III PR-KAMP

Co po prezydencji?

Termin: 12 stycznia 2012, godzina 18:00
Miejsce: Res Publica Nowa, Gałczyńskiego 5, Warszawa

W debacie eksperckiej wzięli udział:

Goście:
Leszek Jesień – dr, koordynator programu ds. Unii Europejskiej w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych
Philippe Rusin – dr, dyrektor Ośrodka Kultury Francuskiej UW
Krzysztof Marcin Zalewski – dr, ekspert ds. niemieckich w Kancelarii Prezydenta RP
Moderator: Wojciech Przybylski – wydawca, Res Publica Nowa

Leszek Jesień: Zawsze staram się patrzeć na prezydencję od strony instytucjonalnej, do jakiego stopnia prezydencja funkcjonuje jako część aparatu Unii, do jakiego stopnia przyczynia się do sprawności tego aparatu, albo, wręcz przeciwnie, nie udaje jej się to. To jest pierwszy, podstawowy punkt widzenia na prezydencję. Kiedyś nazwałem to zinstytucjonalizowaną procedurą przywództwa politycznego. Ta formuła, nie tyle się sprawdza, co jest dobrym testem czy prezydencja działa czy nie. W odniesieniu do polskiej prezydencji trzeba powiedzieć, że jest kilka powodów dla których warto ją oceniać. Pierwszy jest taki, że jesteśmy po Traktacie Lizbońskim, który wprowadza nowy element do funkcjonowania prezydencji – rozciągnięcie procedury zwykłej, czyli procedura współdecydowania na Parlament Europejski i Radę Unii Europejskiej. To powoduje, że mamy do czynienia z sytuacją, w której stanowienie prawa wymaga pełnej zgody dwóch instytucji o odmiennej naturze, Parlamentu, który ze swej natury jest ponadnarodowy i Rady, która jest międzyrządowa. Żeby nie doszło do paraliżu potrzebny jest zwornik między nimi. Tym zwornikiem od strony państw członkowskich jest prezydencja. Jeśli prezydencja jest dobra i sprawna to Unia może działać w tym sensie w jakim stanowi ona prawo. Ten aspekt staje się niesłychanie istotny właśnie po Traktacie Lizbońskim.

Przechodząc do oceny prezydencji polskiej, w tym aspekcie poradziła sobie bardzo dobrze z tym wyzwaniem. Zostało ustanowionych kilka rzeczy, które pokazują, że była ona sprawna i potrafiła współdziałać zarówno pomiędzy państwami członkowskimi, co jest najczęstszym polem obserwacji, ale też pomiędzy państwami członkowskimi, czyli Radą a Parlamentem.

Tu kilka rzeczy w interesujący sposób zostało zaproponowanych czy kontynuowanych. Wypracowywana była formuła spotkań z prezydencją, które były prowadzone przy okazji posiedzeń plenarnych PE. Były one dobrym elementem wypracowywania porozumień z Parlamentem. Drugi aspekt dotyczył koncepcji prezydencji wspomagającej, kontynuowany po prezydencji belgijskiej i węgierskiej. W stosunku do Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych ma funkcję wspierającą, czyli jest to prezydencja, która stara się pomagać w reprezentacji zewnętrznej w przechodzeniu na to nową sytuacje, w którym mamy większe zaangażowanie instytucji unijnych, a de facto te instytucje są bardzo słabe, np. urząd Wysokiego Przedstawiciela i Europejska Służba Działań Zewnętrznych.

Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale jeden element wymaga wspomnienia, to jest osiągnięcie kompromisu, choć jeszcze nie w pełni, dotyczącego patentu europejskiego. Z tych wszystkich osiągnięć: sześciopak, patent europejski, nakaz ochrony czy negocjacje budżetowe, dla mnie właśnie patent jest największym osiągnięciem. Trzeba jednak pamiętać, że te negocjacje będą jeszcze prowadzone przez prezydencję duńską, bo nie ma zgody co do siedziby sądu w tym obszarze.

Brak jednolitego patentu jest pewnego rodzaju wstydem europejskim. Jak zacząłem się interesować UE dwadzieścia lat temu to patent był niezałatwioną sprawą. Minęło 20 lat od tego momentu, a więc Unia zajmuje się trzydzieści lat nad jednolitym patentem i to jest jeszcze nie załatwione. To kosztuje konkretne pieniądze i to kosztuje konkretny margines konkurencyjności Europy do reszty świata. Załatwienie tego elementu wydaje mi się taką gwiazdką, którą dostawiłbym do osiągnięć polskiej prezydencji.

Jest też drugi aspekt prezydencji, z którym Polska poradziła sobie w sposób mniej skuteczny, a jest bardzo ciekawe dlaczego tak się stało. Prezydencja powinna sprawować przywództwo, nie może sprawować jego samodzielne, bo są inne instytucje i nie oczekujemy, że prezydencja będzie załatwiała wielkie sprawy. Ale jest wbudowany w aparat instytucjonalny unijny oczekiwanie, że prezydencja zaproponuje i wyłoży na stół pewien koncept na tyle śmiały i na tyle ostrożny, te dwie rzeczy są niezbędne, że znajdzie akceptację wśród innych państw członkowskich. Prezydencja powinna pełnić taką funkcję przywódczą w stosunku do nich, rozumianą jako sposób formułowania rozwiązań średniego zasięgu. Ta cecha prezydencji jest niesłychane istotna współcześnie, ponieważ mamy do czynienia z kryzysem, który jest szeroki, głęboki, powszechny, niespotykany, bezprecedensowy etc. W związku z tym, rozwiązania, które są proponowane w trakcie tego kryzysu powinny mieć tę cechę, że będą odpowiadały na te wyzwania i będą akceptowalne. Będą także formułowane i będą wychodziły z punktu widzenia interesów wszystkich.

Ta funkcja przywódcza, tak rozumiana, może być wypełniana przez różne instytucje. Prezydencja nie jest jedyną. Może być wypełniana przez Komisję Europejską w ramach jej zdolności do inicjatywy, chociaż nie w sensie formalnym, tylko realnym. Może być wykonywane przez każde państwo członkowskie, niekoniecznie trzeba sprawować prezydencji, żeby być mądrym i wyłożyć projekt na stole. Można być Francją i Niemcami. Następne jest pytanie czy ten projekt jest akceptowalny przez wszystkich.

Polska prezydencja ma, jak i następne będą miały, problem z zachowaniem spójności całej UE w związku z kryzysem w strefie Euro. Trzeba pamiętać, że kryzys w strefie Euro ogniskuje naszą uwagę, a kryzys dotyczy szerszej grupy państw niż tylko Eurozony, dotyczy państw bałtyckich, Węgier, Rumunii. Zatem rozwiązania dla tych państw powinny obejmować potrzeby i zjawiska zachodzące w strefie Euro, ale powinny być formułowane do całej UE. I tutaj, jak patrzę na polską prezydencję wypracowałem sformułowanie: „prezydencja małych kroków z wykrzyknikiem”. Małe kroki to wykonywanie funkcji umożliwiania współpracy, a ten wykrzyknik to problem przywództwa, który został sformułowany przez cztery przemówienia: pierwsze przemówienie premiera Tuska w Parlamencie w lipcu, przemówienie min. Rostowskiego we wrześniu, przemówienie min. Sikorskiego w Berlinie i przemówienie końcowe premiera w PE. Niektórzy obserwatorzy dodają do tego bardzo interesującą uwagę, że przemówieniem prezydencji było także expose premiera Tuska w Sejmie. Co składa się na ten wykrzyknik? Mówi on, że z jednej strony potrzebny jest nam wzrost i reformy strukturalne w naszej konkurencyjności, tak więc schematycznym językiem przedstawienie Strategii Lizbońskiej czy strategii Europa 2020. Z drugiej strony jest to wołanie o przywództwo. Najbardziej zaskakujące jest to, że jest ono wykonywane z pozycji prezydencji i najbardziej interesujące było to, że w rozważaniach nad tym, co może zrobić Europa, ostatecznie pojawia się w kilku miejscach odwołanie do Parlamentu Europejskiego, które jest też bardzo wyraźne w ostatnim przemówieniu Donalda Tuska. Mówi w nim, że PE powinien być konstytuantą. To jest bardzo daleko idące, ale jest bardzo ciekawe jeśli chodzi o przywództwo koncepcyjne, rozwiązania systemowe czy konstytucyjne, które mają być wyprowadzane z innego rdzenia procesu integracyjnego niż same państwa. To mi się wydaje wołanie wynikające z bezradności, które w tej chwili obserwujemy. Myślę, że polski premier nie był jedyny w tej bezradności, bo jak obserwujemy kolejne szczyty europejskie, w składzie 27 czy 17, i ich kolejne próby budowania mechanizmów i paktów, to one wydają się dość bezradne.

Philippe Rusin: Jeśli chcemy uczciwie zrobić bilans polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, to trzeba porównywać wyniki, które były osiągane do priorytetów, które były wyznaczone. Trzeba też brać pod uwagę kontekst europejski i międzynarodowy. Były cztery priorytety. Pierwszy, wspólna polityka energetyczna. Tutaj niestety padła, po wypadku w Japonii, jednostronna decyzja kanclerz Merkel, że Niemcy wycofują się z energii atomowej. Wspólna polityka energetyczna potrzebuje wspólnej decyzji, która może mieć wpływ na inne kraje. Nie jest to wina Polski. Drugi priorytet, to dalasze kroki w kierunku wspólnej polityki obronności. Była tutaj chęć Francji, Wielkiej Brytanii i Polski, ale była też interwencja w Libii. Dla mnie to mógł być pierwszy test i pierwszy przykład wspólnej interwencji, wspólnej polityki obronności UE. To nie był Afganistan ani Irak, ale było w bezpośrednim sąsiedztwie UE. To co tam się dzieje będzie miało wpływ na Europę. Był mandat ONZ, a Europa była podzielona. Od początku Niemcy mówiły, że  nie są zainteresowane. Dla Francji nie była to niespodzianka, ale oczekiwała moralnego czy symbolicznego wsparcia ze strony Polski. Premier Tusk był zaproszony na szczyt w Paryżu w celu podjęcia wspólnej decyzji. Niestety Polska podjęła decyzję, żeby nie interweniować. Być może nie chciała by Niemcy były izolowane w tej sprawie i też ze względu na wewnętrzną sytuację w Polsce – wybory, niechęć obywateli do interwencji zewnętrznych. W każdym razie w tej sprawie był podział Europy, i być może był to powrót do realizmu. Było to przeciw wszystkim wcześniejszym deklaracjom, wspólnym listom Francji,. Niemiec i Polski do pani Ashton, że są gotowi do głębszej integracji w polityce obronności. Potem Francja nie miała innego wyboru niż się zwrócić do tych, którzy mają potencjał militarny w Europie, czyli Wielkiej Brytanii. Razem mają 50% wydatków militarnych w Europie i mają wspólne interesy i potencjał. Są to partnerzy, którzy myślą o bezpieczeństwie w długim okresie. Francja oczekiwała w tym kontekście więcej od Polski.

To są realia, które dzisiaj rządzą. Jeśli Francja nie może zrobić wspólnej polityki obronności z Polską i Niemcami to robi to z Wielką Brytanią. To nie jest na szczeblu Unii Europejskiej, to nie jest na szczeblu Trójkąta Weimarskiego, ale na szczeblu międzyrządowym, bilateralnym z tym, który podąża w tym samym kierunku.

Trzeci priorytet, to było wzmacnianie Partnerstwa Wschodniego. Polska miała na to mały wpływ, ale to co się działo po wyborach na Ukrainie i to, że nowe władze nie były nim tak bardzo zainteresowane. Potem problem z Tymoszenko. To było trudne dla Unii, żeby podpisać umowę o partnerstwie z państwem, które nie respektuje w pełni praw człowieka. Drugi przykład, otwarcie, które Unia zrobiła w kierunki Łukaszenki na prośbę Polski, skończyło się źle, reżim pokazywał twardą twarz. Tak więc szczyt Partnerstwa Wschodniego miał słaby wynik, biorąc pod uwagę ten kontekst.

Czwartym priorytetem było wzmocnienie wspólnego rynku europejskiego. Był on zapomniany z powodu kryzysu ekonomicznego, finansowego. Pogłębił się on po tym, co się wydarzyło w Grecji, potem w kolejnych krajach – Hiszpanii, Włochach, nawet Francja. Tutaj Polska miała na to mały wpływ – nie jest w strefie Euro, ma PKB takie jak Belgia i to jest nic w stosunku do Niemiec i Francji, które maja wspólnie 50% PKB całej strefy Euro. To jest inna skala i trudno od niej oczekiwać przywództwa. Ten kontekst był trudny i nieprzyjemny dla Polski. W kontekście kryzysu ostatnia decyzja Wielkiej Brytanii podczas szczytu 9 grudnia w Brukseli, była ostatnią rzeczą, która mogła się zdarzyć w trudnym czasie, w końcu zdecydowali się żeby nie grać razem. Cameron bronił interesów kraju, nie widział korzyści, żeby cała Unia poszła dalej w kierunku większej integracji ekonomicznej, potrzeby rządu ekonomicznego. Wracając do realizmu, od tego momentu Unia jest inna. Jeżeli chcemy iść dalej w kierunku integracji europejskie, nie mamy innego wyboru niż wspierać i liczyć na międzyrządową integrację.

Z tego punktu widzenia czułem, że przemówienie min. Sikorskiego w Berlinie jest bardzo ważne, bo to jest wielka zmiana polityki europejskiej Polski. Deklaracja idziemy w kierunku większego federalizmu. Bardzo się ciesze z tego przemówienia, ale boję się że to jest trochę za późno w stosunku do tego jak wygląda dziś Europa, jakie są jej realia. Mamy sprzeciw Wielkiej Brytanii i już w tym kierunku nie można pójść, albo czekać na kolejne wybory. Ale kryzys nie czeka, a potrzebne jest szybkie rozwiązanie. Min. Sikorski wziął udział w debacie na Uniwersytecie Warszawskim i porównywał dzisiejszą sytuację Europy z sytuacją Stanów Zjednoczonych, powiedział, że rozwiązania, które mogłoby być efektywne, żeby walczyć z kryzysem, nie są możliwe. Jeżeli nie jest możliwe to trzeba znaleźć inne rozwiązanie, dlatego myślę, że tandem niemiecko-francuski jest dzisiaj potrzeby. Nie widzę dzisiaj innych konkretnych, realnych propozycji, żeby rozwiązywać kryzys.

fragment wypowiedzi Krzysztofa Marcina Zalewskiego w trakcie autoryzacji.