Bitwa o pamięć

Powojenny proces pojednania i budowy polsko-niemieckiej wspólnoty wartości i interesów nie był jedynie „romantycznym mitem” – mówi Basil Kerski, dyrektor ECS w Gdańsku.


„Res Publica Nowa”: Czym jest dla Pana polsko-niemieckie pojednanie?

Basil Kerski: Proces pojednania to przede wszystkim doświadczenie generacyjne, związane z porozumieniem, dialogiem, zbliżeniem osób, które doświadczyły okrucieństw drugiej wojny światowej. Jej ofiary wciąż żyją wśród nas. Gdy spróbujemy spojrzeć z ich perspektywy, uświadomimy sobie, jak wielkim wyzwaniem musiało być dla nich po wojnie nawiązanie kontaktu, sama rozmowa z Niemcami.

Krótko po wojnie Karl Jaspers mówił do Niemców o czterech różnych wymiarach winy: kryminalnej, politycznej, moralnej, metafizycznej. Chciał w ten sposób pokazać, że wszyscy Niemcy, którzy chcą odbudować demokrację muszą z różnych perspektyw samokrytycznie spojrzeć na doświadczenie nazizmu. Nawet ci, którzy nie popełnili zbrodni w wymiarze kryminalnym mogą w innych obszarach ponieść pewną współodpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Myślenie Jaspersa pokazuje jak wymagający był proces konfrontacji z niemieckimi zbrodniami dla Niemców, budowania kultury demokratycznej i jak trudne były początki dialogu z sąsiadami, z narodami, które były ofiarami polityki niemieckiej w XX wieku.

Faktem jest, że wielu Niemców umarło nie dystansując się od swojego udziału w nazizmie, bez refleksji nad tym, co się wydarzyło. Z drugiej strony, na pewno jest też wiele ofiar III Rzeszy, które nie potrafiły po traumatycznych doświadczeniach wojennych podać symbolicznie ręki narodowi niemieckiemu. Tym bardziej podziwiam te ofiary wojny, na przykład Władysława Bartoszewskiego czy Marka Edelmana, którzy zaangażowali się w pojednanie z Niemcami po wojnie, dostrzegając w tym procesie ważny element budowania pokoju w Europie.

Doświadczenie pojednania jest bardzo ważnym elementem kultury demokratycznej powojennych Niemiec i Polski. Krytyczne rozliczenie się z nazizmem Niemców oraz próba pojednania z ofiarami stały się wręcz fundamentem demokracji niemieckiej. Po polskiej stronie pojednanie z wrogami czasów wojny było ważnym motywem budowania antytotalitarnego konsensusu. W polskiej kulturze demokratycznej silny antytotalitaryzm połączony jest z gestem przebaczenia. Ta filozofia jest obecna nie tylko w słynnym liście polskich biskupów do niemieckich braci z 1965 r., ale także w publicystyce paryskiej „Kultury”, środowiska „Znaku”, „Więzi”, „Tygodnika Powszechnego”, a w latach 80. ruchu „Solidarności”. Wybitni polscy pisarze i filozofowie, jak Józef Mackiewicz czy Leszek Kołakowski, podkreślali jak ważne jest pozbycie się zbiorowej nienawiści wobec Niemców, aby odzyskać nie tylko duchową suwerenność jednostki, ale i społeczeństwa od komunistycznej władzy, ponieważ dla niej antyniemieckość była ważnym elementem legitymizacji władzy. Warto przypomnieć o tym dziś, w 40. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Reżim Jaruzelskiego zdawał sobie wtedy sprawę z końca marksistowskiego języka walki klas, dlatego sięgał często po język nacjonalizmu, antyniemieckości oraz retoryki nastawionej wrogo przeciwko Zachodowi.

Dziś, razem z odejściem zdecydowanej większości świadków wojny, proces pojednania zakończył się. Powojenne generacje Niemców, ci którzy nie brali udziału w wojnie, nie muszą pojednywać się z Polakami. Odpowiadają natomiast za stabilność niemieckiej demokracji i za pokój w Europie, odpowiadają za niemieckie doświadczenia historyczne. Ważna jest wrażliwość dla odpowiedzialności politycznej wynikającej ze zbrodni niemieckich. Widzę w tym szansę a nie obciążenie. Niemcy mogą czerpać z doświadczenia narodu niemieckiego, aby budować nowe, dobre relacje z sąsiadami i silną kulturę demokratyczną. To już jednak nie jest proces pojednania, a porozumienia, dialogu, budowania wspólnoty interesów w ramach integracji europejskiej, albo też świadczenia ich rozbieżności.

Na poziomie politycznym, symboliczne pojednanie dokonało się już wiele razy: wspomniany przez Pana list biskupów polskich do niemieckich, msza pojednania w Krzyżowej w 1989 r., traktat uznający granicę polsko-niemiecką z listopada 1990 r., wreszcie Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r…

Cieszę się, że wspomniała Pani tak ważny, ale niestety w szerokiej świadomości politycznej zapomniany traktat o dobrym sąsiedztwie z 1991 r. Wyrażono w nim wielkie uznanie dla inicjatyw pojednania, ale ten dokument otwierał już nowy proces: sojusz wartości i interesów dwóch państw, wówczas państw jeszcze w różnych sojuszach. Polska była wtedy jeszcze poza NATO i strukturami europejskiej integracji. Ten odważny dokument mówił o ambicjach zbliżenia politycznego, o pewnej perspektywie, o przyszłości. Pamiętajmy, że Polska była wtedy finansowym bankrutem, ofiarą nieefektywnej polityki gospodarczej PZPR, jedną nogą jeszcze w rozpadającym się bloku sowieckim. I wtedy zjednoczone Niemcy zobowiązały się do tego, by wesprzeć Polskę nie tylko ekonomicznie, ale także być jej sojusznikiem w jej drodze do struktur zachodnich. I określono to mianem wspólnego interesu. To novum w najnowszej historii polsko-niemieckiej.

Polityczne myślenie o wspólnych polsko-niemieckich interesach i wartościach był motywem pojednania od początku tego procesu. Wraz z Robertem Żurkiem, obecnym szefem Krzyżowej, badaliśmy genezę powstawania listu polskich biskupów z 1965 r., szczególnie sposób myślenia i działania jego głównego autora – abp. Bolesława Kominka. Byliśmy zaskoczeni tym, jak bardzo tamten gest pojednania był dla niego projektem politycznym. Kominek uważał podział Niemiec i konflikt polsko-niemiecki za przeszkodę na polskiej drodze na Zachód. Antyniemiecka propaganda konserwowała przecież obecność Polski w sowieckiej sferze wpływów. Myślenie o pojednaniu miało więc nie tylko wymiar chrześcijański czy etyczny – było też kreowaniem antytotalitarnych, proeuropejskich postaw, wzmacnianiem dynamiki odzyskania niepodległości. Także w późniejszej historii, gdy prześledzimy działalność tak wybitnych postaci dialogu jak Stanisław Stomma, Władysław Bartoszewski, redakcja paryskiej „Kultury” czy „Tygodnika Powszechnego”…, pojednanie zawsze wiązało się z wizją odzyskania suwerenności Polski w jednoczącej się Europie. Zbigniew Brzeziński postrzegał w pojednaniu polsko-niemieckim, w porozumieniu demokratycznych narodów jeden z najważniejszych fundamentów pokoju w Europie. Był w czasach pierwszego rządu Jarosława Kaczyńskiego w latach 2006–2007 zaniepokojony antyniemiecką retoryką rządu, stawianiem przez ten rząd w konkurencji wobec siebie relacji polsko-niemieckich i polsko-amerykańskich. Dziś ze smutkiem patrzę na to, jak obecne elity rządzące dyskredytują powojenny proces pojednania i budowy polsko-niemieckiej wspólnoty wartości i interesów…

Pojawiają się głosy, że to tylko romantyczny mit…

A było dokładnie odwrotnie! Polityka niemiecka środowisk antytotalitarnych w Polsce była wielką sztuką definiowania polskich interesów, Polski jako państwa suwerennego od wpływów Moskwy i systemów autorytarnych, próbą zdefiniowania przyszłej demokratycznej kultury politycznej przy pełnej świadomości tego, jak słabe były nasze tradycje demokratyczne. Konsensus był taki, że kraj tak mały jak nasz, znajdujący się w takim a nie innym położeniu geopolitycznym, może zabezpieczyć swoją suwerenność tylko pozostając w sojuszach. A w grę wchodził tylko sojusz państw demokratycznych, z Zachodem, którego Republika Federalna Niemiec stała się częścią dzięki dalekowzrocznej powojennej polityce Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji, antyfaszystowskiej kolacji państw zachodnich.

Nadzieję na wyjście ze strefy wpływów Rosji dawała z jednej strony integracja europejska, a z drugiej rozwój Niemiec w kierunku demokratycznego państwa, które jest częścią Zachodu. Uczestnictwo Polski w tej dynamice politycznej dawało szansę zmian jej geopolitycznego położenia, mogło stanowić przeciwwagę dla autorytarnych tendencji na Wschodzie.

Dlaczego zatem 30. rocznica podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie przeszła jakby bez echa? Chodzi o animozje obozu rządzącego w Polsce z zachodnimi politykami? A może, z punktu widzenia społeczeństw: polskiego i niemieckiego, jest to wydarzenie bez większego znaczenia w historii?

Rzeczywiście, ta rocznica nie została wykorzystana symbolicznie. Nie podkreślono wagi sojuszu polsko-niemieckiego dla pokoju w Europie i integracji Polski we wspólnotę zachodnią. Skandalem jest to, że nie doszło w tym roku do konsultacji rządów Polski i Niemiec… Są one przecież stałym elementem, wpisanym w traktat polsko-niemiecki, pewnym wyróżnikiem naszych relacji. To symboliczne, że nie odbyły się one w roku jubileuszu traktatu. Ta decyzja władz Polski i Niemiec pokazuje zamrożenie relacji, głęboki kryzys w stosunkach polsko-niemieckich.

Żaden z prezydentów, ani Duda, ani Steinmeier, nie wykorzystali też tej daty do stworzenia wielkiego wydarzenia publicznego, np. podkreślając że sojusz zjednoczonych demokratycznych Niemiec i demokratycznej Polski to, tak jak francusko-niemieckie partnerstwo, fundament pokoju w Europie, kopernikańska wręcz rewolucja w historii najnowszej Europy. Nie uhonorowano publicznie architektów tej pozytywnej przemiany. To nie tylko przykre, to wręcz przerażające.

Ani w niemieckiej, ani w polskiej opinii publicznej nie ma świadomości wagi tego faktu, a przecież było to wielkie wydarzenie w historii Europy. Trzy dokumenty: Traktat 2+4, Polsko-niemiecki traktat graniczny i właśnie Traktat o dobrym sąsiedztwie są fundamentami prawa międzynarodowego, które zabezpieczyło zjednoczenie Niemiec, geopolityczną zmianę w Europie, a Polsce otworzyło drogę na Zachód. Niepokoi fakt, że ani polska ani niemiecka opinia publiczna nie mają świadomości wagi dokumentów, które stanowią fundamenty naszej dzisiejszej państwowości. To rodzi niebezpieczeństwo braku poszanowania dla nich.

Po stronie polskiej jest to oczywiście systemowe działanie rządu, elit, negacja procesu początku postkomunistycznej transformacji: Okrągłego Stołu, wyborów czerwcowych, wielkiego dzieła Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Krzysztofa Skubiszewskiego, budowania nowych relacji z sąsiadami. To bardzo niebezpieczne, bo neguje te działania, które zabezpieczały trwały pokój w Europie Środkowej oraz silne nasze sojusze z Zachodem. Negowanie tej tradycji wyprowadza nas z zachodnich sojuszy, z integracji europejskiej.

Zresztą, obserwuję świadomą politykę burzenia mostów, kultury porozumienia wobec wszystkich sąsiadów. To samo dzieje się w relacjach polsko-litewskich czy polsko-ukraińskich. Wszystkie te trudne sąsiedztwa, w których dokonaliśmy „kopernikańskiego zwrotu”, dzisiaj przechodzą podobny kryzys. Rząd i prezydent raczej wolą inwestować w podkreślanie dystansu niż braterstwa.

Dzięki temu, że większość życia spędziłem poza Polską, doświadczyłem m.in. tego jak ważny w historii świata może być z globalnej perspektywy tak mały kraj jak Polska i jego relacje z sąsiadami. Konflikty i porozumienie Polski z sąsiadami ukształtowały w dużej mierze Europę XX wieku. Zapominamy o tym, że to, co wspólnie zbudowaliśmy jest cudem, osiągnięciem, fundamentem pokoju i dobrobytu w Europie.

I dlatego żałuję, że po obydwu stronach zbyt łatwo zaakceptowaliśmy lekceważenie tych fundamentów. W Niemczech i w Europie Zachodniej dominuje pogląd, że integracja europejska to proces zachodniego pojednania, proces zapoczątkowany Traktatem Rzymskim w 1957 r. Zapomina się, że proces integracji europejskiej to nie tylko zbliżenie zachodnich państw, zdobycie niezależności przez państwa Europy Środkowej i Wschodniej. Upadek komunizmu, zwycięstwo „Solidarności” i opozycji antykomunistycznej, pojednanie polsko-niemieckie, zjednoczenie Niemiec otworzyły drogę w latach 90. do nowych traktatów: z Maastricht, Lizbony, do integracji walutowej, głębszej politycznej integracji. Powstała Unia Europejska, wspólna waluta… Impulsem dla tego procesu były rewolucje 1989 r. Mówiąc o stosunkach polsko-niemieckich dyskutujemy o czymś więcej, niż relacji dwóch państw – mówimy o głębokiej przemianie kontynentu.

Dlaczego zatem „niechęć do Niemca” wciąż powraca w narracji także młodych pokoleń?

Każdy taki głos niepokoi, ale też nie widzę (choćby w mediach) prób pokazania kontry do tej tezy. Owszem, skrajny nacjonalizm, ksenofobia, antyeuropejskie postawy, polaryzacja polityczna są silnie obecne w naszym życiu politycznym, ale jest też inna rzeczywistość, która przez to, że nie budzi skrajnych, negatywnych emocji, że jest „nudna”, nie pojawia się w przekazie mediów. To są te momenty, kiedy Polacy potrafią, mimo różnic, porozumieć się albo współpracować konstruktywnie z sąsiadami. Podam dwa przykłady, które nie są szeroko promowane. Niemcy to dziś największy partner handlowy Polski, a Polska jest piątym partnerem Niemiec. Wyprzedziła takie kraje w niemieckiej statystyce handlowej jak Wielka Brytania czy Włochy. Te liczby mówią o codziennej współpracy Polaków i Niemców, o sukcesach nie tylko niemieckich firm, ale także polskich i wspólnych projektów biznesowych. Siejąc antyniemieckie nastroje, burzy się dobrobyt Polaków, Polski.

Podam inny przykład z obszaru kultury pamięci. W wielu mediach, nie tylko prorządowych, czytam o fascynacji Polaków wojnami, powstaniami, rekonstrukcjami wojennymi. Mało się pisze o znaczeniu pokojowej kultury przemian, jej atrakcyjności. Gdy w 2019 r. w Gdańsku organizowaliśmy tygodniowe obchody upamiętniające zwycięstwo „Solidarności” 4 czerwca 1989 r., na nasze wydarzenia przyjechało ćwierć miliona ludzi! Nikt ich nie sprowadzał pociągami, autokarami. Przyjechali z całej Polski, reprezentowali różne środowiska, różne generacje. To było jedno z największych wydarzeń upamiętniających historię Polski XX w. Do dzisiaj mam wrażenie, że nikt tego nie chciał zrozumieć jako fenomenu społecznego. Myślę, że bardzo skupiamy się na negatywnym obrazie, na polaryzacji, negatywnych zasobach, a za mało wysilamy się, aby pokazać ten inny wymiar.

Pozytywnym potencjałem jest też pozytywne postrzeganie Niemiec przez większość Polaków, wbrew antyniemieckiej propagandzie PiS. Niemcy budzą zainteresowanie, szczególnie u młodych. Republika Federalna jest dziś drugim w Europie, obok Wielkiej Brytanii, krajem z największą liczbą Polaków. Setki tysięcy Polaków wybrało Niemcy jako miejsce pracy i życia. Dobrze się tam czują, są coraz bardziej politycznie i kulturowo zaangażowani, często po stronie europejskich, anty-nacjonalistycznych środowisk. Niektóre grupy społeczne, prześladowane w Polsce – mniejszości seksualne czy młode kobiety wręcz ostentacyjnie szukają swojego miejsca w Niemczech, które postrzegają jak kraj bardziej tolerancyjny. Berlin jest jedną z metropolii kultury polskiej w Europie. Polacy w Berlinie to największa grupa obcokrajowców z kręgu obywateli Unii Europejskiej. Nowa Polonia w Niemczech jest bardzo antyautorytarna, prodemokratyczna, proeuropejska. To pokazuje nowe, dobre zjawiska w naszych relacjach.

Jednak część mediów wciąż stawia na podsycanie złych emocji, poszukuje „niemieckich koneksji” polityków czy osób publicznych m.in. Pana. Co ma na celu taka retoryka?

Przeczytałem sporo ksenofobicznych i antyniemieckich wypowiedzi na mój temat. W moim przypadku chodzi o odebranie mojej osobie prawa do prowadzenia Europejskiego Centrum „Solidarności”, publicznej instytucji, która nie tylko dokumentuje historię rewolucji „Solidarności”, promuje ją, ale także pokazuje aktualny, uniwersalny sens pojęcia solidarności. Przejęcie kontroli nad pamięcią „Solidarności” i nad debatą o pojęciu solidarności jest jednym z kluczowych projektów nacjonalistycznego projektu zmiany systemu politycznego w Polsce. Krótko przed śmiercią Marcin Król podkreślił, iż Polska przestała być liberalną demokracją, a jest dziś tyranią większości parlamentarnej. Kiedy likwidowano Muzeum II Wojny Światowej i wyrzucano na bruk zespół profesora Pawła Machcewicza, ostrzegałem, że to dopiero początek bitwy o pamięć. Walka z takimi instytucjami kultury jak Muzeum II Wojny Światowej czy Europejskie Centrum „Solidarności” służy tworzeniu takiej pamięci, takiej kultury politycznej, która legitymizacje nacjonalistyczną, antyeuropejską przemianę w Polsce. Wydaje mi się, że nawet bardziej kluczowe dla PiS może okazać przejęcie kontroli nad interpretacją wydarzeń roku 1989 i dziedzictwa „Solidarności” niż wojny. Publicyści sympatyzujący z nacjonalistyczną retoryką użyją każdego argumentu, aby zdyskredytować bohaterów i bohaterki „Solidarności”, które przeciwstawiają się dzisiejszemu nacjonalizmowi, a także aby zdyskredytować Europejskie Centrum „Solidarności”, jego założyciela Pawła Adamowicza i kierownictwo ECS. To proces delegitymizacji adresowany chyba do tych, którzy uważają, że ważnym elementem konsolidacji polskiej tożsamości jest posiadanie wrogów.

To wielkie nieporozumienie, brak logiki – dziś silne państwo demokratyczne ma silnych demokratycznych sojuszników. Nie mogą przecież nimi być Chiny czy Rosja, ale dojrzałe demokracje jak Francja czy właśnie Niemcy. Niepodległa, dobrze rozwijająca się Polska potrzebuje przyjaznych relacji z sąsiadami, potrzebuje silnej Unii Europejskiej – sojuszu demokratów przeciwko negatywnym skutkom globalizacji, putinowskiemu imperializmowi czy kapitalizmowi chińskich komunistów.

Basil Kerski urodził się w Gdańsku w 1969 r. Jego ojciec jest Irakijczykiem, matka Polką. Część dzieciństwa spędził w Iraku. W 1979 r. wyjechał z rodzicami do Berlina Zachodniego. Absolwent Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Od 1999 r. redaktor naczelny dwujęzycznego polsko-niemieckiego magazynu „DIALOG”, które ukazuje się od 1987 r. Od 2011 r. dyrektor Europejskiego Centrum „Solidarności”. Członek redakcji „Przeglądu Politycznego”, członek zarządu polskiego PEN Clubu. Menadżer kultury, ekspert polityki międzynarodowej, publicysta, eseista, kurator wystaw, redaktor. Mieszka w Gdańsku i Berlinie.

Dominika Rafalska  – redaktor prowadząca „Res Publiki Nowej”.

Fot. Richard James / Unsplash

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa