SZUMER: Koniec Turcji, jaką znamy

Wprowadzenie trzymiesięcznego stanu wyjątkowego i zawieszenie niektórych punktów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka praktycznie uniemożliwi jakikolwiek opór społeczny


„Bu ne hal?” – łapią się za głowę przestraszeni, ale nie tracący dystansu Turcy. Powiedzenie, stosowane, gdy na przykład widzimy znajomego z podbitym okiem oznacza, mniej więcej, „Co się stało”. Żart słowny, ale bardzo trafiony odkąd prezydent Recep Tayyip Erdoğan wprowadził, po środowym spotkaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego stan wyjątkowy czyli OHAL (olağanüstü hal).

– Nadzwyczajna sytuacja w jakiej się znaleźliśmy wymaga nadzwyczajnych środków. Potrzebujemy tych trzech miesięcy by ustabilizować sytuację w kraju – argumentował i przypominał, że działa zgodnie z artykułem 120 tureckiej konstytucji.

Decyzję głowy państwa trudno uznać za niespodziankę. Po nieudanym przewrocie wojskowym, który wybuchł nocą 15 lipca wszyscy spodziewali się, że rząd podejmie szeroko zakrojone działania. Zdziwienie budzić może jedynie fakt, że o wprowadzeniu stanu wyjątkowego zdecydowano niemal tydzień po krwawych starciach, które wstrząsnęły Stambułem i Ankarą (do Izmiru – trzeciego największego tureckiego miasta czołgi nie dojechały, tamtejszy dowódca odmówił wykonania wydanego przez puczystów rozkazu). W międzyczasie ludzie demonstrujący poparcie dla rządu co dzień wychodzili na ulice z flagami – zachęcani z resztą SMS-ami od rządu i prezydenta – by świętować „zwycięstwo demokracji”. Bo rzeczywiście, demokracja w pewnym sensie zwyciężyła: wybranych przez naród rządu i prezydenta nie udało się obalić. Coraz silniejsze są jednak obawy o przyszłość tej demokracji.


O mecenacie idei i filantropii w Polsce – nowy, 224 numer Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi”. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni http://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov

Nikt już nie powie „Nie!”

Turcy są przekonani, że wprowadzenie stanu wyjątkowego siłą rzeczy ograniczy (legalnie!) tak już mocno nadwątlone swobody obywatelskie.

– Na razie jeszcze nie zakazali zgromadzeń bo demonstrują „ich” ludzie. Ale w sobotę ma być w Stambule wiec organizowany przez opozycyjną CHP, założę się, że go zabronią – spekuluje Gizem, wykładowczyni Uniwersytetu Ankarskiego.

Musiała właśnie przerwać wakacje i wrócić do miasta – takie polecenie dostali wszyscy pracownicy tureckiej „budżetówki”. Nie wolno jej też – do odwołania – opuszczać kraju. Ale to i tak nie najgorsze, co mogło ją spotkać. Tysiące jej kolegów w wyniku czystek przeprowadzanych przez rząd, z dnia na dzień zostało bez pracy. Ministerstwo Edukacji zawiesiło 15 tysięcy pracowników i zamknęło 600 szkół oraz cofnęło licencję 21 tysiącom osób uczących w szkołach prywatnych.

– Ci ludzie nie będą mieli gdzie pracować, a nawet jakby mieli, to bez licencji nie mogą. Nie wiadomo z czego będą żyć oni i ich rodziny – mówi Gizem.

Ludzie na razie jeszcze nie protestują (na temat „oczyszczania” kraju ze zwolenników Fethullaha Gülena, stojącego rzekomo za zamachem, krytycznie wypowiada się zaledwie kilku publicystów), bo wciąż są w szoku po ubiegłotygodniowych wydarzeniach. Zwykłych Turków bardziej zajmuje na razie śledzenie aresztowań mundurowych (ponad 6 tys. zatrzymanych żołnierzy, 8 tys. policjantów i setka oficerów wywiadu) i publikowane co chwilę nowe zeznania puczystów niż to, jak odtąd będzie wyglądać ich własne życie.

– Trochę jakby oglądali film szpiegowski. Ale film się kiedyś skończy. Nie będzie za co żyć, nie będzie można kupić gazety, korzystać swobodnie z Internetu a już na pewno nie będzie można wyjść na ulicę i pokazać niezadowolenia – podsumowuje Gizem.

Zawieszone prawa człowieka

Najprawdopodobniej ma rację, bo skala aresztowań przeprowadzonych przez rząd poraziła nawet tych, którzy jeszcze tydzień temu Erdogana wspierali. Gdy świat obiegły zdjęcia skatowanych wojskowych (tych oskarżonych o organizację zamachu), niemiecki minister spraw zagranicznych Frank Walter wyraził nadzieję, że Turcja nie będzie nadużywać prawa i możliwości, jakie daje jej wprowadzenie stanu wyjątkowego i zakończy go jak najszybciej. W odpowiedzi Erdogan… zawiesił w czwartek 21 lipca Europejską Konwencję Praw Człowieka.

– Francja również wprowadziła stan wyjątkowy i zawiesiła konwencję, nie ma w tym nic nadzwyczajnego – oznajmił wicepremier Numan Kurtulmuş, zapewniając jednocześnie, że fundamentalne prawa i swobody obywatelskie nie zostaną ograniczone.

Mało kto wierzy jednak, że tak będzie.

– Oskarżą każdego, kogo zechcą o wszystko o co zechcą. Nikt im nic nie zrobi – mówi Oznur pracująca w punkcie telefonii komórkowej w Stambule.

Trzy lata temu, gdy kraj ogarnęły wielkie antyrządowe protesty związane z planami postawienia w Parku Gezi meczetu, protestowała z innymi na Placu Taksim. Dziś nie widzi możliwości powtórki tamtych wydarzeń.

– To wtedy był moment, by coś w kraju zmienić. Teraz przepadło, i to na długie lata.

– Może i lepiej – uważa Nur, nauczycielka z Antalyi. – Jeśli ktokolwiek powie teraz słowo przeciwko rządowi, albo nie daj Bóg – wyjdzie na ulicę – znowu poleje się krew. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale jesteśmy na krawędzi wojny domowej. Rzadko się modlę, ale teraz proszę Allaha, by do tego nie doszło.


O NATO, przemocy w demokracji oraz wodzie w mieście piszemy w numerach Res Publiki Nowej, Visegrad Insight oraz Magazynie Miasta dostępnych w naszej księgarni!

3-okladki-wiosna-2016


Dziwny zamach

I tak podczas, gdy zwolennicy prezydenta od tygodnia tłumnie wylegają na ulicę (w Izmirze z radości uszkodzili zabytkową Wierzę Zegarową stanowiącą wizytówkę miasta) i nikt – jak to było podczas protestów w Parku Gezi – nie pryska im w twarz gazem łzawiącym i nie rozpędza wodnymi armatkami – ci niezadowoleni z tego, co dzieje się w kraju siedzą cicho w domach i modlą się, by nikt nie przeglądał tego, co udostępniali wcześniej w mediach społecznościowych. Aresztowania objęły już bowiem nie tylko wojskowych i urzędników, ale też ludzi (na razie dwójkę), którzy w noc zamachu wyrazili entuzjazm. Trafią oni przed sąd za obrazę prezydenta. Po tym zresztą, jak telewizyjne stacje pokazały rozwścieczony tłum zwolenników Erdogana, liberalni Turcy zwyczajnie boją się narażać na spotkanie twarzą w twarz z tymi, którzy linczowali puczystów, a podrzynając im gardła krzyczeli „Allahu akbar”. Ci pierwsi uważają jednak, że mieli do tego moralne prawo.

– Taki los spotyka zdrajców ojczyzny. Dobrze, że nie zostaną pochowani na zwykłym cmentarzu, nie zasłużyli na to – uważa Idris.

Mieszka w Izmirze, ale pochodzi z konserwatywnego regionu Elazig. Wścieka się, gdy słyszy, ze pucz był rządową „ustawką”.

– Kilkaset ludzi broniących drzewek w parku to prawdziwy protest a tysiące kładących się na drodze czołgów to teatrzyk?! Ludzie, gdzie wy macie mózgi!

Takich jak on jest znacznie więcej (rząd ma przecież około 50 proc. poparcia). Zresztą nawet ci, którzy jeszcze w piątek twierdzili, ze pucz został sztucznie wywołany i ma posłużyć rządowi do osiągniecia własnych celów, dziś już nie są tego tacy pewni. Sporo Turków uwierzyło, że za zamachem stanu naprawdę stoi przebywający w USA Fethullah Gülen (rząd wystąpił  już o jego ekstradycję), duchowny, który przez ponad 20 lat „przyjaźni” z Erdoganem zyskał w kraju potężną rzeszę zwolenników i stworzył równoległe struktury państwowe.

– Miał wiernych ludzi, pieniądze i możliwości – uważa Çiğdem, pracowniczka jednego z konsulatów. – Nie wiem, jak tych ludzi przekonał, by to zrobili, ale jestem pewna, że ludzie zginęli przez jego rozgrywkę z Erdoganem – zaznacza.

Çiğdem  nie jest fanką prezydenta, ale Gullena nie lubi tak samo.

– Gdyby nawet ten pucz się udał, w kraju nic by się nie zmieniło. Puczyści twierdzili, że walczą o demokrację, ale walczyli o władzę dla Gullena. A to od niego Erdogan nauczył się wszystkiego, co umie.

Tak samo uważa zresztą Tevfik, nauczyciel literatury i poeta o lewicowych poglądach. Od lat chodzi od sądu do sądu oskarżony o nieprzystojne zachowanie (zatańczył na lekcji z uczennicą, odgrywając scenę z książki).

– Gdyby nie to, że sądy są opanowane przez nawiedzonych zwolenników gullena, moja sprawa już dawno by się skończyła. Wiem przecież, że tamta sprawa była tylko pretekstem. Uczyłem młodzież myśleć i zadawać pytania, tacy nauczyciele ani za Gullena, ani za Erdogana nie byli w Turcji w cenie.

Nowi Turcy

– Czy ten zamach był sfingowany nie dowiemy się jeszcze przez długie lata – mówi jeden ze stacjonujących w Turcji zagranicznych żołnierzy.

Sam skłania się ku teorii, że władze wiedziały o nim wystarczająco wcześnie, by rozegrać to po swojemu.

– Pozwolili swoim przeciwnikom w armii działać, a sami się przygotowywali. W niektórych kręgach mówi się, że grupy, które w Stambule wyszły czołgom naprzeciw nie były przypadkowe, że to rodzaj „bojówek”, które wiedziały co robią. Teraz to ich rękami władze będą załatwiać niewygodne sprawy, na przykład protesty – zaznacza. Zresztą nawet, jeśli to po prostu zwykły lud, który spontanicznie wyszedł na ulice to i tak rząd w Ankarze i prezydent nie mają się czym martwić. Skoro tylu obywateli odpowiedziało na wezwanie (nawoływania dochodziły z meczetów i przychodziły w postaci wiadomości tekstowych, plus słynna scena Erdogana mówiącego z ekranu smartfona) rząd poczuł, że ma legitymację do – jak wyraził się sam Erdogan „czyszczenia kraju z zarazy”, jaką jest FETO (Fetullahçı Terör Örgütü – organizacja Gullena). Co gdy już wyczyści i – a wiele na to wskazuje – nikt nie zostanie? Możliwe są różne scenariusze. Ten z Kurdami, których poparcie Erdogan miał przez lata jest już spalony, odkąd rząd bombarduje PKK i kurdyjskie miasta. Alternatywą mogą okazać się Syryjczycy. Zaledwie kilka dni przed wybuchem puczu, prezydent zapowiedział, że niektórzy uchodźcy uzyskają tureckie obywatelstwo i prawo do pracy, łącznie z możliwością zatrudniania na stanowiskach państwowych. Podczas piątkowych wydarzeń ta grupa murem stanęła za Erdoganem pisząc na Facebooku: „Nasz najukochańszy prezydent zagrożony! Śmierć wrogom ojczyzny!”.

Na razie jeszcze Turcja żyje normalnie. Tłumy piją herbatę w knajpkach i grają w tavlę, czasem wrzucając na Facebooka jakiś satyryczny rysunek. Na przykład ten, na którym kobieta w burce sterując rakietą mówi: „Wkraczamy w trzeci miesiąc, trzymajcie się mocno!”. Za trzy miesiące z Turcji jaką znamy zostać może niewiele.

Fot. Protest „Broń swojej republiki”, Plac Gündoğdu, İzmir, 13 maja 2007 | Wikimedia Commons

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa