Bazarowi eurosceptycy

Problemem nie mniej groźnym od triumfu radykalnych partii eurosceptycznych jest dziś to, że zwykli obywatele często postrzegają Brukselę jako obce i mało demokratyczne monstrum. Ten pełzający i - rzec można - banalny eurosceptycyzm ogarnia powoli […]


Problemem nie mniej groźnym od triumfu radykalnych partii eurosceptycznych jest dziś to, że zwykli obywatele często postrzegają Brukselę jako obce i mało demokratyczne monstrum. Ten pełzający i – rzec można – banalny eurosceptycyzm ogarnia powoli coraz więcej Europejczyków, choć daleko mu do hałaśliwej demagogii typowej dla Marine Le Pen.

Na dwa dni przed ostatnimi eurowyborami, spacerując po eleganckiej, zamożnej 14.  dzielnicy Paryża w okolicach wieży Montparnasse,  przyglądałem się plakatom wyborczym. Najbardziej widoczne, o dziwo, były afisze wzywające do bojkotu głosowania, dużo mniej rzucały się w oczy reklamy zachwalające poszczególnych kandydatów na eurodeputowanych.

Słońce zachodzi nad Paryżem. Fot. James Whitesmith / Flickr
Słońce zachodzi nad Paryżem. Fot. James Whitesmith / Flickr

„Europa obywa się bez nas. 25 maja odbędzie się beze mnie. Zbojkotujmy eurowybory!” – nawołuje do przechodniów młoda atrakcyjna kobieta z plakatu. Kilka kroków dalej – i znów ten sam plakat na parkanie, sto, dwieście metrów dalej – kolejny.  Pod apelem podpisało się lewicowe niewielkie ugrupowanie Ruch Republikański i Obywatelski (MRC) byłego socjalistycznego ministra Jean-Pierre’a Chevènement.

Skąd mowa o tym afiszu? Otóż wydaje mi się on symptomatyczny dla postawy ogromnej części nie tylko Francuzów – ale też i Europejczyków z innych krajów – którzy nie poszli do urn w ostatnich eurowyborach. Wielu z nich można by określić jako „miękkich” eurosceptyków: dalekich od nacjonalizmu, ale rozczarowanych, z różnych powodów, sposobem funkcjonowania UE. Dla nich głosem protestu było wrzucenie białej kartki lub absencja wyborcza.

W eurowyborach głos oddało niespełna 43 proc. Francuzów, co w porównaniu z frekwencją w czasie wyborów municypalnych (64% frekwencji) czy prezydenckich w 2012 roku (80% frekwencji) jest wynikiem słabym. Wobec tego absencja i eurosceptycym można uznać za drugiego – obok nacjonalistycznego Frontu Narodowego – zwycięzcę ostatniego głosowania nad Sekwaną.

Szok euroentuzjastów

Sukces FN wywołał falę komentarzy we Francji i za jej granicami, utrzymanych zwykle w apokaliptycznym tonie. „Trzęsienie ziemi”, „szok”, „katastrofa” – to najczęstsze reakcje mediów. Partia Marine Le Pen uzyskała 24 proc. głosów, wyprzedzając tradycyjnie silną centroprawicę z UMP (Unia na Rzecz Ruchu Ludowego). Niebywale srogie lanie dostali po raz kolejny – po przegranych na wiosnę wyborach municypalnych – rządzący socjaliści pod wodzą prezydenta Francoisa Hollande’a. Poparcie dla nich było niemal dwukrotnie mniejsze od wyniku FN.

Wbrew niektórym głosom FN nie jest partią faszystowską, choć z pewnością – nacjonalistyczną, jawnie niechętną dla pozaeuropejskich imigrantów, zwłaszcza muzułmanów, i otwarcie antyunijną. Warto dodać, że szefowa ugrupowania wzywa wprost do wyjścia Francji ze strefy euro, z upodobaniem porównuje „autokratyzm” Unii  Europejskiej do Związku Radzieckiego, a zarazem deklaruje sympatię do Władimira Putina.

Jednocześnie Le Pen zmieniła w ostatnich latach wizerunek swojego ugrupowania:  nasyciła przemówienia hasłami socjalnymi, walką z niesprawiedliwością społeczną i bezrobociem, a przede wszystkim roztoczyła wizję „parasolu ochronnego” państwa czuwającego nad Francuzami. To kluczowe dla zrozumienia sukcesu Frontu Narodowego. Trudno się dziwić, że socjalne slogany „chwyciły” nad Sekwaną, biorąc pod uwagę złe perspektywy gospodarcze kraju,  rosnące od wielu miesięcy bezrobocie i praktycznie zerowy wzrost gospodarczy.

Nasuwa się ogólne pytanie: na ile postępy FN we Francji biorą się rzeczywiście z ogólnego rozczarowania mieszkańców tego kraju Unią Europejską czy wręcz z ich „eurofobii”?

Eurosceptycyzm ma wiele twarzy

W sondażu opublikowanym w dzienniku « Le Monde » tuż przed tegorocznymi eurowyborami (20 maja) 73 proc. Francuzów odpowiedziało, że chciałoby, aby ich kraj pozostał „w najbliższych latach” w strefie euro; przeciwnego zdania było 27 proc. Także ponad 70 proc. Francuzów twierdziło, że „z samej zasady wspólna waluta jest dobrym pomysłem” i tyle samo, że UE jest gwarancją pokoju i stabilności w Europie. Wyniki odpowiedzi na pytanie: „Czy przynależność Francji do UE jest czymś dobrym czy złym?” są zaskakujące: 39 proc. – oceniło, że jest to „dobra rzecz”, 22 proc. – „zła”, a 39 proc – „ani dobra ani zła”.

Rezultaty sondażu mogą być pocieszeniem dla euroentuzjastów. Bo przecież zdecydowana większość Francuzów nie chce powrotu do narodowej waluty i widzi w UE gwarancję pokoju. Ale z drugiej strony – tylko niecałe 40 proc. ocenia pozytywnie udział Francji w UE, a tyle samo ankietowanych nie ma jasnego zdania w tej kwestii. Jak te – z pozoru sprzeczne ze sobą – wyniki interpretować?

Wydaje się, że słowo „eurosceptycyzm” nie oddaje dziś bardzo szerokiego spektrum postaw wobec UE: od jej odrzucenia (co głosi FN),  przez daleko idący krytycyzm – obecny we wszystkich obozach politycznych – aż po obojętność, wyrażającą się często w absencji wyborczej. Wrzucanie wszystkich poglądów do jednego worka jest nieporozumieniem.

„Mamy do czynienia z ‘Parlamentem Potiomkinem’ (mowa o Parlamencie Europejskim – przyp. red.), politurą demokratyczną, pokrywającą system, który demokratyczny nie jest. (…) Uważam, że naród pozostaje jedynym miejscem, gdzie możemy wyrazić nasze opinie przez swój głos. I jedynym miejscem – gdzie nasze głosy mogą jeszcze wpływać na wybory społeczne. Branie udziału w eurowyborach nie ma dla mnie większego sensu niż głosowanie w Stanach Zjednoczonych…”. Czy słowa to wypowiedział zwolennik Frontu Narodowego? Nic podobnego. Ich autorem jest Emmanuel Todd, ceniony francuski historyk i demograf o centrolewicowych poglądach, często obecny we francuskich mediach. A jednocześnie – jeden z zażartych przeciwników wspólnej unijnej waluty,  który powtarza wciąż, że pospieszne wprowadzenie euro było wielkim ekonomicznym błędem, którego skutki Francuzi odczuwają do dziś.

Opinie Todda  to tylko drobny przykład, że głęboko rozczarowani Unią bywają nawet intelektualiści, których nie sposób posądzić o sympatie dla skrajnej prawicy. I że eurosceptycyzm nie zawsze ma dziś twarz wojującego nacjonalizmu Marine Le Pen. Potwierdzają to zresztą rozmowy ze zwykłymi Francuzami o bardzo różnych sympatiach politycznych.

Unia, stara ciotka i państwo Dubois

Pamiętam, że przed eurowyborami w 2009 we Francji rozmawiałem na podparyskim bazarze ze sprzedawcami i klientami o głosowaniu. Dość typową reakcją było obojętne wzruszenie ramionami: „Na co nam te eurowybory?”. Niektórzy obwiniali unijną politykę za to, że nie chroni ich rodzimego przemysłu – wszak francuscy robotnicy fabryk motoryzacyjnych tracą masowo pracę, a same zakłady przenosi się na Wschód Europy, np. do Rumunii. Inni powtarzali, że potrzeba „Europy socjalnej”, a nie wszechobecnej  – według nich – „Europy kapitału i finansjery”. I że Traktat Lizboński przyjęto, nie spytawszy obywateli europejskich (poza Irlandczykami) o zgodę w referendum.

Można te opinie lekceważyć lub utrzymywać – przecież zasadnie – że to nie Bruksela, ale przede wszystkim globalizacja i rozwój międzynarodowej konkurencji odpowiedzialne są za wspomniane problemy francuskiej gospodarki. Ale te lęki pokazują, jak bardzo oficjalny prounijny dyskurs rozminął się z oczekiwaniami obywateli.

Kiedy ponownie, już w tym roku, rozmawiałem o eurowyborach z Francuzami z klasy średniej, znowu usłyszałem litanię „skarg i zażaleń” pod adresem Brukseli. I to od osób, dla których wspólna Europa jest czymś oczywistym. Jak powietrze, którym oddychamy.

Choćby dla Patricka, przewodnika turystycznego z Normandii w średnim wieku, któremu marzy się silna, sfederowana Europa. – Biurokraci unijni mieszają się za bardzo w drobne sprawy, typu dopuszczalna krzywizna ogórka czy banana, a w kwestiach zasadniczych – gospodarczych czy polityce zagranicznej – nie mówią jednym głosem. To trzeba zmienić – twierdzi Patrick. Inna mieszkanka północnej Francji w średnim wieku, specjalistka od szkoleń, Nicole, stwierdziła, że Bruksela zmusza Francję i inne kraje do polityki zaciskania pasa kosztem praw socjalnych.

Inna moja rozmówczyni, 57-letnia paryżanka Cecile, antropolożka kultury i reżyserka teatralna, już po raz drugi nie poszła na eurowybory, choć jak sama mówi, bardzo interesuje się przyszłością Europy. Kiedyś euroentuzjastka popierająca socjalistów, dziś nadal wierzy w Unię, ale – jak sama mówi – coraz mniej. Jest rozczarowana mało demokratycznymi strukturami unijnymi. – Komisarze europejscy mają wielką władzę, a nie podlegają prawie żadnej kontroli społecznej. Rola Parlamentu jest niewielka. W dodatku eurokraci są zupełnie głusi na głos ludzi i odporni na próby zmian – denerwuje się Cecile.

Z tych i wielu innych rozmów z Francuzami o polityce wyłania się jedno oczekiwanie, które można streścić słowami „Chcemy Unii, ale nie takiej jak dziś, aroganckiej i odległej. Chcemy Europy, w której wspólne instytucje będą poddane naszej demokratycznej kontroli”. I jeszcze: „Sprzeciwiamy się, by pogłębiać Unię ponad głowami jej obywateli”.

Europa widziana z perspektywy przeciętnych Francuzów – takich przysłowiowych państwa Dubois – przypomina starą ciotkę, do której ma się sentyment z dzieciństwa, kiedy dawała prezenty, a czasem pożyczyła „do pierwszego”. Tylko że ta niegdyś poczciwa ciotka, teraz trochę sklerotyczna, pojawia się w domu tylko po to, aby wygrażać palcem i pouczać, choć sama nie prowadzi się, niestety, najlepiej. I może się zdarzyć – odpukać! – że rozzłoszczeni tymi morałami państwo Dubois wyrzucą starą ciotkę za drzwi, chyba że ciotka-Europa pójdzie wcześniej po rozum do głowy i wsłucha się uważniej w głos tych, którzy ją krytykują. Mimo wszystko nie jest za późno na to, aby ponownie ożywić Unię i przekonać do niej coraz bardziej zawiedzionych jej niemrawością obywateli.

 

white book

ZDRADA DZIEDZICTWA
Europa żywi się wspólnym dziedzictwem, które nie ulega zawłaszczeniu i kodyfikacji. Klejnotem tego dziedzictwa jest odwaga myśli – zdolność zadawania trudnych pytań i udzielania na nie niezależnych odpowiedzi.
O europejskim dziedzictwie, jego krytyce i przyszłości w 215 numerze Res Publiki Nowej.
Pobierz za ile chcesz, od 1 zł! »

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa