Taniec z gwiazdami, czyli Jan Gehl w objęciach Ryszarda Grobelnego

W czwartek 23 sierpnia odbyło się w Poznaniu tajne spotkanie ze światowej sławy architektem i urbanistą prof. Janem Gehlem. Gehl został zaproszony przez prezydenta Ryszarda Grobelnego na posiedzenie Rady Strategii Rozwoju Miasta Poznania. Nie było […]


W czwartek 23 sierpnia odbyło się w Poznaniu tajne spotkanie ze światowej sławy architektem i urbanistą prof. Janem Gehlem. Gehl został zaproszony przez prezydenta Ryszarda Grobelnego na posiedzenie Rady Strategii Rozwoju Miasta Poznania. Nie było to jednak typowe spotkanie eksperckie, gdyż do Sali Białej Urzędu Miasta zaproszeni zostali przedstawiciele bardzo różnych środowisk: począwszy od radnych miejskich i osiedlowych, przez architektów i akademików, przedstawicieli agend miejskich po… strażaków. My, oczywiście, żadnego zaproszenia nie dostaliśmy.

O tym, po co to spotkanie się odbyło, najlepiej bodaj świadczy tryb zapraszania na nie gości. Miasto wystosowało oficjalną informację o tym, że Gehl do Poznania przyjedzie, ale nie podano do publicznej wiadomości, gdzie i kiedy odbędzie się z nim spotkanie. My dowiedzieliśmy się pokątnie o miejscu i terminie – a po tym, jak wystosowaliśmy do Gehla list (w sprawie przejść podziemnych) i próbowaliśmy się dowiedzieć, czy spotkanie ma charakter otwarty, czy zamknięty, nagle okazało się, że nie potrzeba imiennego zaproszenia, aby móc tam wejść. W środę wieczorem raptem dowiedzieliśmy się, że spotkanie ma charakter publiczny, choć wciąż nie podano do powszechnej wiadomości, gdzie i kiedy będzie miało miejsce. A zatem była to (skąd my to znamy?) otwartość wysoce kontrolowana.

(CC 2.0) roryrory/Flickr
(CC 2.0) roryrory/Flickr

Baza i nadbudowa

To, że prezydent Grobelny zaprasza Jana Gehla – urbanistę, który pod wieloma względami ma pomysły na miasto zgoła odmienne od tego, co robi się w Poznaniu – może wielu dziwić. Niektórzy może pamiętają, że to właśnie książkę Gehla podarowaliśmy prezydentowi Grobelnemu podczas jednej z debat w trakcie kampanii wyborczej w 2010 r. W pewnym sensie więc jesteśmy (nieślubnymi!) rodzicami czwartkowego wydarzenia – regularnie od niemal 5 lat podpowiadamy poznańskim władzom pomysły, które z filozofią Gehla są często zbieżne. Gehl zaczął swoje wystąpienie m.in. od tego, że jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków – w tym na chiński, choć, sądząc po tym, co Chińczycy robią w swoich miastach, to zdaje się, że nikt jednak nie pofatygował się ich tam przeczytać. Czy prezydent Grobelny Gehla czytał – tego nie wiemy. Widzieliśmy, że podczas wystąpienia profesora robił notatki. Widzieliśmy również, że wiele osób obecnych na sali miało ze sobą kopię „Życia między budynkami”, leżącą przed nimi, zaraz obok oficjalnej strategii rozwoju Poznania do roku 2030. Więc zdaje się, że te dwie publikację są dla władz miasta ważne, jako – jak to się kiedyś mówiło – tak zwana „baza” i „nadbudowa”.

Swoje intencje prezydent Grobelny przedstawił już na samym początku, podczas krótkiej prezentacji wprowadzającej do wykładu Gehla. Zaczął od tego, że Euro 2012 się skończyło i potrzebna jest nam nowa wizja rozwoju miasta na kolejne lata. No i że organizacja Euro była eksperymentem, dzięki któremu dowiedzieliśmy się, co da się nowego zrobić – że np. z ulicy Żydowskiej zniknęły samochody i pojawiły się tam ogródki na chodnikach i że z jednej strony to było fajne, bo miasto nieco ożyło, ale z drugiej – restauratorzy są przeciwni zamykaniu tej ulicy dla ruchu samochodowego. Więc trzeba iść na kompromisy. Ale nawiązanie do kontekstu Euro jest tutaj faktycznie kluczowe.Każda władza potrzebuje ideologicznej legitymizacji swoich poczynań. W Polsce przez pierwsze lata po 1989 r. taką „metanarracją” (czyli „nadbudową”) było albo „budowanie demokracji”, albo wprowadzanie kapitalizmu, albo dekomunizacja. Potem na horyzoncie pojawiło się wstąpienie do NATO, a następnie do Unii Europejskiej.

Po 2004 r. należało znaleźć coś nowego – i tutaj bardzo wygodną metanarracją stała się organizacja mistrzostw Europy w piłce nożnej. Nota bene, informacja o tym pojawiła się latem 2007 r. – dokładnie wtedy, gdy notowania światowych giełd już zaczęły spadać, a na amerykańskim rynku nieruchomości pojawiły się pierwsze sygnały o załamaniu. Mimo to w Polsce zakładano, że przyszłość wygląda różowo, a organizacja Euro 2012 – jak ujął to jeden z publicystów – stała się „nowym planem pięcioletnim”, dzięki któremu można było prowadzić własną, partykularną politykę. Zatem zamiast budować linie tramwajowe, które rozwiązałyby realne problemy komunikacyjne w mieście, zbudowano linię mającą oficjalnie przewozić kibiców na mecze, a w rzeczywistości dowodzi ona mieszkańców Poznania do centrum handlowego (nie wymienię nazwy, aby nie uprawiać kryptoreklamy), na którym zarabiają prywatne korporacje. Zamiast przygotowywać się na nadciągający kryzys, my zastawiliśmy się i postawiliśmy się – a po nas, jak mawiała Madame de Pompadour, choćby potop. A ci, co krytykują gigantomanię w czasach kryzysu, to są niepatriotyczni, bo źle życzą polskim piłkarzom. Wiadomo.

Zatem po tym, jak skończył się ostatni plan pięcioletni, władze szukają nowej miejskiej ideologii. Pytanie jednak, dlaczego kandydatem na nową poznańską metanarrację stał się właśnie Jan Gehl? Po dłuższym zastanowieniu, nie jest to w ogóle dziwne. Zaproszenie Gehla wpisuje się w już uprawianą od jakiegoś czasu strategię „ruchów pozorowanych”. To nie kto inny przecież jak prezydent Grobelny powołał, zaraz po tym, jak Komitet Wyborczy My-Poznaniacy otrzymał niemal 10 procent głosów w wyborach samorządowych, Poznański Rych, przepraszam, Poznański Ruch Obywatelski – czyli My-Poznaniacy w wersji light, a raczej w wersji hau-hau (wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: taka jest poprawna wymowa sloganu „Poznań miasto know-how”), czyli wersji marketingowej, pozbawionej treści. Po niemal godzinnym wystąpieniu Gehla prezydent Grobelny wyjaśnił, jak on rozumie filozofię duńskiego urbanisty, i wtedy wszystko stało się jasne. Po pierwsze, prezydent powiedział, że zmiany, o których Gehl opowiadał, czyli przemienienie Kopenhagi z miasta dla samochodów w miasto dla mieszkańców (czyli, w jego rozumieniu, pieszych), zajęło dwa pokolenia (sic! Gehl faktycznie nie jest podlotkiem, ale transformacji Kopenhagi w żadnej mierze nie rozpoczynał jego ojciec) i że u nas też na pewno zajmie to wiele czasu; a po drugie, że należy zaczynać od zmian w sferze mentalności. Czyli: nie mamy zamiaru wdrożyć żadnego z bardzo konkretnych rozwiązań, o których Gehl opowiadał, a będziemy skupiać się na zabiegach czysto symbolicznych. No i będziemy mówić o gehlowskiej wizji „miasta dla mieszkańców” jako o czymś, co można zrealizować tylko w odległej przyszłości, a tu i teraz, to przecież, wicie rozumicie, tego się nie da, bo okoliczności są niesprzyjające, kasa miejska jest pusta, albo „nie ma tradycji” (tak jeszcze niedawno prezydent Grobelny uzasadniał promowanie transportu samochodowego i marginalizowanie transportu rowerowego; jasne: jak przecież wszyscy wiemy, Stary Marych jeździł po mieście dwudziestoletnim Volkswagenem).

Partycypacyjna ściema

Rozdźwięk między bazą a nadbudową świetnie pokazuje sprawa przejść podziemnych w okolicach dworca. Wybraliśmy się na to spotkanie głównie po to, aby zadać Gehlowi pytanie, czy budowanie takowych jest dobrym pomysłem. Pytanie zadał Paweł Sowa z „Inwestycji dla Poznania”, wspominając jednocześnie, że w Poznaniu właśnie trwa ożywiona dyskusja na ten temat. Gehl odpowiedział, że nie zna tego konkretnego przypadku, więc nie może się do niego odnieść, ale może udzielić odpowiedzi ogólnej: generalnie ludzie nie lubią chodzić do góry i na dół po schodach i dlatego w „cywilizowanych miastach” istniejące przejścia podziemne zasypuje się, a przy nowych inwestycjach absolutnie takich się nie buduje. Potem pytania na inne tematy zadawały inne osoby, aż do momentu, gdy dziennikarz „Polityki” Filip Springer zapytał prezydenta Grobelnego o przejścia przy dworcu – czy w świetle wypowiedzi Gehla ma zamiar coś zrobić. Prezydent odpowiedział, że tak jak wspominał profesor Gehl, każdy przypadek należy rozpatrywać osobno, więc i tutaj tak będzie, inwestycja już się zaczęła i nic nie będziemy zmieniać. Czyli: teoria teorią, ale praktyka praktyką, Gehl może sobie gadać, co chce, a my i tak będziemy robić swoje.

A zatem, tak jak Euro miało być kołem zamachowym radykalnej modernizacji Polski i polskich miast (będą autostrady, będą turyści, będą inwestorzy, będą stadiony, które będą zarabiać etc.), tak teraz wizja gehlowska ma stać się takim horyzontem rozwoju miasta – horyzontem, do którego oczywiście nigdy nie dojdziemy. Ale jest też jeszcze jeden powód, dla którego Gehl pasuje idealnie na nowe czasy. O ile ideologia wokół Euro 2012 była ideologią inwestycyjną, tak teraz, gdy kasę na modernizację w większości wydano (Kraków ponoć obecnie zadłuża się, aby płacić pensje nauczycielom), władze miasta szukają ideologii na lata chude. Dlatego po tym, jak już wydaliśmy całą kasę m.in. na wiadukty nad nieistniejącymi drogami, nie mówiąc o bazie dla igrzysk, możemy zacząć mówić, że to mieszkańcy są najważniejsi. Bo i tak nic z tego nie wyniknie, a my przynajmniej będziemy mogli obronić się przed zarzutami, że nie obchodzą nas potrzeby zwykłych obywateli. A jednocześnie, w ramach „dzielenia się władzą z mieszkańcami” (vide pomysły wprowadzenia budżetu pseudo-partycypacyjnego), będziemy mogli na nich (oraz takie instytucje jak rady osiedli czy organizacje pozarządowe) przerzucać niechciane obowiązki, z których już teraz władze nie chcą się wywiązywać. To zresztą nic nowego: niektórzy może pamiętają hasło „małe jest piękne”, które było niezwykle popularne w Polsce w – a jakże! – kryzysowych latach 80. Wtedy też odcinano się od gierkowskiej „gigantomanii” i promowano rozwiązania „na ludzką skalę”. Ekipa Jaruzelskiego próbowała zbliżyć się do obywateli, m.in. przez politykę trzech „S”: samorządności, samodzielności i samofinansowania. Grobelny swój okres gierkowski ma za sobą – po nim pozostanie stadion piłkarski za blisko miliard złotych – a teraz wchodzimy w okres kryzysu. Stąd mała skala, mała urbanistyka, większa partycypacja. Miasto dla mieszkańców. Więc tak jak podczas epoki Euro 2012 prywatyzowaliśmy zyski, tak teraz będziemy uspołeczniać koszty. Bo tak jest u nas rozumiana demokracja.

Nowa czekoladkowa urbanistyka

Drążąc jeszcze głębiej, można doszukać się w zasadzie istotnych punktów stycznych między wizją rozwoju miasta Jana Gehla a polityką Grobelnego. Gehl podczas swojego wystąpienia mówił głównie o tym, że „ludzie” są najważniejsi, ale nigdy nie uściślił, kogo konkretnie ma na myśli. Gdy mówił o tworzeniu przestrzeni publicznej w mieście, to pokazywał krzesełka i stoliki kawiarenek na chodnikach i deptakach – a przecież to nie jest prawdziwa przestrzeń publiczna, w której mogą znajdować i czuć się „swojo” wszyscy, bo żeby tam przebywać, to trzeba mieć pieniądze na konsumpcję. Równie symptomatyczne było wychwalanie polityki Bloomberga w Nowym Jorku za to, że chce on uczynić to miasto najbardziej na świecie „zrównoważonym” środowiskowo. Bo po Manhattanie można teraz jeździć rowerem, a po Broodwayu jeździ mniej samochodów. I co z tego?

Pod rządami Bloomberga Nowy Jork stał się (jeszcze bardziej) spolaryzowany, nierówny ekonomicznie i społecznie. To nie jest absolutnie miasto „przyjazne” dla większości mieszkańców, a ścieżki rowerowe na Manhattanie niewiele dla nich znaczą, bo tam mogą mieszkać tylko ci na prawdę bogaci. Ogromna część osób pracujących na Manhattanie, ze względu na wysokie ceny mieszkań czy wynajmu, tam nie mieszka. Fakt – Nowy Jork ma nieźle działające metro – tyle, że i tak i tak, ze względu na polaryzację społeczną, gro mieszkańców tego miasta spędza codziennie długie godziny na dojazdy. Geografia społeczno-ekonomiczna Nowego Jorku i to co Edward Soja nazywa „niesprawiedliwością przestrzenną” która niejednokrotnie jest wpisana w systemy transportowe (ale nie tylko – podobnie działa tzw. gerrymandering, czyli manipulowanie granicami okręgów wyborczych tak, aby wygrywała partia rządząca – w Polsce próbuje się to zrobić promując jednomandatowe okręgi wyborcze) są o wiele istotniejsze niż to, czy metro przyjeżdża na czas, albo czy jest czyste (w Nowym Jorku jest z tym różnie). Nowojorski system transportowy jest wysoce manhattano-centryczny. Jeśli ktoś mieszka na Queens a pracuje na Brooklynie, to i tak musi przejechać metrem przez Manhattan (co może zająć nawet i godzinę), mimo, że Queens i Brooklyn są dzielnicami ze sobą sąsiadującymi, a Manhattan to wyspa. To Nowy Jork jest archetypem miasta, w którym żyje 1 procent bogatych, a 99 procent mieszkańców nie ma prawa do miasta. I dlatego tam powstał ruch Occupy. Tego Gehl (który Boombergowi doradzał) zdaje się nie widzieć. Ale taka muzyka jest miła dla uszu Grobelnego. Jedną z istotnych kwestii, którą poruszali w dyskusji uczestnicy (m.in. Andrzej Rataj z Rady Osiedla Stare Miasto, ale też minister Agnieszka Kozłowska-Rajewicz), była kwestia kurczenia i starzenia się miast oraz wyludniania śródmieść. Prezydent Grobelny stwierdził zdecydowanie, że nie to jest problemem, ale „pauperyzacja” śródmieść, czyli wyprowadzanie się zamożnych mieszkańców za miejskie peryferia. A potem zadał wprost Gehlowi pytanie o to, jak działać, żeby zwiększać wartość działek w centrum. No tak, przecież wisi nad nami widmo bessy na rynku nieruchomości, więc może Gehl coś tutaj pomoże.

Ponadto niechęć Gehla do modernizmu sprawia, że skupia on się na rozwiązaniach w skali „mikro” – przerabianiu ulic na ścieżki rowerowe, deptaki. To jest klasyczne podejście ze szkoły tzw. nowego urbanizmu, która była popularna w latach 80. i 90., ale która nie jest w ogóle skrojona na wyzwania urbanizacji XXI wieku (a tak było zatytułowane wystąpienia Gehla). Gehl mówi o tym, że po mieście należy chodzić, bo to zdrowe i w ogóle. Może w Kopenhadze. W Poznaniu, częściowo, pewnie też. Ale jak to ma się do najważniejszych współczesnych procesów urbanizacyjnych? Czy w megamieście Lagos, w którym mieszka 16 mln osób, też najważniejsi są piesi? Ja w pewnym sensie nie dziwię się, że Chińczycy nie czytają Gehla – oni mają większe ambicje, m.in. budują największy obszar metropolitalny na świecie, wielkości trzydziestu „większych Londynów” i w którym mieszkać będzie 120 milionów osób. W nowym urbanizmie Gehla nie ma miejsca na szerzej zakrojone projekty modernizacyjne, wymagające większego zaangażowania władz i bardziej odważnej polityki miejskiej. Jestem daleki od wychwalania urbanizacji po chińsku – dość wspomnieć, że ostatnio wybudowali w stolicy Angoli (która jest, nota bene, najdroższym miastem na świecie – kilogram pomidorów może tam kosztować i 50 zł) miasto-widmo wielkości Poznania. Ceny mieszkań dochodzą do 300 tys. dolarów, a połowa ludności Angoli żyje za mniej niż 2 dolary dziennie. Ten absurdalny system z jednej strony dostarcza Chinom surowców naturalnych (Angola ma ogromne złoża ropy, którą płaci Chińczykom), a z drugiej – utrzymuje chińską „maszynę wzrostu” gospodarczego. Fakt, nie ma tam miejsca dla „mieszkańców”, ale nie – jak twierdzi Gehl – dlatego, że zabrał je samochód. Gehl jako przykład pozytywny pokazywał Kopenhagę, gdzie ludzie są zdrowi i szczęśliwi, bo chodzą, a jako negatywny – Houston w Texasie, gdzie wszyscy jeżdżą samochodami i dlatego tam jest największy w USA odsetek osób otyłych. Tyle że problemy współczesnych miast to nie tylko konflikt na osi samochody – piesi. A wybór, jaki przed nami stoi, to nie ten, czy będziemy wysportowani i piękni jak mieszkańcy Kopenhagi lub Nowego Jorku czy otyli i brzydcy jak mieszkańcy Houston. Wyzwania współczesnej urbanizacji są zdecydowanie poważniejsze.

„Nowa urbanistyka” i jej gwiazdy takie jak Gehl są trochę jak Deep Purple – wciąż grają koncerty, ale już głównie stare piosenki sprzed wielu lat – i znajdują się nieco obok procesów, które w tej chwili są najistotniejsze na świecie. Z sali padły dwa pytania, które się do tego odnosiły i dotyczyły globalnego ocieplenia, nasilających się „anomalii pogodowych” i polityki wodnej w mieście (która jest sprawą niezmiernie istotną nie tylko w miastach tzw. Globalnego Południa, ale też i w Poznaniu). Gehl na jedno pytanie odpowiedział, że się nie zna, a na drugie, że go nie rozumie. No i tu właśnie jest pies pogrzebany. Gehl nie ma nic do powiedzenia np. o polityce mieszkaniowej jako wyzwaniu cywilizacyjnym w kraju takim jak Polska, gdzie połowa mieszkań jest przeludniona, a rzeczony „boom budowlany” ostatniej dekady był porównywalny do „siermiężnego” ponoć okresu gomułkowskiego (jeśli chodzi o liczbę oddanych mieszkań), a jest to sprawa o wiele istotniejsza niż przejścia dla pieszych czy elementy małej architektury. Ale mimo to, a może dzięki temu, duński Deep Purple wciąż znajduje fanów. W sytuacji, gdy pieniądze już zostały wydane, „nowa urbanistyka” z jej ograniczonymi ambicjami jest idealnym rozwiązaniem dla prezydenta Grobelnego i może być (choć nie musi) zbieżna z jego pomysłami: promowaniem polityki otwarcie sprzyjającej gentryfikacji oraz ciągłego ograniczania obowiązków i zadań administracji publicznej do małych, często symbolicznych, czy kosmetycznych gestów. Dzięki temu Poznań może stać się wyłącznie bardziej, jak to ujął kiedyś Andreas Billert, „czekoladkowy” we fragmentach. W dyskusji po wykładzie zaczęto rozmawiać o możliwych inwestycjach wokół przebudowy „Kaponiery”. Już sobie wyobrażam, jak przed wyborami prezydent Grobelny otworzy jakąś ścieżkę rowerową, fontannę lub plac zabaw (zbudowany pewnie przez którąś z rad osiedli) i będzie mówił, że to efekt współpracy z Gehlem i nowej filozofii oraz polityki miejskiej w Poznaniu.

Potańcówka w rytmach Deep Purple

To, że spotkanie z Gehlem miało charakter konwentu wyznaczającego nowy kierunek w oficjalnej ideologii władz miasta Poznania, widać było z zachowania osób na sali. Była kawa, były kanapki, ale goście wykazywali się dużą powściągliwością. Najbardziej spięci byli bodaj mundurowi, którzy z racji wykonywanego zawodu świetnie potrafią odczytywać, nawet zakamuflowane i niewypowiedziane wprost, rozkazy z „góry”. Jedyną osobą wykazującą odrobiną luzu był Piotr Voelkel, który też jako jeden z nielicznych (nie wliczając nas) nie był pod krawatem. Gehl zaczął swoje wystąpienie od uwagi autobiograficznej: po tym, jak w latach 60. ukończył architekturę i został wykształcony w duchu modernistycznym, poślubił kobietę, która skończyła nauki społeczne. Dzięki temu odkrył, że miasto to nie tylko budynki, ale też i ludzie. Voelkel podczas dyskusji zaproponował m.in., aby pójść tym tropem i zacząć organizować potańcówki dla studentów architektury i kierunków humanistycznych. Mimo że w kontekście tego spotkania była to uwaga dość zabawna, nie była ona w stanie zakłócić, choć na chwilę, solennej atmosfery. Wiadomo – na mszy świętej nie wolno się śmiać. A zatem potańcówek nie będzie. Prezydent Grobelny do tanga zaprasza Gehla sam, a my mamy się przyglądać, co z tego wyjdzie. No i oczywiście będziemy się przyglądać – obiecujemy równie solennie! Choć zapewne nie będzie to występ tak ekscytujący jak niektóre odcinki pierwszych edycji „Tańca z Gwiazdami”. Gehl co prawda potrafi prowadzić, ma w końcu kompetencje, doświadczanie oraz niekwestionowany urok osobisty, ale nie jesteśmy pewni, czy nasz zawodnik chce i potrafi uczyć się nowych kroków. Pewnie będzie tuptał w miejscu, jak to robił dotychczas, mimo że – jak by to powiedział Piotr Galiński – ma naturalne predyspozycje do dobrego „trzymania ramy”. No i w ogóle – wysoki, szczupły i ma stajla. My absolutnie nie mamy zamiaru być tak złośliwi jak Galiński – raczej będziemy się przyglądać temu nowemu poznańskiemu szoł z dystyngowanym dystansem w stylu Beaty Tyszkiewicz. Nie nam oceniać, czy ktoś potrafi, czy nie, kręcić tyłkiem. No a poza tym, koniec końców, to widzowie zadecydują, kto przechodzi do kolejnego etapu.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa