Barbarzyńcy są już za bramą

Dyskusja o szansach wyborczych miejskich aktywistów zaczyna powoli zjadać własny ogon. Krytykowanie aktywistów za idealizm, nieznajomość technologii wygrywania wyborów czy brak stażu w partyjnych szkółkach dla przyszłych liderów tworzy prosty komunikat - zostańcie w kuchni […]


Dyskusja o szansach wyborczych miejskich aktywistów zaczyna powoli zjadać własny ogon. Krytykowanie aktywistów za idealizm, nieznajomość technologii wygrywania wyborów czy brak stażu w partyjnych szkółkach dla przyszłych liderów tworzy prosty komunikat – zostańcie w kuchni i nie róbcie niepotrzebnego zamętu na politycznych salonach. Martwiąc się tym, czy w zderzeniu z profesjonalnymi partiami ruchy społeczne mają jakiekolwiek szanse, zapominamy, że przede wszystkim chodzi tu o zmianę polityki miejskiej. Te wybory są zaś pierwszą szansą na to, że nawet jeśli nie zmienimy wszystkich polityków dokonamy, istotnej zmiany w realizowanej przez nich polityce.

Należy sobie zdawać sprawę, że w dzisiejszej sytuacji mające wyborcze aspiracje ruchy miejskie mogą być oceniane z różnych perspektyw. Najważniejsze wydaje się być to, kiedy, dlaczego i dla kogo mogą stać się istotnym aktorem mającym wpływ na proces podejmowania decyzji politycznych. Najbardziej oczywistym miernikiem byłby oczywiście wynik wyborczy. Kilkanaście procent zdobytych głosów i kilkanaście mandatów pokazałoby, że siła tych środowisk jest realna, a ich funkcja przedstawicielska potwierdzona. Skoro jednak na taki wskaźnik przyjdzie nam poczekać jeszcze ponad dwa miesiące, warto poszukać innego sposoby weryfikacji. Widząc słabość medialnej debaty o kierunkach rozwoju naszych miast i niskim jednak poziomie świadomości wyborców, trudno oczekiwać, że zdecyduje sama siła argumentów. Zamiast tego komentatorzy będą szukać potwierdzenia swoich ocen w liczbie i biografiach startujących. Każdy wyczyta co będzie chciał – dla wielu animator kulturalny z wieloletnim doświadczeniem albo pracownik naukowy z ambitnym dorobkiem będzie niestety zbyt mało przekonujący. Może rzeczywiście powinniśmy oddawać losy naszych miejskich wspólnot tylko w ręce lekarzy, prawników i ekonomistów albo polityków z wieloletnim stażem w byciu politykiem.

Flickr.com / @Kainet
Flickr.com / @Kainet

Miejskie fanaberie?

Okazuje się jednak, że zasiadający dzisiaj u władzy profesjonaliści niekoniecznie dobrze poradzili sobie z zarządzaniem powierzonym im dobrem. Dowodem na to są nie tylko kwestie podnoszone przez aktywistów. Mocne argumenty można znaleźć także w dokumentach rządowych. Diagnoza o stanie polskich miast z 2010 r. opracowana na potrzeby przygotowania przeglądu OECD krajowej polityki miejskiej w Polsce dostarcza dziesiątków przykładów zaniedbań, zaniechań i braku efektywności w przygotowaniu naszych miast do potrzeb i oczekiwań mieszkańców. Diagnoza ta jest także jednym ze źródeł opracowywanej właśnie Krajowej Polityki Miejskiej, która próbuje zmobilizować rząd i samorząd do wspólnej pracy nad nadgonieniem zapóźnień, rozwiązaniem najpilniejszych problemów i przygotowaniem miast i obszarów funkcjonalnych na wyzwania przyszłości. W dyskusję o stanie miasta włącza się nawet Naczelna Izba Kontroli, która przypomniała ostatnio samorządom, że popełnili błąd nie doceniając wartości drzew i ich roli w miejskich organizmie.

Tymczasem wszyscy zdajemy sobie sprawę, że miasta są motorem napędowym naszego rozwoju. Jeśli wspólnie nie zadbamy o ich zrównoważony rozwój możemy na wiele lat stracić szansę na cywilizacyjny postęp. Każdy, kto przysłuchuje się dyskusjom miejskich aktywistów z odpowiednią uwagą szybko się zorientuje, że pozorne fanaberie kryją za sobą bardzo przemyślane koncepcje skierowania rozwoju na właściwe tory. Politycy i urzędnicy miejscy są tego świadomi – sami zapraszają społecznych ekspertów do pomocy przy opracowywaniu nowych koncepcji i ich realizacji. Autorami artykułów poświęconych miastu głównego think tanku Platformy, Instytutu Obywatelskiego są w głównej mierze ludzie, którzy tworzyli miejski aktywizm w tym kraju. Jakoś nikt nie kwestionuje naszych kompetencji, gdy trzeba przygotować strategię rozwoju polityk publicznych. Wątpliwości zaczynają się wówczas, gdy niektórzy z nas ośmielili się prosić wyborców o bezpośrednie poparcie i zaufanie.

Miasto to czas

Dzisiaj, gdy mówimy o mieście, mówimy w istocie o czasie. Ten zaś się kończy. Dzisiaj ponad 20% terenów zurbanizowanych w polskich miastach jest dotkniętych degradacją w takim stopniu, że konieczna jest ich rewitalizacja. Rząd próbuje pomóc przygotowując Narodowy Plan Rewitalizacji i szykuje 25 mld złotych wsparcia na przywrócenie miejskiej tkanki do normalnego stanu. Cieszyć się należy, że nadchodząca rewitalizacja nie będzie tylko remontem kamienic, placów i ulic, ale dotknie również mieszkańców i spróbuje zmierzyć się z problem wykluczenia. Przy obecnym stanie zarządzania naszymi miastami nie możemy być jednak pewni, że gdy skończymy rewitalizację tych 20% nie będzie konieczności ratowania pozostałych 80% terenów. Polityczni decydenci zdają się nie rozumieć, że nie da się jednocześnie pozwalać na budowę gigantycznych galerii handlowych w centrach miast i walczyć o przetrwanie lokalnych sklepów, punktów usługowych oraz drobnych przedsiębiorców, którzy sprawiają, że miasto żyje, zarabia i rozwija się.

Prezydent Dutkiewicz wyjaśniając powodu absurdalnego zakupu kolekcji zdjęć Marilyn Monroe mówi, że to po to, aby zbudować światową markę Wrocławia. Rozumiem skalę ambicji i nawet pochwalam ich kierunek, ale może zamiast kupować sobie markę miasta lepiej byłoby ją wypracować. To zaś można zrobić tylko poprzez inwestowanie w mieszkańców, którzy swoimi talentami i działaniami przyciągną uwagę całego świata. A wraz z nią jego pieniądze. Polskie miasta w ostatnich latach niezwykle dużo inwestowały w infrastrukturę licząc, że kilka kilometrów nowych dróg czy kilka tysięcy metrów sześciennych nowych budynków zastąpi ustawiczną i konsekwentną pracę z mieszkańcami. Słabość oferowanych usług publicznych sprawiła, że mieszkańcy i użytkownicy naszych miasta zaczęli się prywatyzować – jeśli tylko mogą posyłają swoje dzieci do prywatnych żłobków i przedszkoli, zamieszkują w grodzonych osiedlach, korzystają z prywatnej służby zdrowia i do komunikacji po mieście używają prywatnych samochodów. Jeśli się dobrze zorganizują to jedyną przestrzenią publiczną, z której korzystają to drogi i parkingi. Tracą w ten sposób kontakt z tym, co wspólne, a przez to wrażliwość na potrzeby innych. Same miasta zaś niezwykle cenny kapitał społeczny, którego jedynym śladem obecności w mieście stają się zapłacone podatki i zanieczyszczenie powietrza.

Balans to nie postęp

Nie można mieć pretensji do mieszkańców za przyjmowanie tego typu postaw. Winę ponoszą jednak władze miast, które nie były zainteresowane tym, aby je zmieniać. Trzeba przyznać, że nie jest to tylko efekt ignorancji miejskich włodarzy. Niektórzy z nich starali się sprostać stawianym oczekiwaniom i wykonali naprawdę ciężką pracę starając się zbilansować potrzebne działania i możliwości, jakie stwarzał rząd i dostępny budżet. Sprawdzali się świetnie, gdy jedyne żądania ze strony mieszkańców były skoncentrowane wokół miejsc pracy, szybkich dróg, parkingów i centrów handlowych. Większa świadomość mieszkańców i potrzeba budowania przyjaznych warunków dla funkcjonowania i rozwoju spójnej społeczności sprawiła, że wczorajsze innowacje stały się bardzo szybko złym przyzwyczajeniem. Miejski świat idzie do przodu – dotychczasowe władze coraz bardziej zostają z tyłu.

Najdziwniejszy w tym wszystkim jest fakt, że samorządowi politycy od początku są tego wszystkiego świadomi. Narzekają jednak, że mają związane ręce – złe prawo, źli mieszkańcy, kryzysy oraz skąpy i coraz więcej wymagający rząd sprawiły, że zamiast budować miasto naszych marzeń muszą łatać dziury i balansować na krawędzi. Oczywiście wszystko byłoby lepsze, gdyby odkręcić kurek z pieniędzmi. Problem polega jednak na tym, że taki kurek już raz został odkręcony – fundusze unijne z poprzedniego rozdania sprawiły co prawda, że mamy więcej dróg, po których możemy jeździć i aquaparków, do których możemy zabrać nasze dzieci, ale wciąż w istocie musimy zmagać się z tymi samymi problemami, co wcześniej.

O tym zaś głośno przypominają miejscy aktywiści. Nie tylko ci, którzy zdecydowali się na start w wyborach. Duża część pracy została już wykonana przez organizacje pozarządowe, grupy nieformalne, animatorów, ekspertów i ludzi kultury. Tym samym proces zmiany myślenia o tym, do czego mogą służyć pieniądze podatników został rozpoczęty. Jeśli jednak zależy nam na tym, żeby zdążyć rozwiązać istotne problemy zanim staną się one nierozwiązywalne musimy przyśpieszyć. Takim przyśpieszeniem mogą być właśnie miejscy aktywiści zasiadający w radach miast. Trudno powiedzieć, czy będzie ich pięciu, dziesięciu czy stu. Jeżeli damy sobie szanse na merytoryczną dyskusję o tym, co musimy wspólnie zmienić, zamiast narzekać na to, że nie prezentują się na plakatach tak dobrze jak inni, z pewnością będzie ich więcej niż mniej.

Ci, którzy nazywani są ludźmi bez kompetencji – miejscy barbarzyńcy z dyplomami zdobywanymi na ulicy dzięki codziennej pracy z mieszkańcami lub wykuwanymi na uczelniach czy w organizacjach pozarządowych już są za bramami. Nie nosili teczek za swoimi politycznymi mentorami i nie przeczytali wszystkich książek z zakresu marketingu politycznego. Nie przeszli przez szkołę niedasizmu i ośmielają się marzyć o tym, że Warszawa, Kraków czy Poznań mogą kiedyś być znane z tego, z czego dzisiaj dumni są mieszkańcy Kopenhagi, Bogoty czy Nowego Jorku. Mówią też, że nawet jeśli nie będą rządzić, to staną się świetną opozycją, której nie da się kupić jednym czy drugim stanowiskiem. Czy można wierzyć takim ludziom? To źle postawione pytanie. Trzeba je zadać inaczej – czy mamy czas na to, aby im nie wierzyć?

Skrócona wersja artykułu ukazała się w dzienniku „Polska The Times” 29 sierpnia 2014 r. 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa