Animacja kultury, ekonomia kultury, ekonomia społeczna – o co tak naprawdę chodzi?

Coraz więcej wśród nas animatorów kultury, ekonomia kultury stała się już całkiem popularnym tematem, zaś kolejne zjawiska gospodarcze zyskują miano ekonomii społecznej. Tytułowe hasła coraz częściej służą identyfikowaniu nowych zjawisk. Same nazwy wskazują, że zjawiska […]


Coraz więcej wśród nas animatorów kultury, ekonomia kultury stała się już całkiem popularnym tematem, zaś kolejne zjawiska gospodarcze zyskują miano ekonomii społecznej. Tytułowe hasła coraz częściej służą identyfikowaniu nowych zjawisk. Same nazwy wskazują, że zjawiska te sytuują się na przecięciu obszarów kultury, ekonomii i życia społecznego, co wcale nie ułatwia formułowania definicji. Warto jednak próbować uchwycić aktualne sedno sprawy.

Animować, czyli wprawiać w ruch

Animacja kultury to działalność na rzecz aktywnego udziału ludzi w życiu lokalnej i globalnej społeczności. Ci, którzy posługują się tym szerokim pojęciem, mają na celu przekroczenie wąskich ram takich sformułowań jak „edukacja artystyczna”, choć o edukację w dużej mierze tu chodzi.

„Kulturę” należy rozumieć w tym przypadku antropologicznie jako ogół twórczej działalności człowieka. Nikt ze sfery kultury nie może być zatem wykluczony (każdy ma jakąś kulturę), ale niektórzy pozostają tylko jej biernymi uczestnikami. Tymczasem celem animatorów jest stworzenie takiej sytuacji, w której każdy aktywnie tworzy świat, w którym żyje. Tego zaś nie da się robić w pojedynkę – stąd nacisk na budowanie więzi społecznych, tworzenie wspólnot.

Negatywnym punktem odniesienia dla animatorów są np. tradycyjne domy kultury, w których garstkę dzieci poddaje się „treningowi artystycznemu”. Zgodnie z nowymi trendami tzw. „sztuka wysoka” to tylko jedno (choć bardzo istotne) z narzędzi ekspresji, młodzież zaś to tylko część osób, do których należy wyjść z ciekawą ofertą animacyjną. Animatorzy kultury zgodziliby się z twierdzeniem, że „każdy jest artystą”; chcą dowartościować doświadczenie człowieka i na nim budować jego relację z otaczającym światem. Osoby starsze stanowią jedną z grup, do których adresowane są działania animacyjne (wciąż zaś dyskutuje się o propozycji dla osób pracujących) – animacja kultury wypełnia zatem lukę w ofercie kulturalnej, jaka powstaje wraz ze starzeniem się społeczeństwa.

Animatorzy bardzo często działają w systemie projektowym i grantowym, w fundacjach i stowarzyszeniach – przykłady takich instytucji to Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „Ę”, Ośrodek Pogranicze – Sztuk Kultur Narodów czy Stowarzyszenie Praktyków Kultury. Ale działania animacyjne prowadzi dziś już niemal każda bardziej tradycyjna instytucja kulturalna: muzea i teatry, biblioteki i zmieniające się domy kultury.

To, co rozpoznajemy jako animację kultury, od wielu lat pod różnymi nazwami funkcjonuje w państwach Starej Europy (dobrym przykładem może być community arts w Wielkiej Brytanii). W Polsce ma ona swoje źródła w działalności społeczników (radykałów społecznych, kulturalistów) przełomu XIX i XX wieku i w tradycji kontrkultury (m.in. idei „kultury czynnej” Grotowskiego). Dziś natomiast łatwo zaliczyć ją do działań służących budowie społeczeństwa obywatelskiego, otwartego i tolerancyjnego czy walce z wykluczeniem społecznym. Animacji kultury nie należy mylić z zarządzaniem kulturą (a to chyba najczęstszy błąd) – animatorowi bliżej do aktywisty czy pedagoga niż do menadżera.

Ekonomia kultury, czyli nie tylko rozliczanie projektów

Tym razem słowo kultura można rozumieć nieco węziej jako ogół zjawisk artystycznych i usług związanych ze sztuką. Ekonomia kultury to m. in. praktyczna wiedza na temat sprawnego pisania wniosków o dotacje i rozliczania faktur zrealizowanych projektów. Dziś jednak hasło to niesie ze sobą także zbiór przekonań dotyczących roli kultury w społeczeństwie i szerszą wizję makroekonomiczną.

W Polsce dyskusja na temat ekonomii kultury wybuchła po ogłoszeniu najważniejszych postulatów tzw. planu Hausnera dla kultury. „Kultura się liczy” – takie hasło towarzyszyło Kongresowi i w nim streszcza się podstawowe przesłanie dzisiejszej ekonomii kultury.

Kultura się liczy, bo, i tu nikt nie powinien być zaskoczony, jest ważnym obszarem działalności człowieka. Ale kultura liczy się także dlatego, że można ją policzyć, że działalność kulturalna przynosi wymierne korzyści ekonomiczne, ma swój konkretny udział w tworzeniu PKB, stymuluje rozwój innych gałęzi gospodarki. W ramach tej perspektywy „przemysł kreatywny” (czyli produkcja dóbr kultury) zastępuje chylący się ku upadkowi przemysł tradycyjny. Samo stymulowanie kreatywności zalicza się do podstawowych produktów tego przemysłu. Kultura ma być podstawą gospodarki opartej na wiedzy czy gospodarki kognitywnej. Wspiera ona także szanse przemysłu turystycznego, sprawia, że region jest bardziej atrakcyjny dla inwestorów. Taka narracja na temat kultury nie daje jednak odpowiedzi na pytanie o sens wydawania na kulturę pieniędzy publicznych. Budzi też kontrowersje: może pomija symboliczne skutki działalności na polu sztuki, a zanadto eksponuje jej komercyjny wymiar, a przez to sprowadza kulturę do towaru takiego, jak każdy inny?

Tak mniej więcej rysuje się dyskusja wokół ekonomii kultury, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Przy okazji polskiej debaty na światło dzienne wyszły także inne problemy: zarządzanie kulturą, prawa pracownicze w tym sektorze czy dystrybucja dotacji. Wciąż jedyną poważniejsza pozycją wydawniczą na ten temat pozostaje przewodnik „Krytyki Politycznej” pt. Ekonomia kultury.

Ekonomia społeczna, czyli alternatywne gospodarowanie

O ile dyskusje wokół ekonomii kultury sprowadzają się czasami do standardowego pytania: „ile państwa w gospodarce?”, o tyle w ekonomii społecznej pytanie o odgórnie narzucony model gospodarki traci na znaczeniu. Przedsiębiorstwo społeczne, podstawowa instytucja w tym typie działalności, ma funkcjonować w warunkach rynkowych. Wszelkie uzyskiwane przez nie zyski powinny jednak być reinwestowane w przedsięwzięcia o charakterze społecznym lub we wspólnotę, która tworzy przedsiębiorstwo. Nie chodzi już więc o maksymalizację zysku czy zwiększenie dochodów właścicieli bądź udziałowców. Tak sformułowany program ekonomii społecznej można znaleźć na portalu ekonomiaspoleczna.pl, który powstał w ramach projektu W poszukiwaniu polskiego modelu ekonomii społecznej (2005-2008).

Ekonomia społeczna ma być uzupełnieniem systemu kapitalistycznego o podmioty gospodarcze „zakorzenione w świecie wartości i zasad”. Jej podstawową funkcją jest tworzenie miejsc pracy dla osób z tzw. grup podwyższonego ryzyka (czyli wszystkich narażonych na dyskryminację: kobiet, w szczególności matek samotnie wychowujących dzieci, osób niepełnosprawnych, bezdomnych…).

Przedsiębiorstwo społeczne może podejmować różne działania: począwszy od dostarczania dóbr i usług publicznych, a skończywszy na działalności handlowej i produkcyjnej. Konstytuuje je obywatelski charakter inicjatywy, możliwie wspólnotowy charakter działania i cel budowania spójności społecznej. Dziś przestrzenią działalności takiej instytucji jest przede wszystkim trzeci sektor. Polskie tradycje, do których mogą odwoływać się przedstawiciele rodzącej się dopiero u nas ekonomii społecznej, to oczywiście ruch spółdzielczy mający swoje korzenie jeszcze w XIX wieku (powstający w tym samym środowisku co inicjatywy społecznikowskie leżące u źródeł animacji kultury). Dobrych przykładów zaś po raz kolejny można szukać w krajach Starej Europy, choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie social enterprises funkcjonują od dawna.

Wszystkie tytułowe hasła znajdują swoją reprezentację w rzeczywistości społecznej. Źródła dla tych idei można znaleźć w polskich doświadczeniach ostatniego wieku, ale chociaż te tradycje istnieją (w mniej lub bardziej jawnych deklaracjach), to uzasadnione wydaje się używanie nowych nazw. Przede wszystkim dlatego, że dzisiejsze praktyki wyrastają poza przeszłość, są osadzone w kontekście przykładów zaczerpniętych z Europy Zachodniej. Animacja kultury czy ekonomia społeczna są więc w dużej mierze przeniesieniem do nas tego, co sprawdza się tam, uzupełnionym o przynajmniej próbę uwzględnienia lokalnej specyfiki.

Pytanie o pierwszeństwo (o to, czy „modne hasła” są odpowiedzią na rzeczywistości czy projekcją na rzeczywistość określonych wyobrażeń tego, jak ona powinna wyglądać) jest chyba nierozstrzygalne. Język nie funkcjonuje niezależnie od świata desygnatów i na odwrót. Nazwy zmieniają się pod wpływem zjawisk, które chcą objąć – definicje konstytuują się zatem „w procesie” (kolejne modne słówko), nowatorskie pomysły zaś łatwiej rozwijać, gdy znajdzie się jakiś punkt odniesienia w sferze idei. Ale w związku z tym, że słowem też można działać, to posługiwanie się tymi konkretnymi sformułowaniami może być gestem politycznym (nie trzeba głębokiej analizy, żeby włączyć ideę ekonomii społecznej do pomysłów lewicowych i krytycznych wobec dzisiejszego kapitalizmu, a ostatnie postulaty polskiej ekonomii kultury uznać za przejaw ideologii wolnorynkowej) i sposobem zmieniania świata – tym bardziej: działanie samo – animowanie, kierowanie instytucjami kulturalnymi zgodnie z nowymi zaleceniami czy zakładanie przedsiębiorstw społecznych.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa