Baby doom. Trzeba się przyzwyczaić

To dobrze, że będzie nas mniej. Do niskich wskaźników dzietności musimy się przyzwyczaić, a nawet się z nich cieszyć. Oznaczają one bowiem, że życie jest ciekawe i prezentuje wiele interesujących alternatyw. Wzrost dzietności prawdopodobnie będzie […]


To dobrze, że będzie nas mniej. Do niskich wskaźników dzietności musimy się przyzwyczaić, a nawet się z nich cieszyć. Oznaczają one bowiem, że życie jest ciekawe i prezentuje wiele interesujących alternatyw. Wzrost dzietności prawdopodobnie będzie towarzyszył, podobnie jak w przeszłości, różnego rodzaju katastrofom. 

Przynajmniej połowa moich artykułów wynika ze zdenerwowania na głupoty wypowiadane stanowczym tonem w publicznej debacie. Powtórzone kilkukrotnie stają się obowiązującą prawdą. Zwykle ograniczam się do pola ekonomii, ale bzdury dotyczące demografii odbijają się coraz szerszym echem.

Screen Shot 2013-11-26 at 23.16.11
Więcej na temat Baby Doom w czwartym numerze Visegrad Insight

Pierwsza z tych bzdur brzmi: najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu systemu emerytalnego jest zwiększenie dzietności. Tyle tylko, że to „rozwiązanie” jedynie problem pogłębi – „brakujące” dzieci powinny były się urodzić w latach 90. i w pierwszej dekadzie tego stulecia. Teraz jest już troszkę za późno, bo dzietności w tamtych czasach już nie podniesiemy. Większa dzietność dzisiaj zaś to podwójne obciążenie pracujących – masą emerytów i masą dzieci. Mało prawdopodobne, by wiele osób przy zdrowych zmysłach zdecydowało się na coś takiego. Ale o tym pisałem już wielokrotnie. Dziś szerzej o czym innym – a mianowicie receptach na podniesienie dzietności.

Powodem tego, że rodzi się mało dzieci, ma być ubóstwo Polaków, brak perspektyw i stabilności. Popatrzmy zatem na te najbogatsze i najstabilniejsze kraje, które mają wysoką dzietność. Pierwsza dziesiątka krajów (wg CIA dane z 2013) to: Niger, Mali, Somalia, Uganda, Burkina Faso, Burundi, Zambia, Afganistan, Południowy Sudan i Angola. Chyba ten argument można wyrzucić prosto do kosza. Wyraźnie widać, że czołówka to kraje biedne i bardzo biedne, niektóre ogarnięte wojną domową. Jeśli bogactwo i stabilność mają cokolwiek wspólnego z dzietnością, to zależność jest odwrotna. Żeby jednak nie być posądzonym o manipulowanie danymi, przeanalizuję listę dalej: pierwszy europejski kraj na liście to Francja – znajduje się na 117. miejscu na świecie ze średnią 2,08 dziecka na kobietę – grubo poniżej światowej średniej, która wynosi 2,42 dziecka.

Polska znajduje się znacznie bliżej końca listy (miejsce 212.) i w myśl propagowanej teorii poniżej nas powinny znaleźć się kraje biedniejsze i bardziej niestabilne. Za to mamy tam Południową Koreę, Hong Kong, Tajwan i Singapur. Nieznacznie wyżej plasują się tak biedne kraje jak Niemcy czy Austria. Mówiąc zaś poważnie, bardzo blisko znajdują się prawie wszyscy nasi sąsiedzi: Litwa (217.), Ukraina (215.), Czechy (214.), Słowacja (207.), Niemcy (200.), Białoruś (193.). Ostatnia para to kolejny dowód na to kolejne potwierdzenie, jaką bzdurą jest uzależnianie poziomu dzietności od poziomu bogactwa.

Dla wciąż nieprzekonanych przeanalizujmy sytuację w naszym kraju. Dzietność spada od dłuższego czasu. Najwięcej rodzących się dzieci odnotowano zaraz po wojnie – w czasach, gdy poziom rozwoju gospodarczego był najniższy, polityka była niestabilna, do pewnego stopnia mieliśmy do czynienia z wojną domową. Później było już tylko gorzej – od lat 50. dzietność gwałtownie spadała. Trend odwrócił się tylko na chwilę w czasie stanu wojennego – kolejnego czasu niedostatku i niepewności. Wskaźnik zaczął gwałtownie spadać, gdy tylko stan wojenny się skończył. I spada do dziś.

Zatem jeśli ktoś na poważnie myśli o zwiększeniu dzietności, to proponuję zamknąć granice, wyprowadzić na ulice wojsko, pozamykać galerie handlowe i ograniczyć liczbę kanałów w radio i telewizji. Ograniczenie dostaw towarów do sklepów i zakazanie kobietom wykonywania pracy też mogą pomóc. No i nie zapominajmy też o zaniedbaniu oddziałów położniczych i szkolenia pediatrów, bo wyraźnie wysoka śmiertelność noworodków i dzieci sprzyja wysokiej dzietności.

Ograniczenie dzietności nie wynika z kiepskiego stanu materialnego Polaków – bo ten się systematycznie poprawia. Wynika z tego, że wychowanie dziecka to ciężka praca. Młody człowiek, mając do wyboru podróżowanie po świecie czy choćby wyjście ze znajomymi na imprezę kontra uwiązanie się w domu z dzieckiem i niespanie po nocach, najczęściej wybierze to pierwsze. I jest to jego zupełnie zrozumiałe. Oczywiście dostępne żłobki i przedszkola, refundacja in vitro itd. pomogą przekonać część niezdecydowanych, ale dzietność się od tego znacząco nie zmieni, bo nie jest to kwestia decydująca.

A zatem  musimy się przyzwyczaić do niskich wskaźników dzietności i chyba nawet zacząć się z nich cieszyć. Oznaczają one bowiem, że życie w naszym kraju jest ciekawe i prezentuje wiele interesujących alternatyw. Wzrost dzietności prawdopodobnie będzie towarzyszył, podobnie jak w przeszłości, różnego rodzaju katastrofom. Po prostu należy ze spokojem przyjąć, że będzie nas mniej. Oczywiście powoduje to długotrwałe, ale przejściowe trudności w kwestii emerytur. Jednocześnie jednak nasze wnuki dostaną kraj mniej zatłoczony, mniej zanieczyszczony, mniej uzależniony energetycznie – może po prostu lepszy?

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa