SZAHAJ: Potrzeba buntu

O wolności, proteście i kryzysie demokracji na świecie z profesorem Andrzejem Szahajem rozmawia Grzegorz Giedrys


Grzegorz Giedrys: W Internecie znalazłem informację, że podpisał się pan pod dwoma listami otwartymi. Czy liczył pan na to, że ten list otwarty coś zmieni, że pana głos ma znaczenie?

prof. Andrzej Szahaj: To musiało być dawno, nie pamiętam. Wie pan, listy otwarte są z reguły niezbyt skuteczne, ale pełnią ważną rolę w społeczeństwie obywatelskim. Powalają wyrazić sprzeciw lub poparcie w ważnych sprawach, usłyszeć głos ludzi, których często osobiście nie znamy, ale z reguły szanujemy. Sygnalizują narastające problemy, w tym sensie pełnią często rolę dzwonka alarmowego dla władzy. Dlatego też niektóre z nich przeszły do historii.

Przeciwko czemu się pan buntuje? Wobec czego zawsze należy się przeciwstawiać?

To zależy od momentu i kontekstu. Najbardziej wkurza mnie niesprawiedliwość i pycha. Mierzi mnie także arogancja i zadufanie ludzi, którym się wydaje, że odnaleźli Prawdę i każdy winien się jej podporządkować. Nie lubię też bezwstydnej dominacji silnych nad słabymi. Mam nieuleczalną skłonność do stawania po stronie słabszych, co wynika pewnie z tego, że wychowałem się na westernie, a nadto pochodzę z tzw. złej dzielnicy, gdzie podwórkowe zasady moralne promowały solidarność i lojalność.

Dlaczego protestujemy? Dlaczego decydujemy się poświęcić nasze bezpieczeństwo i spokój, a nawet czasami zdrowie i życie, aby protestować?

W dużej mierze to sprawa godności. Milczenie wobec sytuacji, które nas oburzają zabiera nam jej cząstkę. Jak powiedział wielki pisarz francuski Albert Camus „Buntuję się więc jestem”.

Jaką naukę możemy wyciągnąć dla siebie podczas takiego protestu? Czego się pan nauczył?

To zależy o jakim proteście mowa. Zdarzył mi się w życiu naprawdę jeden wielki. Wobec poprzedniego systemu. W jego wyniku w pierwszym dniu mojej pierwszej pracy po studiach zapisałem się do „Solidarności”. Było to bodaj w październiku 1980 roku. „Solidarność” to było wspaniałe doświadczenie.

Odnoszę wrażenie, że Polacy lubują się w protestach, blokadach, strajkach, bojkotach. Czy robimy to dobrze? Czy jesteśmy skuteczni? Wobec kogo kierowane są te protesty? Rzeczywiście ludzie liczą na zmianę zdania rządu czy jednak chodzi tutaj jednak o przekonanie nieprzekonanych?

Nie sądzę abyśmy byli tutaj jakoś nadzwyczaj aktywni. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że bliższa jest nam raczej apatia i pogodzenie się z losem. Ostatnie dwadzieścia sześć lat do reszty „sproszkowało” nasze społeczeństwo po wcześniejszej katastrofie stanu wojennego. Zwyciężyła indywidualistyczna strategia radzenia sobie z losem na własną rękę. Straciliśmy wiarę w skuteczność działań zbiorowych. Zupełnie przestaliśmy sobie ufać. Powrócił amoralny familiaryzm, znany z poprzedniego systemu.


O mecenacie idei i filantropii w Polsce – nowy numer Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi”. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni http://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov

Czy nasza odwaga obywatelska wobec tego wszystkiego nie staniała? Zastanawiam się, jak wygląda to zjawisko w USA…

Nie sadzę, aby można to było ujmować tych kategoriach. Protest to wciąż spory wydatek w sensie energii psychicznej. Ludzi zmęczonych codziennym życiem często na to nie stać. Muszą walczyć o przetrwanie. W tym sensie protest to często luksus tych, którzy mają się nieźle. Czasami bywa on jednak także krzykiem rozpaczy tych, którzy nie mają już nic do stracenia. Co do Stanów, to i tam bywa różnie. Okresy budzenia się obywatelskiej aktywności przeplatają się z okresami apatii. Faktem jest jednak, że Amerykanie znacznie bardziej wierzą w swoją moc sprawczą, a przynajmniej wierzyli. To sprawa innej kultury politycznej i innej edukacji. Znają swoje prawa i domagają się ich przestrzegania. Smutne jest jednak to, że od czasu walki o prawa obywatelskie z lat 60-tych dwudziestego wieku, skuteczność ich protestów i wyrażania niezadowolenia jest w zasadzie żadna. To znak czegoś znacznie bardziej generalnego: bezsilności ludzi w różnych zakątkach świata wobec procesów, na które odmawia się im wpływu oraz coraz wyraźniejszej fasadowości demokracji. To, co naprawdę ważne dzieje się poza jej kulisami. Pogłębia to poczucie bezsilności, tak typowe dla naszych czasów. Jednak wyrastający z niej gniew może w ostateczności okazać się groźny.

Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie stały się doświadczeniem pokoleniowym i formacyjnym. Czy w Polsce protesty mają takie samo znaczenie polityczne i historyczne?

Z pewnością takie znaczenie miał ruch Solidarności. Dla mojego pokolenia było to doświadczenie fundamentalne.

A może ludzie cierpią generalnie na brak jakiegoś przeżycia zbiorowego, a Marsz Niepodległości i wiece KOD-u im to dają?

Tak, ma pan rację. W zindywidualizowanym społeczeństwie głód wspólnotowości, choćby odświętnej, jest bardzo wyraźnie widoczny. Czujemy, że bez doświadczeń zbiorowych nasze życie jest niepełne i pozbawione głębszego sensu. Mam skądinąd wrażenie, że powoli dochodzimy do kresu zauroczenia indywidualizmem, wynikającym z entuzjastycznego zaakceptowania gospodarki wolnorynkowej w wersji wyznaczonej ideologią neoliberalną. Może to okazać się czymś dobrym, jeśli np. zaowocuje renesansem poczucia solidarności i odnowieniem zdolności do empatii, ale może też owocować złem, jeśli zdecydujemy się odbudowywać wspólnotowość poprzez poszukiwanie wroga, wewnętrznego czy zewnętrznego. Wszystko zależy zatem od charakteru wspólnoty, którą będziemy chcieli budować. W każdym razie racją miał Arystoteles, gdy mówił, że człowiek to zoon politikon, zwierzę społeczne.  

Dlaczego w Polsce nie ma podobnego ruchu jak Occupy Wall Street?

Moim zdaniem jego pewnym ekwiwalentem jest partia Razem. Warto jednak pamiętać, że polski protest często objawiał się indywidualistyczną strategią emigracji. Buntownicy machnęli ręką na polskie kłopoty i wyjechali. Poza tym kryzys w Polsce nie miał tak ostrego przebiegu jak w Stanach.

Nasi młodzi ludzie mają podobne problemy co ich rówieśnicy w USA. Nie mogą zdobyć pracy, proponuje im się głodowe pensje i skandaliczne warunki pracy, a mieszkanie wiąże się z kredytem na całe życie. Dlaczego nie protestują?

Część protestuje, to właśnie partia Razem. Także poparcie dla innych partii antyestablishmentowych świadczy o tym, że istnieje w Polsce potencjał buntu i protestu wobec status quo. Warto jednak także pamiętać o zgubnym skutku snutej w Polsce od dwudziestu sześciu lat narracji, wedle której żadne zmiany nie są możliwe, albowiem nie istnieje żadna alternatywa. Wmawiano nam, że model kapitalizmu, który przyjęliśmy (z grubsza – anglosaski) jest jedynym możliwym. Rządzić nim miały żelazne prawa ekonomii i każdy kto tego nie rozumiał miał być z definicji niemądry, stygmatyzowano go jako „homo sovieticusa”, populistę albo lewaka. Nastąpiła naturalizacja tego, co społeczne i polityczne. Namawiano nas, aby  system ekonomiczny i społeczny, który stał się naszym udziałem traktować tak, jak traktuje się zmienność pór roku, czyli jako coś na co nikt nie ma wpływu i co przebiega wedle żelaznych praw. Narracja ta okazała się nadzwyczaj skuteczna. Ci, którym się ów system nie podobał, zaczęli wierzyć w to, że to raczej z nimi coś jest nie tak, a nie z systemem samym. Media odegrały sporą rolę w utrwalaniu tego przekonania. Czy np. kiedyś na serio zajęły się sprawą różnych modeli kapitalizmu, w tym zaletami modelu skandynawskiego?  

Kto jest naszym prawdziwym wrogiem? Czego nie dostrzegamy? Przeciwko czemu się w ogóle nie buntujemy?

Na pewno nie państwo, jak to się powszechnie uważa. Raczej wielkie grupy interesu (rodzime i obce), które bezlitośnie wykorzystują wciąż jego słabość (vide problemy ze ściąganiem podatków czy gigantyczna skala samowoli budowalnych na terenach cennych przyrodniczo i krajobrazowo). Nie ufałbym też jakoś nadmiernie wielkim korporacjom, szczególnie internetowym. Nie tylko ograniczają one naszą wolność krok po kroku, poddają nas bezkarnej inwigilacji, ale nadto jeszcze nakłaniają do darmowej pracy (każde kliknięcie jest de facto jej realizacją), na której świetnie zarabiają. Podzielam też powszechnie oburzenie na niektóre praktyki banków i towarzystw ubezpieczeniowych (polisolokaty itd.). Generalnie mam wrażenie, że nastąpiła wyraźna degrengolada moralna kapitalizmu i zamienił się on w „kapitalizm drobnego druku”, system, w którym każdy chce oszukać każdego, a głównym sportem jest polowanie na frajera, którego będzie można oskubać. Warto byłoby zapytać o przyczyny. W moim przekonaniu to wycofanie się państwa z roli regulatora rynku, zawierzenie mocy samoregulacji i samooczyszczenia tego ostatniego, a także zmierzch faktycznego oddziaływania wielkich narracji moralnych, które przez dłuższy czas jakoś cywilizowały kapitalizm, jak chrześcijaństwo czy oświeceniowy humanizm, i nakazywały postrzegać gospodarowanie jako służbę na rzecz społeczeństwa. Tak widział tę sprawę także Adam Smith, uczyniony dziś patronem bezwzględnego turbokapitalizmu. Biedak przewraca się w grobie.

Prościej jest protestować przeciwko państwu czy korporacji?

Zdecydowanie przeciwko państwu. Jest widoczne i dobrze zlokalizowane, a nadto często dziś słabe. Walka z korporacjami, to walka z dużo mocniejszym przeciwnikiem. Dysponuje ogromnymi pieniędzmi i rzeszą najlepszych prawników. Poza tym ostanie trzydzieści kilka lat na świecie, to tryumf skrajnego liberalizmu w postaci libertarianizmu, który nakazuje uznawać państwo za przyczynę wszelkiego zła. Ta niezwykle wpływowa ideologia okazała się nośna przez swą prostotę. Odwróciła wzrok od rzeczywistych przyczyn ludzkich kłopotów, ale wielu ludzi urzekła. Popierają ją, mimo że jest ona de facto skierowana przeciwko ich interesom. To fenomen szczególnie wyraźnie widoczny w USA (vide sukcesy Partii Herbacianej czy ostatnio Donalda Trumpa), w Polsce jednak również obecny.  

Dlaczego tak wielu jest whistleblowerów w polskich korporacjach? Dlaczego ludzie boją się mówić otwarcie o naruszeniu prawa w instytucjach np. kultury?

Ludzie się boją, bo państwo jest słabe i trudno na nie liczyć; z reguły staje po stronie silniejszych (np. w sporach o lokalizację ferm wiatrowych czy walce o prawa lokatorów). Dominującym odczuciem jest samotność. Walka z nieprawidłowościami dla wielu jest donkiszoterią. Czy choć jedna polska afera doczekała się sprawiedliwego rozliczenia? Polacy (i nie tylko) zauważyli, że możni tego świata z reguły wychodzą bez szwanku z wszelkich kłopotów, mają najlepszych prawników na swoje usługi, zaś kłopotami maluczkich nikt się nie przejmuje. Ludzie szybko się uczą. Brak zaufania i złudzeń to wynik bacznej obserwacji rzeczywistości ostatnich dwudziestu sześciu lat. A przecież wcześniej też było źle. Nic tak nie demoralizuje jak brak sprawiedliwości, a my żyjemy w tym stanie od zawsze.

A może powinniśmy protestować przeciwko bardziej podstawowym sprawom jak np. nierówność społeczna, niepewność ekonomiczna, przeciwko przywilejom?

Jasne. Tylko, że z tych protestów nic nie wynika. Z reguły to tylko słowa, słowa, słowa, którymi nikt się nie przejmuje. Dziś wszyscy nieomal zdają sobie sprawę, że neoliberalny kapitalizm zabrnął w ślepą uliczkę (literatura na ten temat jest ogromna), a nierówności w niektórych krajach osiągnęły poziom niemożliwy do zaakceptowania (np. w USA nienotowany od stu lat). I co z tego? Mamy doskonały ogląd rzeczywistości, znamy lekarstwa na nasze schorzenia (nawet ekonomiści się wreszcie obudzili, choć nie wszyscy….). I nic. Czy został usunięty choćby jeden z czynników strukturalnych, które doprowadziły do ostatniego kryzysu? Ani jeden. Zmiana status quo wymagałaby naruszenia interesów tych, którzy de facto rządzą światem. Nigdy na to nie pozwolą. Jeśli taka będzie konieczność kupią kogo trzeba. Jestem pesymistą. Czeka nas w przyszłości jeszcze większy kryzys, a wtedy już naprawdę może być źle.

Kiedy w Toruniu jeden ze społeczników zaprotestował przeciwko nieprawidłowościom związanym z wydawaniem dotacji unijnej na budowę mostu, władze oznajmiły, że to jest zatrzymywanie miasta w biegu. Czy to nie jest typowe stwierdzenie dla liberalnego kapitalizmu – nie kwestionuj niczego, bo gospodarka na tym traci?

Fetysz skuteczności i efektywności ekonomicznej demoluje moralność. Sam rynek jest bytem doskonale amoralnym, o czym wiadomo od dawna i dlatego potrzebuje nadzoru. Podobnie jak cały kapitalizm, który wbudowany ma w siebie mechanizm autodestrukcji. Jednak od kilkudziesięciu lat twierdzi się powszechnie, że nadzór taki jest niewskazany. Z wielkim żalem stwierdzam, że tak bliski mi przez lata liberalizm, kiedyś doktryna głęboko moralna, a nawet emancypacyjna stał się legitymizacją tej sytuacji. Ze smutkiem obserwuję od dawna degrengoladę liberalnych idei, staczanie się liberalizmu do poziomu ideologii uzasadniającej niesprawiedliwość społeczną i egoizm jednostkowy. Towarzyszący zaś prostackiej wizji liberalizmu, tak u nas popularnej,  darwinizm społeczny (każdy odpowiada w pełni za siebie, sukces, jak i klęska są wyłącznie sprawą jednostki, niedostosowani do środowiska turbokapitalizmu i bezwzględnej hiperkonkurencji muszą uznać swą niższość, aby silni i dostosowani mogli cieszyć się w pełni swoim sukcesem), nasz chleb powszedni, uważam za prawdziwą katastrofę. Tak jak swoistą „kulturę upokarzania”, która wspiera się na aksjomacie „poniżam, więc jestem”. Pełno jej wokół nas i w nas.   

Dużo mówi się o braku społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Czy taki zły obywatel może dobrze walczyć o swoje prawa? Czy trzeba być dobrym obywatelem, żeby nasze nieposłuszeństwo było słuszne? Co sprawia, że nasze nieposłuszeństwo jest wiarygodne?

Społeczeństwo obywatelskie w Polsce jest, choć raczej słabe. Zawiódł model preferowany przez nas od początku transformacji, wedle którego instytucje społeczeństwa obywatelskiego miały odciążyć państwo w pełnieniu przypisanych mu funkcji, np. socjalnych. Co do nieposłuszeństwa obywatelskiego, to dosyć ryzykowne narzędzie oporu. Wynalazł je amerykański filozof dziewiętnastowieczny  Henry David Thoreau, który przeciwstawiał się płaceniu podatków i rządowi centralnemu (w rezultacie spędził jedną noc w więzieniu….). Uznawał je bowiem za zło,  stając się w ten sposób patronem amerykańskich libertarian. Choć w niektórych okolicznościach jest ono z pewnością uzasadnione, to trzeba jednak pamiętać, że jego drugą stroną bywa anarchizm. Jego wiarygodność związana jest z autentycznością przekonań na jakich się wspiera i gotowością poniesienia wszystkich konsekwencji jakie z niego wynikają.

Co się dzieje z protestującymi, którzy często protestują? Czy to nas nie uodparnia na kolejne protesty?

Ludzie muszą mieć przekonanie, że ich działania mogą coś zmienić. W dzisiejszym świecie tej wiary prawie nie ma. Zmieniają się rządy, orientacje ideowe przy władzy, a sytuacja większości ludzi się nie zmienia, wręcz się pogarsza (dobrym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie kolejny prezydent, z którym wiązano tak wielkie nadzieje zawiódł). To zniechęca do jakichkolwiek protestów w jakiejkolwiek sprawie. Także nasza polska apatia wynika z doświadczeń ostatnich dwudziestu sześciu lat. Rządziła prawica i lewica, partie i orientacje wszelkiej maści, a kierunek biegu spraw był niezmienny. Trwałość pewnych założeń ideowych związanych z neoliberalnymi mitami (np. że rynek sam najlepiej sobie poradzi z wszystkimi problemami społecznymi, czy że „przypływ podnosi wszystkie łódki”) oraz siła wielkich grup interesu, wobec których były one nad wyraz funkcjonalne okazała się na tyle przemożna, że żadne głębsze korekty polityki nie były możliwe. Obawiam się, że ta lekcja oduczyła nas wiary w siłę sprawczą jakichkolwiek protestów.  

Ludzi gromadzi poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, ale czy to prowadzi do czegoś dobrego? Co się z nami dzieje, gdy protestujemy? Czy protest w słusznej sprawie może przynieść jakieś negatywne skutki? Nie mam na myśli tutaj przemocy, eskalacji konfliktu…

Dopóki protest jest pokojowy, nic złego się nie dzieje. Co do konfliktu, to on z reguły już jest, gdy dochodzi do protestu. Ten ostatni może go co najwyżej uwyraźnić.

A co jeśli protest się nie powiedzie? Na stronie petycje.info jest pełno tego rodzaju wystąpień… Co zrobić ze swoim sprzeciwem, kiedy poniesie porażkę? Jak skanalizować dalej tę energię społeczną?

Klasyczna odpowiedź odsyła do mechanizmów demokracji. Znajdujmy podobnie myślących, zakładajmy partie i walczmy o władzę. Musimy zrozumieć, że nie można być szczęśliwym w nieszczęśliwym społeczeństwie, a obywatelem jest się tylko wtedy, gdy łączy się troskę o swojej sprawy z działaniem na rzecz dobra wspólnego.  

A co jeśli protest staje się zawłaszczony przez polityków i jest polityczny? A jego liderzy robią kariery?

Protest jest ze swej istoty polityczny, trudno więc zabronić politykom brania w nim udziału. Problem polega na czym innym. Spora część z nich w nosie ma protestujących i ich ideały. Protestujący często stanowią jedynie drabinę, po której można wejść, aby potem ją odrzucić. Jeśli polityk nie przejmował się pewnymi sprawami przez lata swego udziału w polityce (np. faktyczną sytuacją pracowników, nierównościami społecznymi czy słabością państwa), to trudno uwierzyć, że teraz doznał olśnienia i w wyniku społecznych protestów postanowił się zmienić. W polityce, jak w życiu problemem jest wiarygodność. Gdy się ją raz utraci, żadne podłączenie się pod jakikolwiek protest jej nie przywróci.

Kiedy protest jest uzasadniony? Dlaczego powinien być pokojowy i publiczny?

Nie ma tutaj żadnej zasady ogólnej. To zawsze sprawa kontekstu, konkretnej sytuacji. Protest powinien być pokojowy, albowiem pokojowe życie razem jest wartością nadrzędną. Możemy się bardzo różnić, ale nikt nie ma prawa używać przemocy, aby skłonić kogoś do zmiany jego stanowiska. To jeden z aksjomatów demokracji, a ta ostatnia nie ma rozsądnej konkurencji w obszarze organizowania życia społecznego i politycznego. Historia przekonuje nas co do tego bardzo dobitnie.

Czy nieposłuszny obywatel powinien ponieść karę np. za niezapłacenie abonamentu telewizyjnego, nielegalne zgromadzenie, zakłócenie spokoju publicznego albo wtargnięcie na czyjś teren?

To problem, z którym nikt sobie dobrze dotąd nie poradził. Z reguły decyduje kontekst, sytuacja. Z jednej strony karanie kogoś za akty obywatelskiego nieposłuszeństwa wynikający z jakichś wyższych racji moralnych okazuje się moralnie wątpliwe i a nadto politycznie przeciwskuteczne, z drugiej strony jednak żadne państwo nie może sobie pozwolić na to, aby akty takie przybrały charakter masowy. Ważne jest czy mamy do czynienia z państwem demokratycznym czy totalitarnym. W przypadku tego pierwszego znalezienie legitymizacji dla aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa jest trudne, w przypadku tego drugiego łatwe. Wynika z tego, że w państwie demokratycznym, w którym władza została uzyskana na drodze demokratycznych wyborów akty tego typu powinny być czymś wyjątkowym, a ich uzasadnienie winno być bardzo staranne i przekonujące, zaś w państwie totalitarnym najdrobniejszy sprzeciw jest uzasadniony i bardzo potrzebny.

Martin Luther King Jr mówił: „Ukarz mnie i ja to zaakceptuję, aby świat dowiedział się, że mam rację, a ty jej nie masz”.

Jego działanie jest dobrym przykładem tego, że nawet w systemie demokratycznym akty obywatelskiego nieposłuszeństwa mogą mieć pozytywne znacznie i moralna siłę. Jeśli walczy się o zmianę status quo w imię racji wyższych, np. zniesienia segregacji rasowej czy niewolnictwa, urastają one do rangi heroicznych czynów, które w ostateczności zmieniają świat na lepsze. Wszak w pewnym sensie takim aktem są działania wszelkich wielkich proroków czy przywódców, którzy często zmieniają bieg rzeczy w sposób uznany później za godzien moralnej aprobaty. Ale trzeba tu być bardzo ostrożnym. Można bowiem także dokonywać ich w imię walki z państwem jako takim, a wtedy stają się wątpliwe, jeśli tylko państwo to kieruje się słusznymi zasadami. Np. bardzo popularny w historii akt nieposłuszeństwa obywatelskiego polegający na niepłaceniu podatków wydaje się nad wyraz wątpliwy moralnie, jeśli tylko uznajemy państwo za dobro wspólne.  

Niektórzy mówią, że nieposłuszeństwo obywatelskie straciło na znaczeniu – zupełnie nie nadaje się do sprzeciwu wobec współczesnych problemów…

Chyba mają rację, choć to zależy co określimy mianem „współczesnych problemów”. Jeśli np. w grę wchodzi stan współczesnego świata, z jego skrajnymi nierównościami i niesprawiedliwościami, to manifestacje i protesty niczego nie są w stanie zmienić. Większość ważnych decyzji zapada poza plecami obywateli i ich protesty są nader rzadko uwzględniane (zobaczmy co się dzieje z negocjacjami w sprawie porozumienia o wolnym handlu pomiędzy USA i Unią Europejską; nikt nie pyta obywateli o zdanie, a umowa ta z pewnością zmieni życie wielu z nich). Ludziom pozwala się pokrzyczeć, pomaszerować, pomanifestować i na tym rzecz się kończy.  W tym sensie demokracja przeżywa bardzo głęboki kryzys. Przegrała z rynkiem kapitalistycznym, wielkimi korporacjami, bankami, lobbystami wszelkiego typu i krótkowzrocznymi interesami polityków, którzy przeważnie interesują się głównie swoją karierą i tym czy znajdą intratne zajęcia po jej zakończeniu, a nie interesami obywateli. Oczywiście są szlachetne wyjątki. W naszej najnowszej historii to chociażby Jacek Kuroń, polityk, który mógł się mylić, ale nikt nie mógł mu zarzucić cynizmu. Ludzi takich w polityce jest za mało. Za to karierowiczów i miernot nie brakuje.

Andrzej Szahaj –  prof. dr hab., dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik Zakładu Filozofii Współczesnej w Instytucie Filozofii UMK.

Grzegorz Giedrys – Publikował m.in. w Nowej Okolicy Poetów, Lampie, Odrze, KARTKACH. Obecnie mieszka w Toruniu gdzie pracuje jako dziennikarz w lokalnej redakcji „Gazety Wyborczej”.

Fot. Martin Luther King Jr podczas marszu na rzecz praw obywatelskich, Waszyngton 1963 | Wikimedia Commons

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa