków”, gdy w realiach politycznych trzeba przecież współpracować z ludźmi. Ale UE sparzyła się na tym już wiele razy. Można przyjąć inne podejście. Jasno wspierać wartości czy sposoby działania, tak żeby lokalni politycy starali się wykazywać, że to oni najlepiej tę linię realizują. Tworzyć reguły, ramy ideowe i czekać aż w procesie zdrowej konkurencji wyłonią się na mołdawskiej scenie politycznej osoby najlepiej te ideały reprezentujące.


Raport przedstawiający scenariusze dla Partnerstwa Wschodniego dostępny do pobrania za darmo na stronie Videgrad Insight.

Trochę jak Rosja, która zawsze ma swojego faworyta, ale zazwyczaj nie może on się czuć bezpieczny, wiedząc, że jest cała kolejka chętnych na jego miejsce.

Zupełnie niezamierzonym efektem unijnej polityki wspierania sił proeuropejskich w Mołdawii po roku 2009 było – np. w przypadku Vlada Filata, premiera skazanego później za korupcję – dawanie elitom swoistego poczucia bezpieczeństwa. Wysiłek finansowy i polityczny UE wobec Mołdawii był tak duży, że zarówno wśród lokalnej klasy politycznej, jak i społeczeństwa zaistniało przekonanie, że Zachód wspiera koalicję proeuropejską niemal za wszelką cenę i będzie robił to dalej bez względu na to czy ta będzie, czy też nie wprowadzała reform. Szkoda, że nie zademonstrowaliśmy od razu, że przekroczenie czerwonych linii może oznaczać szybką utratę poparcia politycznego i finansowego. Jako UE za bardzo baliśmy się, że upadek rządu Vlada Filata, a później Iurie Leanki skończy się przejęciem władzy przez siły prorosyjskie i końcem „proeuropejskiej Mołdawii”. Tymczasem okazało się, że to siły „proeuropejskie” stały się głównym zagrożeniem dla reform.

Zasadę warunkowości, która ma rządzić polityką UE wobec sąsiadów, zastąpiła praktyka bezwarunkowości.

Można tak to ująć. Dodatkowym problemem jest fakt, że polityka Unii często bywa niezbalansowana. Po okresie łagodnego traktowania elit przychodzi okres głębokiego rozczarowania i nieufności. To jest bardzo niekonstruktywne. Jak wspomniałem wcześniej, wydaje mi się, że takie działanie można zastąpić twardym egzekwowaniem określonych zasad i wartości, a nie wspieraniem konkretnych polityków.

Każdy dyplomata unijny odpowie Ci, że to właśnie UE robi. Wielu z nich to ludzie autentycznie zaangażowani i doskonale rozumiejący zawiłości, o których mówimy. Problemy mają charakter systemowy. W świadomości przeciętnego Mołdawianina jest jasno zapisane, że UE wspiera Maię Sandu i koniec. I każda porażka Mai Sandu, czy kogoś z jej otoczenia będzie obciążać UE. Jak zbudować mechanizm, który pozwoli wyjść z tej pułapki?

Dobrze byłoby, żeby UE utrzymywała bardziej intensywny dialog i współpracę z całą – może bez radykałów – sceną polityczną, nie tylko prounijnymi ugrupowaniami. Obecnie zdecydowanie brakuje poczucia, że UE utrzymuje konstruktywne relacje ze wszystkimi, bez względu na ich orientację geopolityczną.

Numer pt. Bitwa o suwerenność dostępny w naszej księgarni.

Ktoś może powiedzieć, że potem politycy, którzy blokują reformy wykorzystywać to mogą dla celów wizerunkowych i wrzucać na FB czy instagram fotki z zachodnimi dyplomatami i politykami. Ale gdy te fotki będą mieli wszyscy, to w efekcie stracą one wymiar propagandowy. A takie spotkania mogą być też szansą do otwartego krytykowania, czy pokazywania swej niechęci wobec pewnych działań.

Na poziomie wizerunkowym UE powinna bardziej pokazywać, że spotykamy się i rozmawiamy ze wszystkimi. Chodzi o unaocznianie klasie politycznej i społeczeństwu, że Unia nie tworzy swojego klubu w danym państwie, tylko po prostu realizuje własne cele polityczne zgodne z unijnymi ideałami.

Jakie jeszcze błędy Unia Europejska popełniła Twoim zdaniem w lata 2009 – 2016, kiedy Mołdawia przeszła drogę od success story Partnerstwa Wschodniego do państwa zawłaszczonego? Czy były momenty, kiedy trzeba było zareagować „ostrzej”?

W tym okresie rządzący Mołdawią Sojusz na Rzecz Integracji Europejskiej kilka razy, w związku z wewnętrznymi tarciami politycznymi i biznesowymi znalazł się na granicy rozpadu. Za każdym razem dyplomacja Unijna robiła wszystko, by doprowadzić do porozumienia między liderami tworzących ją ugrupowań. Powodem był strach przed przejęciem władzy przez potężną wówczas Partię Komunistów Vladimira Voronia.

Z dzisiejszej perspektywy uważam że te wysiłki były niepotrzebne. Gdyby wówczas pokazano partiom proeuropejskim, a przede wszystkim obywatelom, że politycy muszą trzymać się pewnych zobowiązań i reguł, bo inaczej utracą poparcie UE, to być może obecna scena polityczna w Mołdawii wyglądałaby jakoś inaczej. Zresztą, patrząc z perspektywy lat, czy komuniści Voronina byli by większym problemem dla reform i procesu integracji europejskiej niż to co robił Vlad Plahotniuc czy też Socjaliści? Nie sądzę.

Kolejnym ostrzeżeniem, przegapionym przez UE, były wybory parlamentarne w 2014 r., podczas których doszło do poważnych nadużyć: prorosyjską partię Renato Usatego wykreślono z list wyborczych na kilka dni przed głosowaniem, stworzono fake’ową partię, która miała odebrać głosy komunistom, nie otwarto odpowiedniej ilości punktów wyborczych w Rosji, obawiając się, że tamtejsi emigranci zagłosują na partie prorosyjskie (na zachodzie było ich dużo więcej). I to wszystko nie spotkało się z poważną krytyką zachodu.

To się wpisuje w cały ciąg wydarzeń, który w efekcie u Mołdawian wytworzył obraz UE jako organizacji, która powtarzając wciąż, że reprezentuje świat wartości, w praktyce prowadzi swoistą realpolitik i przymyka oczy na wiele problemów w imię utrzymania u sterów władzy w Mołdawii przynajmniej nominalnie przyjaznych sobie sił.

W 2014 r. geopolityka przeważyła również dlatego, że wybuchła wojna rosyjsko-ukraińska. Ale UE jest cały czas rozdarta pomiędzy polityką wartości i chęcią utrzymania Mołdawii w gronie państw zorientowanych pro-zachodnio. Wygrywają na tym tylko mołdawscy oligarchowie.

W efekcie stosunek do UE jako gracza politycznego w Mołdawii staje się odwrotnie proporcjonalny do jej pozycji na arenie międzynarodowej oraz jej potencjału finansowego i gospodarczego. Unia jest kolosem, który może wpompować ogromne pieniądze w dany kraj, a jednocześnie postrzegana bywa jako aktor wyjątkowo cierpliwy i pobłażliwy. Zupełnie inaczej niż Rosja, która daje dużo mniej, ale za wszystko bardzo dokładnie rozlicza. I o niczym nie zapomina.

Numer magazynu internetowego Państwo obnażone.

Do załamania w relacjach unijno-mołdawskich doszło dopiero, gdy latem 2018 r. anulowano wybory burmistrza Kiszyniowa, gdyż wygrał je kandydat opozycji. Twierdzę, że zapomnieliśmy o tym, że polityka wartości, jest tak naprawdę unijną geopolityką. U podstaw polityki sąsiedztwa legło założenie, że nie dążymy do tego żeby przyciągać, tworzyć sojusze, lecz do zmiany rzeczywistość w państwach sąsiedzkich, modernizacji, walki z korupcją, bo w takim otoczeniu UE będzie bezpieczniejsza. Dopiero w takim środowisku pojawią się nowe możliwości współpracy z sąsiadującymi krajami. Ale przy tym podejściu trzeba by się pogodzić z tym, że w określonym momencie władze w danym kraju mogłyby przejąć siły nominalnie prorosyjskie. I byłoby to zgodne z oczekiwaniem społeczeństwa.

Dokładnie tak. Teraz na przykład doskonale widzimy, że przejęcie władzy w Kiszyniowie przez siły sympatyzujące i blisko współpracujące z Moskwą nie zmieniło w sposób szczególny faktycznego systemu zależności międzynarodowych, w które uwikłana jest Mołdawia. Nadal jest ona przecież uzależniona od współpracy z UE, od zachodniego wsparcia finansowego, unijnych rynków zbytu, a także od dostępu do zachodniego rynku pracy.

Bez względu na to, kto tam przejmie władzę, to te związki nadal będą bardzo silne. Przecież nawet komuniści przez większość swych rządów byli proeuropejscy, wiedząc że UE wiele oferuje oraz pozwala na balansowanie, trzymanie odpowiedniego dystansu od Rosji. Żaden z głównych polityków mołdawskich dobrowolnie nie chciałby skończyć jak np. Armenia, która weszła do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, co poważnie ograniczyło jej pole manewru. Oni przede wszystkim pilnują własnego podwórka.

Obecnie prezydent Igor Dodon ma problem z koncentracją silnej władzy w swoich rękach. Sąd Konstytucyjny właśnie utrącił mu kluczową umowę kredytową z Rosją. W 2003 r. komuniści pod naciskiem społeczeństw i zachodu musieli zrezygnować z narzuconego przez Moskwę rozwiązania konfliktu w Naddniestrzu. Mołdawia jest o wiele bardziej zakotwiczona na zachodzie niż mogłoby się pozornie wydawać. O wiele trudniej zbudować tam reżim prorosyjski niż prozachodni. Paradoksalnie to wbrew tożsamości społeczeństwa. Myślę, że czynnikiem decydującym o takim stanie rzeczy jest tożsamość tamtejszych elit, ale nie tylko tej wąskiej elity rządzącej, co elit społecznych – urzędników, nauczycieli, sędziów, prawników. Można dojść do władzy na dyskursie antyelitarnym, odwołując się do prostego człowieka, który często przyjaźniej patrzy na Rosję, ale bardzo trudno tę władzę utrzymać.

Dlatego właśnie UE powinna skupiać się w Mołdawii przede wszystkim na graniu roli strażnika wartości. Nie tylko stworzyłoby to lepsze warunki dla wykształcenia się tam klasy politycznej nastawionej na realne reformy, ale też doprowadziłoby prawdopodobnie do złagodzenia targającego tym krajem od lat sporu tożsamościowo-politycznego między zwolennikami zbliżenia z Rosją i zwolennikami zbliżenia do UE.

Takie działanie wytrąciłoby jeden z najważniejszy argumentów tamtejszej klasie polityczno-biznesowej, która opiera się na konflikcie tożsamościowo-politycznym w społeczeństwie, które jest rozdarte między Wschodem a Zachodem. Mocarstwa tak naprawdę to rozdarcie wzmacniają, a lokalni oligarchowie doskonale potrafią grać tą sytuacją.

Tak jest. Mówiąc pół żartem, ta rywalizacja o wpływy postawiła wszystko do góry nogami. Do niedawna, to UE była siłą przyciągającą. To do UE chciano wejść. Unia nie musiała nikogo nakłaniać, raczej czekała i stawiała warunki. A obecnie Mołdawię i Ukrainę trzeba „namawiać” do integracji. To dziwna sytuacja, gdy gracz mający tak wiele do zaoferowania co Unia musi nakłaniać do tego państwa mające ekonomiczny i rozwojowy interes we współpracy z nią.

To wynika jednak w dużej mierze z tożsamości kulturowej tych społeczeństw. Dla wielu mieszkańców Mołdawii, a do niedawna również Ukrainy, wszystko co związane z UE było postrzegane jako wrogie, bo „antyrosyjskie”. A ich tożsamość kulturowa jest z Rosją silnie związana. Być może większy dystans, mniejsze zaangażowanie w spór geopolityczny, dałoby lepszy efekt.

Numeru internetowy Tak umierają wolne media

Unia formalnie nie akcentuje konfliktu z Rosją i nie mówi otwarcie, że ta jest zła. Jednak wrażenie przeciągania liny istniało przez te wszystkie lata i utrzymuje się do dziś. Warto byłoby natomiast jeszcze bardziej zaangażować się na poziomie wizerunkowym w ochronę praw mniejszości rosyjskojęzycznej w Mołdawii. Jak zapytasz Mołdawianina czy UE chroni mniejszości to powie, że tak, ale mniejszości seksualne. A jak zapytasz o działania ochronne ze strony Rosji to odpowie, że chroni mniejszości rosyjskojęzyczne, Gagauzów, Bułgarów itd. Tymczasem przecież Unia zasadza się na wspieraniu mniejszości kulturowych i językowych, robi to dużo lepiej niż Rosja. Pytanie dlaczego ten przekaz nie przebija się do świadomości Mołdawian.

To jest szerszy problem. Symptomatyczny jest przykład Gagauzji, gdzie UE jest największym donorem i pompuje tam pieniądze (zarówno Bruksela, jak i państwa członkowskie). Ale jeśli zapytasz Gagauza, kto najbardziej pomaga to powiedzą: Turcja i Rosja. W tej kolejności. Unia jest niezauważalna. Dlaczego tak jest? Trzeba oczywiście wymagać, żeby lokalni politycy podkreślali, że jeśli dostają pieniądze od UE, to mają o tym informować. Ale ciężko zarzucić baszkan Gagauzji Irinie Vlah, że ona tego nie robi. Bo robi. Ale jak ona wrzuci tweet o wsparciu UE to ma automatycznie dużo mniejsze zainteresowanie i zasięgi niż jej zdjęcie na tle flagi rosyjskiej. To jest też kwestia popytu na konkretny przekaz, oczekiwań odbiorcy. Gagauski odbiorca nie oczekuje informacji o tym, że UE pomaga. Więc ta gra musiałaby być dużo bardziej długofalowa.

Jest tu jeszcze jeden element. Całkiem niedawno prezydent Turcji Recep Erdogan odwiedził Gagauzję. Prezydent Turcji przyjechał do Gagauzji! Znasz jakiegoś wysokiego rangą polityka UE, który pofatyguje się do Gagauzji? Żeby zrównoważyć Erdogana to musiałby to być polityk europejski najcięższej wagi. W efekcie powstaje wrażenie „oni nie traktują nas poważnie, nie mają dla nas czasu. A Erdogan ma czas!” I takich Gagauzji jest w Europie wiele, a w tego typu społeczności jednym z najważniejszych problemów są emocje, poczucie godności, a nie tylko pieniądze.

Rosja przeprowadziła ostatnio taką akcję. Rosyjski samolot, bezpłatnie przywiózł do Mołdawii zakupione w Chinach przez Mołdawian towary medyczne. Podkreślam: zakupione za mołdawskie pieniądze – rosyjski samolot tylko je przywiózł. Dodon zrobił sobie zdjęcie na jego tle i w świat poszedł przekaz „Rosjanie przywożą nam pomoc!”, a fotografia prezydenta stojącego na tle rosyjskiej flagi wymalowanej na burcie samolotu obiegła media.

To jest ta moc symboli. Unia daje ogromne pieniądze, ale takiej gry niestety nie umie jeszcze uprawiać. Rumunii ostatnio zorganizowali podobną akcję z konwojem 20 ciężarówek wiozących kosztującą 3,5 mln euro pomoc dla Mołdawii. I efektywnie i efektownie. Nawet prezydent Dodon musiał przywitać rumuńskich darczyńców i podziękować za zaangażowanie.

Mówiąc językiem internetu „Unia nie umie w emocje”. Odpowiedź na pytanie z czego to wynika jest na pewno głębsza. Twoja koleżanka z Ośrodka Studiów Wschodnich, Marta Szpala, zauważyła, że tej sfery bardzo strzegą państwa członkowskie. Efekt jest taki, że w walce o „rząd dusz” Unia często przegrywa z państwami, które oferują dużo mniej, lecz o wiele lepiej promują swoje działania. Komisja Europejska przekazuje Mołdawii bardzo dużo środków, idą one jednak bardzo różnymi drogami, efekt ich działania widać też po jakimś czasie. Tymczasem jakaś agencja rosyjska przywiezie do gagauskiej wsi traktor lub kombajn, a nadaje się temu taki rozgłos jakby Moskwa uratowała tamtejsze rolnictwo.

Dlatego właśnie należy zwracać uwagę na efektowność unijnej pomocy, czyli to jak ją sprzedajemy. Mówiąc pół żartem, Unii przydałby się choć jeden transportowy Airbus z dwunastoma złotymi gwiazdami połyskującymi na stateczniku, którym można by dostarczać pomoc humanitarną w takich sytuacjach. Można by też wspierać pomoc określonych państw członkowskich i stosować mieszaną (narodowo-unijną) symbolikę. Środki finansowe i instrumenty są na stole. Trzeba je tylko dograć i wykorzystać.

Kamil Całus – analityk Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW); specjalista ds. Republiki Mołdawii i Rumunii. Autor książki pt. „Mołdawia. Państwo niekonieczne” (Wydawnictwo Czarne, 2020).

Piotr Oleksy – historyk, analityk i publicysta, pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki „Naddniestrze. Terror tożsamości” (Wydawnictwo Czarne 2018).

Fot. Maxence via Flickr (CC BY 2.0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa