PAWLIKOWSKI: Wielka Brytania gra w pokera

David Cameron i Theresa May zaskakiwali ostatnio swoimi ryzykownymi decyzjami. To zastanawiające, że liderzy stabilnego kraju o ugruntowanej demokracji, muszą posuwać się do takich zagrywek


Brytyjscy przywódcy ostatniego czasu nie grzeszą roztropnością i mają widoczny problem z przewidzeniem skutków swoich działań. I nie chodzi o sprawy błahe, ale o zupełnie zasadnicze, ważne nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale i całej Europy. Kilkanaście miesięcy temu, kiedy Cameron ogłosił referendum w sprawie wyjścia lub pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej nie planował Brexiu. Chciał wytrącić z ręki argument anty-unijnemu Nigelowi Farage’owi, przejąć część radykalnego elektoratu eurosceptyka i zepchnąć UKIP na margines sceny politycznej. Niestety ówczesny premier Zjednoczonego Królestwa przeliczył się i musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Wprawdzie Partia Wolności Farage’a jakby wyparowała – z czego mogą się cieszyć Torysi – jednak Brexit wydaje się już nieuchronny. Cameron zneutralizował Farage’a za cenę politycznego samobójstwa i wyjścia swojego kraju z Unii Europejskiej. Strategia konserwatywnego premiera okazała się zgubna w skutkach.

Po przejęciu władzy w obozie rządzącym przez Theresę May Wielka Brytania utwierdzała się w przekonaniu, że wynik referendum jest słuszny. Opcja twardego Brexitu stała się niejako punktem honoru umiarkowanych konserwatystów, którzy przecież wiedzieli, że referendum było tylko taktycznym zagraniem byłego premiera i zarówno on jak i oni nie wyobrażali sobie, by Wielka Brytania miała opuścić Euroland. Jednak Torysi pod przywództwem nowej pani premier forsują twarde wyjście z Unii jakby chcieli pokazać Europie, że jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B, że konsekwencja jest najważniejsza. Jednak May, jak twierdzi, by przeprowadzić ten bolesny rozwód z Europą w sposób skuteczny, potrzebuje silnego mandatu społecznego. Sama przecież zajęła pusty fotel premiera wskutek jego dobrowolnej dymisji, a nie naturalnej rywalizacji politycznej. W tym kontekście rozpisanie nowych wyborów i wzmocnienie swojej pozycji jako szefowej rządu wydaje się sensowne. Kiedy więc w kwietniu nieoczekiwanie Theresa May ogłosiła decyzję o przyspieszonych wyborach, opierała się zapewne na bardzo pozytywnych wynikach sondaży, dających jej partii dwudziestoprocentową przewagę nad Partią Pracy Jeremy’ego Corbyna. Jednak ostatnie badania opinii publicznej pokazują, że przewaga ta zmalała do zaledwie kilku procent. Wydaje się zatem bardzo prawdopodobne, że Theresa May nie wzmocni, lecz osłabi swoją pozycję. Zamiast silnego rządu możliwy jest chwiejny rząd koalicyjny. Jak więc będzie z twardym Brexitem, do którego potrzebny byłby silny negocjator? Czy Wielką Brytanię czeka wieloletni dryf brexitowy, czy sprawne wyjście z Eurolandu? Wygląda na to, że podobnie jak jej poprzednik, obecna pani premier przeliczyła się w swoich rachubach i będzie musiała zmierzyć się z nieoczekiwanymi skutkami swojej ryzykownej decyzji. W świetle ostatnich wydarzeń w Manchesterze i Londynie, jak i oskarżeń o zaniedbania w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego może jej być jeszcze trudniej.

 

Dominik Pawlikowski – absolwent filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego i filologii germańskiej Uniwersytetu Opolskiego.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa