Brzydkie słowo na d…

Dialog, pomimo że jest pojęciem oficjalnie stosowanym przez warszawski samorząd, w rzeczywistości stanowi dla niego coś wstydliwego. Władze miasta uważają, że realne rozmowy są poniżej ich godności. Dzieje się to oczywiście równolegle z medialnymi zapewnieniami […]


Dialog, pomimo że jest pojęciem oficjalnie stosowanym przez warszawski samorząd, w rzeczywistości stanowi dla niego coś wstydliwego. Władze miasta uważają, że realne rozmowy są poniżej ich godności. Dzieje się to oczywiście równolegle z medialnymi zapewnieniami o otwartości oraz wrażliwości na sugestie mieszkańców. Takiej dwoistości doświadcza w kontaktach z samorządem ruch lokatorski.

Netto, brutto, odczepcie się od nas

Przedstawiciele różnych organizacji lokatorskich od lat pojawiają się na sesjach Rady Miasta Stołecznego Warszawy. Jest to jedyny moment, w którym dialog nie może być zablokowany. Procedury zezwalają mieszkańcom miasta na zabieranie głosu podczas punktu obrad „wolne wnioski”. Organizacje społeczne mogą również wypowiadać swoje zdanie przy okazji dyskusji nad kwestiami związanymi z ich obszarem działalności. Naturalne więc było, że gdy w roku 2009 ustalano nowe zasady najmu mieszkań komunalnych, nie mogło zabraknąć na sesji rady organizacji lokatorskich.

Wcześniej trwały dotyczące ich „konsultacje społeczne” zorganizowane przez ratusz. Polegały one na umożliwieniu zainteresowanym organizacjom przesłania opinii o projekcie. Jednak do przygotowywanych zasad wprowadzono tylko kosmetyczne poprawki, po czym podano pod głosowanie radnym.

W swoim wystąpieniu, uzasadniającym wprowadzenie zaostrzonych kryteriów najmu i zawierającym wiele nieścisłości, wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak nie omieszkał pochwalić się „szerokimi konsultacjami”. Gdy przedstawiciele Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów przypomnieli mu, jak one wyglądały, jego oburzenie wywołały „populistyczne argumenty”.

Wiceprezydent zachwalał nowe zasady najmu, podając przy tym fikcyjne kwoty maksimów dochodowych uprawniających do starania się o mieszkania. Radni prawdopodobnie nawet nie wiedzieli jaka jest prawda.

Do następnej konfrontacji podczas sesji rady miasta doszło w roku 2010. Organizacje lokatorskie domagały się wówczas sesji nadzwyczajnej, na której przedstawiono by realizację planu gospodarowania zasobem komunalnym. Przewodnicząca rady otwarcie mówiła, że kwestia polityki mieszkaniowej nie jest dla niej na tyle ważna, aby zwoływać sesję nadzwyczajną. Jej potrzeba pojawiła się dopiero, gdy w reakcji na obojętność radnych jedno z posiedzeń zostało zakłócone przez grupę lokatorów. Część z nich próbowała wówczas udawać, że nic się nie dzieje. Gdy okazało się, że sesji nie da się dalej prowadzić, przewodnicząca podjęła „dialog”, nasyłając na lokatorów straż miejską. Przedstawiciele lokalnych władz byli oburzeni, lecz gdyby od razu zgodzili się na prowadzenie dialogu, do żadnych protestów by nie doszło.

Monolog urzędników

W roku 2010 odbyły się dwie sesje nadzwyczajne rady miasta. Obie stanowiły pokaz tego, jak samorząd chwali się dialogiem z obywatelami, nie prowadząc go. Pierwszym argumentem przedstawicieli ratusza było stwierdzenie, jakoby na całej sprawie zależało tylko garstce „zawodowych działaczy”. Zostało ono bardzo szybko obalone, ponieważ na sesjach nadzwyczajnych była jedna z najwyższych frekwencji publiczności w poprzedniej kadencji rady. Na każdą przybyło więcej osób, niż mogło zmieścić się na sali obrad.

Do prezentacji polityki miejskiej wydelegowano wówczas urzędników. Jest to częścią polityki ratusza, polegającej na unikaniu upoważniania do rozmów osób, które mogą być później zweryfikowane w wyborach. Urzędnicy przedstawili dane dawno dostępne na stronach internetowych miasta. Unikali tematów niewygodnych, skupiając się na przykład na liczbie wybudowanych domów komunalnych. Urzędnicy wykręcali się od wyjawienia, ile ich w tym samym czasie wyburzono lub zreprywatyzowano.

Warszawskie Spotkania Mieszkaniowe

Bardzo ważnym postulatem strony społecznej prezentowanym podczas drugiej z sesji nadzwyczajnych było zorganizowanie tak zwanego okrągłego stołu w sprawie polityki mieszkaniowej. Miałyby to być regularne spotkania z udziałem ekspertów, przedstawicieli samorządu oraz organizacji społecznych, na których wymieniano by pomysły i opiniowano projekty dotyczące polityki mieszkaniowej. Ratusz miał niepowtarzalną szansę na zorganizowanie dialog z lokatorami w taki sposób, by uniknąć protestów podczas sesji rady miasta.

Gdyby przedstawiciele władz odrzucili projekt, pokazaliby, że nie chcą dialogu. Dlatego zachowując pozory dobrej woli, z przyczyn „proceduralnych” projekt został skierowany do pracy w komisji. Ponieważ działo się to pod koniec poprzedniej kadencji samorządu, projekt najprawdopodobniej pozostanie zamrożony. Argument o przeszkodach proceduralnych okazał się tym dziwniejszy, że niedawno podobne konsultacje zostały zorganizowane w sprawie selekcji w klubach nocnych i dyskotekach.

Zamiast negocjacji ratusz stworzył Warszawskie Spotkania Mieszkaniowe. Od października 2010 roku odbyło się kilka otwartych spotkań, na których urzędnicy tłumaczą miejską politykę mieszkaniową. Do ich prowadzenia ratusz zatrudnił profesjonalnych mediatorów, ogłosił projekt w mediach i zaproponował mieszkańcom uczestnictwo z możliwością zadawania pytań. Teoretycznie był to bardzo duży gest wobec lokatorów, których postulat został tym samym spełniony. W rzeczywistości była to jednak zagrywka czysto propagandowa. Warszawskie Spotkania Mieszkaniowe nie mają na celu kształtowania polityki mieszkaniowej miasta, ani nawet przedstawienia postulatów oraz planów – to nic innego jak forum, na którym można zadać pytanie urzędnikom, którzy następnie udzielają wymijających odpowiedzi.

Dialog ze strażą miejską

Rozumienie dążenia do dialogu pokazała również Rada Miasta obecnej kadencji. Członkowie organizacji lokatorskich przybyli na nią, aby przypomnieć o zamrożonym projekcie konsultacji polityki mieszkaniowej miasta. Niestety, samorządowcy po raz kolejny wykazali się obojętnością.

Trudno oczekiwać, że w takiej sytuacji ludzie, nieraz odrywający się od obowiązków, by obserwować sesję, nie będą oburzeni. Uczestnicy protestu wtargnęli na część sali zastrzeżoną dla radnych i powiedzieli, co myślą o takim pełnieniu obowiązków przez samorządowców. To z kolei wywołało straszliwe oburzenie. Jeden z samorządowców PO domagał się od straży miejskiej zabrania protestującym nagłośnienia. Wiceprzewodnicząca rady Ligia Krajewska mówiła później, że służby porządkowe powinny wyciągnąć konsekwencje wobec protestujących.

Jak widać, w „dialogu” z warszawskim samorządem organizacje społeczne mają do wyboru dwie drogi. Pierwsza to działanie według ustalonych przez władze lokalne reguł. W ten sposób można zyskać opinię „odpowiedzialnego partnera”. Jest tylko jeden problem – takie negocjacje poza pochwałami ze strony władz do niczego nie doprowadzą.

Druga droga jest o wiele trudniejsza. Polega na wymuszeniu dialogu poprzez bardziej radykalne działania. Oczywiście naraża to protestujących na miano „wichrzycieli zakłócających porządek”, jednak czy w obliczu ignorancji ratusza oraz lenistwa radnych jest inne wyjście, dające choć cień szansy na sukces?

Jakie są przyczyny?

Skąd taka niechęć do dialogu w warszawskim samorządzie? Po pierwsze, jego członkowie to przedstawiciele nie społeczności lokalnych, a partii. Dla wielu z nich zasiadanie w radzie jest tylko szczeblem do dalszej kariery, na przykład w parlamencie. Trudno więc oczekiwać, aby podejmowali niewygodne i trudne tematy. Łatwo w ten sposób narazić się i utracić możliwość załatwienia sobie „biorącego” miejsca na liście wyborczej. Ordynacja tymczasem jest bezwzględna. Konieczność przekroczenia progu 5% w skali całego miasta, by mieć przedstawicieli w radzie, eliminuje mniejsze ugrupowania czy inicjatywy obywatelskie reprezentowane w jednej lub kilku dzielnicach, nawet gdyby uzyskały tam bardzo wysokie poparcie.

Kolejny problem to brak wiedzy radnych. Prezentują oni lenistwo poznawcze i podczas sesji zajmują się wszystkim, tylko nie rzetelną pracą. Poczucie bezkarności wzmacnia brak możliwości odwołania radnych. Nawet najbardziej drastyczne okazywanie lekceważenia nie spotyka się z reprymendą ze strony prezydium rady. Radni najczęściej głosują zgodnie z zaleceniami klubów, co zwalnia z głębszego zastanawiania się nad przebiegiem sesji.

Samorządowców od realnego dialogu odciągają też tematy zastępcze, takie jak znicze pod Pałacem Prezydenckim, nazwy ulic, czy nadawanie honorowych obywatelstw miasta. Wbrew pozorom są one bardzo łatwe do opracowania. Nie wymagają żadnej merytorycznej wiedzy, za to stwarzają pole do pokazania się w swoim politycznym środowisku. Niemerytoryczne zaczepki i riposty z obrażaniem liderów przeciwnych partii są podczas posiedzeń rady normą.

Dopiero głęboka reforma ordynacji wyborczej, umożliwiająca skuteczny start w wyborach przedstawicielom lokalnych społeczności i niepartyjnym komitetom wyborców, mogłaby zmienić status quo.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja z wiceprezydentami. Są to specjaliści od podejmowania niepopularnych decyzji, ponieważ odpowiadają tylko przed prezydentem miasta, który ich mianuje. Rada miasta nie jest w stanie ich odwołać – w przypadku tego stanowiska demokracja, nawet ta pośrednia, jest fikcją. Wiceprezydent to po prostu urzędnik z politycznego nadania.

Także w tym przypadku bez reform prawnych nie ma co liczyć na zmianę sytuacji. Wiceprezydenci powinni być przynajmniej zatwierdzani przez radę miasta. Należałoby również umożliwić ich odwoływanie w wyniku referendum, tak jak w przypadku prezydentów miast i burmistrzów.

Samorządowców ośmiela również brak szerszej reakcji społecznej na ich działania. Większość mieszkańców nie jest świadoma tego, że mają prawo przyglądać się sesjom rady, a nawet zabierać podczas nich głos.

Potrzebne są więc zarówno zmiany systemowe, jak i zmiany w mentalności mieszkańców, którzy powinni zainteresować się samorządem, ponieważ samorząd interesuje się nimi, coraz bardziej „uprzyjemniając” życie osób niezamożnych.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa