TOKARSKI: Liberalizm w obliczu demokratycznej dyktatury

Demokratyczna dyktatura jest pojęciem bardziej wyostrzonym; odsłania potencjalność zmian, które obserwujemy. Możliwy jest liberalizm odrzucający wszelkie postaci politycznych prometeizmów


Piotr Górski: Porozmawiajmy o Carlu Schmitcie i współczesności. Temu poświęciłeś swój esej Anatomia demokratycznej dyktatury („Przegląd Polityczny” 147/2018). To refleksje nad pracą Dyktaturą Carla Schmitta niepozostające w oderwaniu od współczesności. Na początku przedstawiasz czynniki, które tuż po I wojnie światowej popchnęły niemieckiego prawnika do zajęcia się tym tematem. Spowadzają się one do zagrożenia rozpadem państwa. Czy w Polsce w 2018 r., po stu latach od zakończenia pierwszego globalnego konfliktu, można również znaleźć aspekty, które należy uwzględniać, zajmując się namysłem nad polityką?

Jan Tokarski: Od razu pytanie o współczesność! W każdych czasach pojawiają się palące problemy, przez pryzmat których patrzymy na politykę. Schmitt pisał Dyktaturę w 1920 r. na bazie dwóch doświadczeń – niepokojów społecznych w Niemczech zagrażających rozpadem państwa oraz bolszewickiego zamachu stanu. Zadawał więc sobie pytanie, w jaki sposób państwo ma się obronić przed rozkładającymi je siłami. Stąd niechęć filozofa do legalizmów, formuł prawnych, które wydawały mu się zbyt kruche, by można było się na nich opierać.

Nie mamy dziś do czynienia z taką sytuacją. Nie grozi nam rozpad państwa, dlatego moja perspektywa jest zupełnie inna niż Schmitta. Zjawiskiem współczesnym, które bardzo mnie interesuje, jest to, co nazwałbym wybudzaniem politycznej woli. Polega ona na emancypowaniu przez polityków „zbiorowej” (jakoby) woli z więzów, które do tej pory ją krępowały – na przykład więzów prawnych i konstytucyjnych. Z tego powodu książka Schmitta odczytana pod prąd intencji autora wydaje mi się bardzo aktualna.

Co Schmitt ma nam ciekawego do powiedzenia o naszych czasach?

Jego myśl to nie żadna antykwaryczna ciekawostka – archaiczny, stuletni zabytek. Schmitt jest jednym z najbardziej przenikliwych krytyków liberalizmu. Liberalizm, który go nie przemyśli, będzie bezbronny, słaby.

W Dyktaturze krytyka, którą Schmitt rozwija później w innych pismach, związana jest z utratą wiary w rozwiązania prawne mogące same siebie podtrzymywać. Schmitt to filozof stanu wyjątkowego – sytuacji, w której wyłania się ten, kto jest prawdziwym suwerenem.

Czyli osoba, która ma największą moc.

Tak, osoba będąca w stanie zawiesić obowiązywanie prawa.

A jeśli dwie osoby są w stanie zawiesić prawo?

Wtedy się szachują. Brakuje kogoś, kto może roztrzygnąć spór. A zatem pozostaje nam Hobbesowski stan natury.

Czy nie mieliśmy takiej sytuacji na początku sporu o Trybunał Konstytucyjny, kiedy rządzący blokowali Trybuał, a Trybunał rządzących? Przez pewien czas żadna strona nie mogła przeprowadzić swojego rozwiązania.

Ten problem od początku wpisany był w system Monteskiusza. Przy złych intencjach jednej ze stron można wykorzystać system checks and balances do wzajemnego obezwładniania się władz. W intencji francuskiego filozofa chodziło tymczasem o zmuszenie ich do dialogu, tak żeby ucierały między sobą stanowiska i by skrępować niczym nieograniczoną wolę polityczną i towarzyszącą jej arbitralność.

Schmitt właśnie mocno polemizował z takim rozwiązaniem.

„Res Publica Nowa” pt. Kołakowski. Raj utracony dostępna w księgarni.

Tak, ponieważ mamy do czynienia z dwoma fundamentalnie różnymi spojrzeniami na politykę. Jedno reprezentuje wspomniany wcześniej Monteskiusz, drugie Rousseau. To spór o to, czy naturą polityki jest wielość, czy jedność. Monteskiusz uważał za naturalne, że mamy wiele stanowisk, że istnieją różne grupy społeczne, a ludzie posiadają różne interesy i wyznają różne wartości. W takiej sytuacji polityka polega na budowaniu płaszczyzny porozumienia, szukaniu punktu względnej równowagi. Rousseau natomiast to filozof woli powszechnej. Twierdził, że istnieje coś takiego jak wola całego społeczeństwa, wobec której wola pojedynczej osoby jest nic nie znaczącą jednostkową ekspresją, a w związku z tym musi zostać podporządkowana woli „wszystkich” – suwerennej woli narodu, jak powiedzieliby współcześni zwolennicy tego poglądu.

Schmitt staje w tym sporze wyraźnie po stronie Rousseau. Za najgorsze w systemie liberalnym uznawał zmierzanie wszystkich reguł do tamowania władzy, a nie czynienia jej w pełni „suwerenną”.

I tu pojawia się koncepcja demokratycznej dyktatury, sprawiająca wrażenie paradoksalnej, bo na ogół dyktaturę przeciwstawiamy demokracji. Czym więc ona jest?

Dyktatura – jak słusznie zauważa Schmitt – polega na czasowym zawieszeniu normalnie obowiązujących przepisów. Porządek prawny ma zamilknąć, aby przemawiać (dyktować) mógł dyktator – osoba obdarzona szczególnymi prerogatywami do czasu, aż przywróci w państwie normalny porządek. Po to rozwiązanie sięga się zatem na krótki czas i jedynie w sytuacji skrajnego zagrożenia. Tylko wtedy, gdy spełnione są te warunki, dyktatura jest uzasadniona. Schmitt wyraźnie odgranicza ją od tyranii, która jest uzurpacją władzy.

Jak to się godzi z demokracją?

Wystarczy odwrócić ten pomysł jak koszulę – na lewą stronę. Powołując się na wolę suwerena, rządzący mogą skutecznie obezwładniać pewne instytucje lub wygaszać obowiązywanie niektórych zapisów prawnych. Mogą przedstawiać państwo jako niesuwerenne kondominium obcych mocarstw, a sami pozować na świętych rycerzy, którzy podnoszą naród z kolan. Co więcej, mogą to wszystko zrobić przy szerokim poparciu społeczeństwa – nawet jeśli nie większości, to jego znacznej części. Nieprzypadkowo Platon twierdził, że zwyrodniała demokracja przechodzi w tyranię.

Z tej perspektywy możemy spoglądać na dzisiejszą sytuację, to jasne. Ale czy myśl Schmittowska – w sposób uświadomiony lub jedynie umocowana w podobnym sposobie myślenia – leży u podstaw obecnych projektów politycznych? W przypadku Węgier i Polski mamy demokratyczne poparcie społeczne dla działań, które mają przezwyciężać dotychczasowy imposybilizm.

Reinhart Koselleck, Krytyka i kryzys. Studium patogenezy świata mieszczańskiego. Książka dostępna w ksiegarni za 39 zł.

Nie wiem, czy wspomniani politycy czytują pisma Carla Schmitta. To, co obserwujemy w dzisiejszej polityce, ma jednak w sobie coś z ducha jego pism. Pokazuje też, że potrzebna jest krytyka strony liberalnej. Po wielkim tryumfie w 1989 r. część liberałów nabrała przekonania, że przejściowe geopolityczne zwycięstwo było ostateczym zwycięstwem idei. Kamień filozoficzny został odnaleziony. W gospodarce mamy wolny rynek; w kulturze swobodę indywidualnej ekspresji; w polityce – neutralne światopoglądowo państwo i prawa człowieka. Po stuleciach wojen i rewolucji dotarliśmy nareszcie do happy endu dziejów. Wszystkie te założenia chwieją się na naszych oczach. Odrzucenie utopijnej części liberalnego projektu wydaje mi się więc słuszne. Polityki – sfery, w której zderzają się odmienne interesy i wartości – nie da się zamienić w neutralne administrowanie. Tak nigdy nie było i tak nie będzie.

Krytyka Schmitta jest więc w znacznej mierze uzasadniona. Pokazuje ona niewystarczalność liberalnego porządku prawnego. Tyle, że po stronie antyliberalnej nie widać nowego pozytywnego pomysłu. Ci, którzy (nieraz zaciekle) krytykują „bezalternatywny” liberalizm, sami nie wymyślili dlań żadnej alternatywy.

Nie widać pomysłu na żaden ze wspomianych trzech obszarów – gospodarkę, kulturę i politykę?

Wolny rynek miło się krytykuje…

Z przyjemnością robią to osoby zarówno po lewej, jak i po prawej stronie spektrum ideowego.

I krytyka jest pod wieloma względami słuszna i uzasadniona. Ale czy widzimy realną alternatywę dla rynku poza tym, że niektóre jego mechanizmy trzeba otamować?

Co z kulturą?

Pomysł silnego zakorzenienia w lokalnej wspólnocie („Precz z obcymi!”) to marzenie ściętej głowy. Ci, którzy pragną powrotu mocnych tożsamości, sami są dziećmi upłynnionego, cyfrowego świata. Wykorzenionych można poznać właśnie po tym, jak rozpaczliwie poszukują korzeni.

Czego brakuje w polityce?

Poza tym, żeby „dać łupnia wstrętnym liberałom”? Nie widzę żadnego spójnego pomysłu po stronie antyliberalnej. Obserwujemy rewolucję bez utopii. I to rewolucję paradoksalną, bo w stylu retro, z tradycjonalistycznymi hasłami na sztandarach.

Traktujesz Schmitta jako krytyka liberalizmu odsłaniającego wady liberalnego świata. Jednak nie daje on nam pozytywnej odpowiedzi. Od pewnego czasu w środowiskach liberalnych można usłyszeć głosy krytyczne, ale, jak wspominasz, nie idzie za tym pozytywna wizja. To również niedostatek Twojego tekstu. Zatem co w zamian demokratycznej dyktatury?

„Res Publica Nowa” pt. Umrzeć za liberalizm dosępna w księgarni.

Liberałowie mają tu problem. Uczestniczyłem całkiem niedawno w debacie, w której (między innymi) brali udział profesorowie Marcin Król i Paweł Śpiewak – nestorzy polskiego liberalizmu. Pierwszy opowiadał o liberalizmie w duchu Johna Stuarta Milla, troszczącym się przede wszystkim o jak najszerszą niezależność jednostki w sferze prywatnej. Przyznam, że słuchając Króla, byłem w ciężkim szoku. Z jego wypowiedzi wynikało, że liberałowie w ogóle nie powinni interesować się kwestiami ustrojowymi. Dopóki państwo pozostawia im spokój w życiu prywatnym – wszystko jest OK. Jeżeli liberalizm to polityczna religia człowieka prywatnego, to przepraszam, ale ja się z tego klubu wypisuję.

Paweł Śpiewak mówił o liberalizmie jako metanarracji. Metafizycznie miękkim projekcie swoistego „minimum”, opartego na ideach pluralizmu i tolerancji. To z kolei przepis na zajmowanie przez liberałów wygodnej (i nieznośnej dla całej reszty) pozycji arbitrów politycznych sporów. Pod maską neutralności taki liberał stara się pouczać innych nie tyle „co”, ale „jak” mogą mówić. Jest strażnikiem „poprawności” – a więc trochę cenzorem, trochę cieciem.

U obydwu nestorów polskiego liberalizmu uderzyła mnie intelektualna bezradność wobec tego, co się dzieje.

Ale u Ciebie też nie widać żadnej recepty.

Bo chyba nie ma żadnego prostego rozwiązania. Ale wyobrażam sobie, że możliwy jest inny liberalizm niż ten, z jakim mieliśmy do czynienia przez ostatnie dekady. Liberalizm, który odrzuca wszelkie postaci politycznych prometeizmów. Nie wierzy więc ślepo ani w wolny rynek, ani w emancypację jednostki, ani nie chce zastąpić polityki prawem. Jednocześnie ma mocną podstawę antropologiczną: ujmuje człowieka po Arystotelesowsku, jako zwierzę polityczne. I zarazem uznaje go za podmiot działający w warunkach fundamentalnej niewiedzy – czyli niezdolności do ustalenia jednego, wzorcowego dla wszystkich modelu dobrego życia. U jego podstaw tkwiłaby więc pokora wobec złożoności rzeczy, a nie – prometejska pycha.

Czy to był Twoim zdaniem główny grzech liberałów w ostatnich dekadach?

Zdecydowanie. Mówi się dziś wiele o populizmie, przeciwstawiając go właśnie liberalizmowi. Przepraszam, ale przynajmniej od lat 90. to liberalizm był najmocniej populistycznym nurtem politycznym na szeroko rozumianym Zachodzie. Obiecywał wszystko, niczego nie odmawiał.

Jeśli rozbudza się nadzieję, a potem jej nie spełnia, reakcją będzie nie tylko zrażenie, ale i chęć odegrania się. Po 1989 r. złożono nam zbyt daleko idące obietnice. Dobrym przykładem wydaje mi się tu demokracja, o której tak wiele mówiono. Skoro miała być odpowiedzią na wszystkie problemy, czemu jej zasady miałyby nie zostać zastosowane do systemu sądownictwa czy przejawów globalizacji? Teraz rządzący uzasadniają działania będące wynikiem woli politycznej właśnie demokratyczną legitymizacją. Czy zatem, proponując nowy liberalny projekt polityczny, powinniśmy być bardziej ostrożni w składaniu obietnic?

„Res Publica Nowa” pt. Zdrada dziedzictwa dostępna w ksiegarni.

To problem macherów od polityki. Dla mnie natomiast nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z kryzysem globalizacji opartej na liberalizmie. Liberalizm zachorował na postęp. Spora część liberałów uwierzyła, że Zachód jest wzorem, do którego wszyscy muszą zmierzać. Przed nami miała pozostać trochę ciekawa, a trochę nudna przygoda dołączania mniej lub bardziej krnąbrnych uczniów do tego zwycięskiego rydwanu.

Czy te wielkie obietnice należy zastąpić nowymi? Nie wydaje mi się. Po pierwsze dlatego, że w sukcesach sił przeciwnych liberalizmowi nie ma niczego nieuniknionego. To od nas – a nie od jakichś ukrytych „spiżowych praw dziejów” – zależy, czy będą triumfowały, czy też nie. Po drugie irytuje mnie ten wszechobecny niemal głód „wielkich narracji”. Pragną ich intelektualiści, ale chyba nie zwykli ludzie.

Żyjemy po upadku idei postępu, w głęboko dystopijnych czasach. Trzeba proponować konkretne rozwiązania, dzięki którym państwo będzie sprawne i skuteczne. Być wrażliwym na złożoność rzeczy, a nie obiecywać nowe wspaniałe światy.

W Polsce globalizacja czy liberalizm od początku miały krytyków, którzy mówili, że to nie może się udać. To ich dziś legitymizuje.

Tak, bo odmówiono im – w bardzo nieliberalnym duchu! – choćby częściowej racji; okrzyknięto „oszołomami”, „filozofami skinów” itp. Środowiska lewicowych liberałów do dziś zresztą działają w ramach takiego właśnie, iście manichejskiego, schematu. Z „Gazety Wyborczej” dowiesz się, że problemy Polski zaczynają i kończą się na Jarosławie Kaczyńskim. To jakiś dziwaczny, pseudo-liberalny mesjanizm, którego przedstawiciele – gdy tylko poczują, że są w odwrocie – zaraz wpadają w apokaliptyczne tony.

Ten intelektualy popłoch trochę niepokoi, trochę śmieszy.

Tonem apokaliptyczym rozgrzewającym niektórych liberałów jest porówywanie obecnej sytuacji do tego, co się wydarzyło w Niemczech w okresie międzywojennym.

Kalka weimarska jest bardzo ryzykowna. Nie uważam dzisiejszych polityków za kontynuatorów ówczesnych mrocznych tradycji. Są natomiast bardzo lekkomyślni, tak jak lekkomyślny był Schmitt. „Straszą” wpisami na Twitterze albo mocnymi słowami na wiecu. Nie ma natomiast mowy o politycznym terrorze (a to sugeruje porównywanie ich do bolszewików czy reductio ad Hitlerum). Ich lekkomyślność polega natomiast na tym, że rozbudzając niebezpieczne emocje – strach przed obcymi, nienawiść do elit itd. – mogą przygotowywać grunt pod pojawienie się innych, prawdziwie niebezpiecznych sił. Porządek polityczny zbudowany jest zawsze z łatwopalnego materiału.

Czy istnieje zatem różnica między demokratyczną dyktaturą a demokracją nieliberalną?

Słabość pojęcia demokracji nieliberalnej polega na tym, że jest bardziej niż opisem pewnego stanu faktycznego – jest ono wyrazem przywiązania do wartości liberalnych. Demokratyczna dyktatura jest pojęciem bardziej wyostrzonym; odsłania potencjalność zmian, które obserwujemy. Oto istota obserwowanych przez nas przemian: rządzący chcą móc zawieszać obowiązywanie prawa w dogodnej dla siebie chwili, punktowo.

Wspomniane pojęcie preferuję także dlatego, że to zagranie na nosie postępowym liberałom. Wskazuje ono, że nie możemy myśleć o demokracji jako wehikule wszystkiego, co dobre i szlachetne. Demokracja jest wspaniałym wynalazkiem, ale posiada też wady. I o tym trzeba pamiętać.

Jan Tokarski (1981) – filozof, historyk idei. Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” i kwartalnika „Kronos”. Stały współpracownik „Kultury Liberalnej”. Autor książek, m.in. Zderzenia (2018), Obecność zła. O fliozofii Leszka Kołakowskiego (2016), Czas zwyrodniały (2014)

Fot. Fragment okładki drugiego wydania książki Carla Schmitta Die Diktatur wydanej przez Verlag von Duncker und Humblot w 1928, via Wikimedia Commos (CC0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa