Boisko marzeń

Za pomocą metafory sportu tworzymy wspólną świadomość, lokujemy narodową tożsamość, oglądamy powtórki z naszej historii, obstawiamy przegraną lub wygraną przyszłość. Bo czy mamy jakiś inny wspólny układ odniesienia, który sprawdza się równie dobrze w pierwszej […]


Za pomocą metafory sportu tworzymy wspólną świadomość, lokujemy narodową tożsamość, oglądamy powtórki z naszej historii, obstawiamy przegraną lub wygraną przyszłość. Bo czy mamy jakiś inny wspólny układ odniesienia, który sprawdza się równie dobrze w pierwszej kwarcie, jak i w ostatniej, na wyjeździe i w domu, na ringu i na widowni? Esej Lewisa Laphama.

„Przestrzeń zabawy i przestrzeń myśli to jedyne teatry wolności”, powiedział Eugen Rosenstock-Huessy, który był niemieckim oficerem wojskowym podczas I wojny światowej; potem został profesorem prawa średniowiecznego w Breslau do czasu, póki naziści nie przejęli tej uczelni w roku 1933. Kiedy w kolejnym roku zaczął uczyć studentów Uniwersytetu Harvarda podstaw cywilizacji Zachodu, szybko zorientował się, że niewielu z nich było w stanie pojąć to, co starał się im przekazać – nie potrafili wpisać kwadratu myśli w okrąg swoich emocji.

Aby pokonać tę trudność, Rosenstock-Huessy zaczął prowadzić swoje wykłady w języku sportu – jedynej dziedziny, jak mówił, „w której amerykańscy studenci czują się naprawdę pewnie […] Ten świat obejmuje wszystkie ich cnoty i doświadczenia, uczucia i zainteresowania”. Jego słowa, wtedy prawdziwe, dziś wydają się jeszcze prawdziwsze. Nie opisują tylko studentów, ale wszystkich prawdziwych Amerykanów, naturalizowanych czy urodzonych na kontynencie, dla których sport jest duszą demokracji, boiskiem marzeń, na które przychodzą, żeby być w ataku, sprzedać mecz, wstrzelić się w okienko, grać na zwłokę. […]

Nie trzeba być Amerykaninem, żeby wiedzieć, że sport to zabawa, a zabawa to wolność. […] To, że zabawa jest starsza niż królestwa Nilu i Eufratu, opisuje holenderski badacz Johan Huizinga w swojej książce Homo ludens, stanowiącej studium historii, które w „przedwiecznej ziemi zabawy” odkrywa źródła „potężnych instynktów cywilizowanego życia”, mitu i rytuału, prawa i porządku, poezji i nauki. „Zabawy – mówi Huizinga – nie daje się negować. Negować można wszystkie niemal abstrakcje: prawo, piękno, prawdę, dobro, ducha, Boga! Powagę można negować, zabawy nie można”[1].

(CC BY 2.0) Rama V / Flickr
(CC BY 2.0) Rama V / Flickr

Sportowa arystokracja

Wierzę mu na słowo i, wedle mojej najlepszej wiedzy i pamięci, wierzyłem, odkąd byłem wystarczająco duży, żeby odbijać piłkę. Ponieważ urodziłem się w pokoleniu, które przejęło boisko przed II wojną światową, i zostałem wychowany w silnie anglofilskiej rodzinie, moje wyobrażenia na temat sportu jako zabawy nie odbiegały od zasad obowiązujących na trawnikach wiktoriańskiej Anglii. Przed wojną secesyjną Amerykanom musiały wystarczać wyścigi konne, karty, boks, walki kogutów i eksperymenty z bejsbolem; w drugiej połowie wieku zaimportowaliśmy z Brytanii tenisa, golfa, piłkę nożną, badmintona i krykieta, których przybyciu towarzyszyło z początku wyczucie ich odpowiedniego użycia, co Caroline Alexander przypisuje społecznym wdziękom Imperium Brytyjskiego, które z kolei swoje obyczaje zaczerpnęło od Baltazara Castiglionego, piszącego w czasach renesansu o idealnym gentlemanie jako o sportowcu amatorze. Sport miał być raczej próbą charakteru i rozrywką dla umysłu niż pokazem siły.

Zarówno mój ojciec, jak i dziadek, wpajali mi tę zasadę na polu golfowym i przy karcianym stoliku. Golfa pojmowali jako próbę ducha i poszukiwanie duszy. Z pogardą traktowali patrzenie na karty „z punktu widzenia kartki i ołówka” i krzywili się na widok sumowania tak nudnego drobiazgu jak czyjś marny wynik. Ważniejszy od zwycięstwa czy porażki jest sam sposób gry. Rozegraj swoją kartę i zaakceptuj konsekwencje, rozegraj swoją kartę i rozpoznaj w sobie przechwalającego się krętacza albo chrześcijańskiego gentlemana. Pogarda mojego dziadka dla suchych liczb była tak fundamentalna, że podczas gry w brydża uważał za niegodne gentlemana patrzenie w karty przed licytacją. Ten sportowy gest sprawiał, że czasami trudno było mu zrekrutować partnera w Pacific-Union Club w San Francisco, jednak gwarantował dziadkowi wygraną w grze, w której stawka była w jego rozumieniu prawdziwie sportowa.

Podejście to miało oczywiście swoich poprzedników. Caroline Alexander wspomina brytyjskiego oficera na zachodnim froncie I wojny światowej, wyskakującego ponad brzeg okopu z piłką nożną i rycersko kopiącego ją prosto w twarze przeciwników, którego natychmiast zabiło brutalne zagranie niemieckiego cekaemisty. Ten sportowy duch był w żołnierzach celowo pielęgnowany, co potwierdza zamieszczony w eseju Caroline Alexander fragment rozmowy przeprowadzonej przez brytyjskiego sierżanta z siedemnastoletnim rekrutem w roku 1914:

– Gdzie chodził pan do szkoły?

– Eton, sir.

– Kadeci?

– Tak, sir.

– Gra pan w coś? Krykiet?

Z łatwością przyjąłbym, że ta wymiana zdań to żart wymyślony przez Monty Pythona, gdyby tak bardzo nie przypominała mojego własnego spotkania z biurem rekrutacyjnym CIA jesienią 1957 roku. Przygotowany, by dokonywać wielkich czynów na Węgrzech i jeździć nocnymi pociągami do Berlina, spędziłem dni poprzedzające rozmowę, studiując warunki traktatu brzeskiego, koordynaty przesmyku Fulda, szczegóły trasy, którą przewożono Lenina na Dworzec Fiński. Wszystko zupełnie bez potrzeby. Moi egzaminatorzy, odważni i prawdziwi wychowankowie Yale, nie zniżyli się do wypytywania mnie o marne liczby. Chcieli wiedzieć, czy jestem człowiekiem odpowiedniego rodzaju, obytym w świecie i dobrym w sportach. Zamiast pytać o topografię Europy Środkowej, pytali o teren pola golfowego na wschodzie Long Island, o umiejscowienie bój znakowych podczas wyścigu żaglówek w okolicach Nantucket, o to, czy gram w tenisa na trawie czy na glinie. Pytania te zabiły we mnie zainteresowanie CIA, ale przywołały też na myśl rozróżnienie między homo ludens i homo sapiens, i to, że pomylenie tych dwóch pojęć kończy się liczeniem dziewięćdziesięciu sześciu tysięcy brytyjskich poległych po pierwszej bitwie nad Sommą.

[…]

Spieniężyć Eden

W drugiej połowie XX wieku, wraz ze wzrostem amerykańskiego imperium i ekspansjonistycznymi zagrywkami sieci telewizyjnych, produkcja i sprzedaż wydarzeń sportowych rozkwitła w gargantuiczny przemysł, który służy Ameryce jako jej fontanna młodości i rzeka złota. Statystyki wyceniają go na dwieście trzydzieści osiem miliardów dolarów rocznego dochodu, pochodzącego ze sprzedaży biletów, kosztów operacyjnych, występów w reklamach, praw do transmisji, publikacji, ubrań, zakładów bukmacherskich, sponsoringu, budowy obiektów sportowych i licencjonowanych pamiątek. Sport wykazuje zyski większe niż przemysły: żywnościowy, samochodowy, komunikacyjny i rozrywkowy. Jeśli dorzucić do puli wpływy, które osiągają przedsiębiorstwa niewpisane na oficjalną listę (hazard w internecie i kasynach, gry komputerowe, salony bilardowe, siłownie), znajdzie się on w pierwszej trójce obok handlu bronią i narkotykami. […]

Jak wpisać proste kąty zysków w okrąg emocji, za pomocą których opowiadamy sobie historię naszego życia, naszych wolności i naszego poszukiwania szczęścia? Jako jedyny wielki biznes w Stanach Zjednoczonych profesjonalny sport kroczy po uświęconej ziemi. Jego produktem jest rozrywka, ale jego domena to demokratyczne marzenie o Edenie, o Adamie niewinnie grającym na polach Boga, zanim Ewa poda mu znaczone karty i jabłko nastrzyknięte amfetaminą.

https://www.youtube.com/watch?v=7etXoNrwP8c

Nie chodzi tylko o głębokie podanie w róg strefy końcowej ani oddanie celnego rzutu za trzy jednocześnie z dzwonkiem – sport podtrzymuje naszą wiarę w to, że demokracja działa tak, jak opisuje ją Deklaracja niepodległości z jej Jeffersonowską „arystokracją cnoty i talentu”, która w identycznych strojach współzawodniczy na równym boisku, ucieleśniając najpiękniejsze wspomnienia i największe nadzieje całego narodu. Tak samo jak plutony piechoty wygrywające w hollywoodzkich filmach II wojnę światową, sprawnie działający amerykański zespół afirmuje doktrynę egalitaryzmu, przywraca zasadę sprawiedliwości zapisanej w prawie. Trener nie zrobi z nikogo rozgrywającego tylko dlatego, że ten pochodzi z trudnej rodziny; menedżera nie obchodzi, czy zawodnicy siedzący na ławce zagłosują na Republikanów.

Za murem boiska toczą się krwawe wojny: dzieci umierają z głodu, mężczyźni zdradzają, kobiety upadają moralnie, banki zajmują nieruchomości, politycy kłamią. W środku świat jest taki, jaki był na samym początku, tak zielony jak trawa dzieciństwa, tak jasny jak słońce w południe, pełen czegoś, co brytyjski powieściopisarz V.S. Pritchett nazwał „uczuciem bycia Amerykaninem […] nostalgią za jakąś niezdefiniowaną przyszłością, w której ludzie zmienią się na lepsze nie do poznania i wszystko będzie dobrze”. Zespół gra, aby wyrównać rachunki z całym złem tego świata. Tablica punktowa jest nieśmiertelna; bramki nie chylą się ku upadkowi i nie znikają. Jeśli Chicago Cubs mogą wyjść z grupy, to może uda się też naprawić prawo, edukację i policję.

Dzięki tej opowieści daje się sprzedać miejsca na stadionie za dwa tysiące pięćset dolarów i luksusowe loże za dwanaście tysięcy dziewięćset dolarów za mecz, ale jak to zwykle bywa z nowoczesną poezją, jej znaczenie łatwo nam umyka.

 

Przełożył Szymon Ozimek

Oryginalna wersja artykułu, którego tłumaczenie publikujemy za zgodą autora, dostępna jest na stronie Laphmas Queraterly. Pełna polska wersja eseju została opublikowana w 207 numerze Res Publiki Nowej „Gra w modernizację”.

 

[1] Johan Huizinga, Homo ludens, Aletheia, Warszawa 2007, s. 15 [przyp. tłum.].

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa