STAŃKO: Na bezludnej wyspie nie robiłbym nic

Wszyscy chcieliby radości, szczęścia, ale przecież to tylko połowa tego, kim jesteśmy. Jesteśmy zawieszeni między światłem a ciemnością - Z Tomaszem Stańko rozmawia Agnieszka Rosner


Młodziutka Ingeborg Bachmann na początku Dziennika wojennego pisała: „Dni są takie słoneczne. Ustawiłam krzesło w ogrodzie i czytam. Z całą mocą postanowiłam sobie czytać dalej, gdy nadlecą bomby”. Z całego zbioru to jedno zdanie jest uderzające. Nawet kiedy mamy do czynienia z dramatem, w sztuce istnieje coś takiego, co wydaje się ocaleniem. Chciałabym zapytać, czy muzyka też ma w sobie taki potencjał? 

Często o tym rozmyślam. Wszyscy wielcy przywódcy, Aleksandrowie Macedońscy, lub ci, którzy chcieliby być jak on, zwykle mają o sobie bardzo wysokie mniemanie. Być może zrobili wiele dla ludzkości ale jedynie sztuka – nie władza – może dać człowiekowi nadzieję. Absolutnie rozumiem Bachmann i jej gest buntu, kiedy miała już dość ukrywania się… To piękne. Trzeba być odważnym, choć nie aż tak bardzo. Bo przecież, jeśli się zastanowić, było niewielkie prawdopodobieństwo, by bomby trafiły właśnie w tę dziewczynę czytającą w ogrodzie.

Sztuka jest remedium na wszystko. Muzyka wyjątkowo, ponieważ omija całą fabularną warstwę naszej percepcji i dociera wprost do ludzkiej istoty. Jesteśmy zwierzętami, ale na ostatnim stadium ewolucji. Wyrafinowana muzyka – choćby Gustawa Mahlera czy Milesa– już od dawna nie ma w sobie nic z charakteru pieśni ptaków, które śpiewają by przyciągnąć partnera. Niesie natomiast to co bliskie abstrakcji, i to komponent czysto ludzki. 

Wbrew pozorom sztuka więc wcale nie ginie. Choćbym nie wiem jak zarzekał się, że nie lubię popkultury, nie mógłbym twierdzić, że muzyka się nie rozwija. Popowe produkcje stają się coraz bardziej twórcze i wyrafinowane. Ot, Homeland to przecież świetny serial. Artyści starają się, by ich dzieła trafiały do wszystkich. Chciwość, chęć posiadania, która sama w sobie jest normalnym uczuciem, okazuje się tu bardzo pozytywnym zjawiskiem, motorem rozwoju. Pamiętam wyraźnie, od dawna myślałem o tym, jak byłoby wspaniale, gdybym robił muzykę, która podoba się różnym ludziom.  By przyciągały ich nie tylko moje improwizacje, ale również mój wygląd, moje życie, nazwisko, cokolwiek – by zwrócić uwagę jak największej liczby osób. Tylko wtedy moja działalność może mieć szerszy cel. I niejako staje się ważna, również dla mnie. Na bezludnej wyspie nie robiłbym nic.

W historii były jednak takie przypadki, kiedy muzyka zamiast dawać ludziom schronienie czy wyzwolenie wiązała się z czymś złym. Utwory Wagnera bywają utożsamiane z systemem nazistowskim.

Cóż, ale są dobre. To, że sam Wagner wikłał się w mariaż z nazizmem jest tu bez znaczenia. Ludzie są bydlęta, wie pani. Tomasz Mann był szują jak mało który, a przecież był genialnie uzdolniony. Wszystko jest płynne, ale sztuka nie może być „zła”. Niewiele słucham Wagnera, ale to piękna muzyka, muszę przyznać.

Zatem to bez znaczenia czy sztuka namawia do walki, czy do pokoju?

Sztuka jest abstrakcyjna. Może służyć rzeczom praktycznym, często ja sam korzystam z niej w taki sposób. Kiedyś w tym domu, tuż przed ważnym spotkaniem słuchałem kokainizującej muzyki, pobiegłem, wsiadłem w taksówkę i załatwiłem… 

Tak dzieje się na poziomie indywidualnym, gdy jednak przenieść to na wymiar zbiorowy, na poziom konkretnego społeczeństwa, wymiar narodowy? 

Wszystko zależy od tego, co nazywamy sztuką. Czy marsze są sztuką? Oczywiście, że marsze służą władzy. Powiem szczerze, moja osobowość pewne obszary stara się wyłączać z percepcji. Nie rozważam, dlaczego Wagner był sukinsynem. Oczywiście, można szukać przyczyn, są jednak pewne obszary, o których wolałbym nie myśleć.

Chciałabym zapytać o proces komponowania: kiedy tworzy Pan muzykę, jaki w tym wszystkim jest komponent pamięci – ile jest wątków obecnych w pamięci, a ile wybiegania w przyszłość? Jakie znaczenie ma dla Pana pamięć?

Zwykle improwizacja jest przeraźliwie pospolita, ale miewałem momenty, gdy w trakcie grania pewien interwał momentalnie cofał mnie w wyobraźni do czasu, gdy dawno temu w Krakowie słuchałem tej samej sekwencji dźwięków. Czułem, że zanurzałem się w fascynującym i niezwykle dla mnie pięknym wtedy zjawisku. Tak jakbym od razu przedostawał się na poziom osiągalny w stanach niezwykłej aktywności, głębokiej medytacji czy modlitwy. 

Korzystam z pamięci, ale chcę iść przede wszystkim drogą intuicji. Cały czas niezupełnie wiem, jakie są moje kompozycje w jazzie. Moja muzyka jest niewątpliwie spójna, ale nie wiem dlaczego tak jest. I myślę, że lepiej nie wiedzieć. Choć rozumiem kompozytorów, którzy są pewni swoich aranżacyjnych rozwiązań. Wydaje mi się jednak, że na nic nie ma recepty. To właśnie jest w sztuce fascynujące, że w ogóle nie ma recepty. 

Pewna prosta definicja mówi, że sztuka to tylko forma węgla. Nie ma takiego układu fal w kosmosie, który byłyby podobny kompozycjom Milesa. To co malował Van Gogh jest zupełnie inne niż naturalny pejzaż. W naturze wszystkie liście są takie same, istnieją fraktale, schematy przypominające budowle z kostek lego, to wszystko jest matematyczne. W sztuce nie.

Powiedział Pan, że nie próbuje zrozumieć, na czym polega fenomen tego, że coś jest piękne. Natomiast dobierając muzyków, z którymi Pan gra, robi to według jakiegoś klucza?

Intuicji. Używam wyjątkowo dużo intuicji. Jestem takim człowiekiem, robię to konsekwentnie i celowo.

Kolejne już festiwale w „Jazzowej Jesieni” gromadzą artystów z różnych tradycji muzycznych. To daje niepowtarzalny efekt. Skąd przekonanie, by łączyć rzeczy pozornie nie do połączenia? 

Jestem fascynatem kolażu. Przecież to logiczne, że my ludzie jesteśmy bardzo do siebie podobni. Na tej planecie wszyscy pochodzimy z jednego pnia, u zarania było jedno plemię Kromaniońskie. To oznacza, że wszystko jest tym samym w muzyce. Mahler i James Brown. Proust i liryzm okrucieństwa Japonii. Łączenie to również droga na przyszłość.

Mogę połączyć muzykę Senegalu i wątki eskimoskie. Oczywiście, potrzebny jest do tego mój spryt i talent, by miało to ręce i nogi, muszę odnaleźć w tym jakiś głębszy sens brzmieniowy. Dzisiaj, kiedy kręcę się po Metropolitan Museum, zdaję sobie sprawę, że w znanej nam historii sztuki było tylu genialnych artystów i już nic nie da się powiedzieć. Jedyną rzeczą jaka pozostaje, jest kolaż.

To dzieje się również w jazzie. Niezwykle cenię stary jazz, Coltrane’a, Milesa. Lecz co tu teraz te dzieci mają robić? Kolaż! (śmiech)

Czy można zaryzykować tezę, że muzyka jazzowa, improwizacja wyraża tęsknotę do całości, do poczucia tożsamości, do tego, że jesteśmy tym samym? Bo ja prywatnie mam takie wrażenie, słuchając Pana muzyki, że ona w pewien sposób przenosi do rozumienia abstrakcyjnej spójności świata.

To cenny komplement. Ale nie wszyscy muszą tak ją rozumieć. Ktoś powiedział mi, że moja muzyka jest podobna do poezji Szymborskiej. To nieprawda. Kiedy nagrywałem płytę Wisława, muzycy nie znali wierszy poetki, ale grali wspaniale. Podobnie było w przypadku Hommage dla Matki Joanny Kawalerowicza.

Poezja Szymborskiej jest inna niż Pana muzyka, zdecydowanie.

Choć gdzieś u podstawy wszyscy jesteśmy tacy sami. Czy człowiek jest noir czy pełen radości i życia, dobrzy jak Matka Teresa czy źli jak Wagner, to wszystko ostatecznie to samo. 

Cieszę się jednak, że Pani to powiedziała, to dla mnie powód do dumy – taka będzie kiedyś sztuka przyszłości. 

Jaka będzie XV edycja festiwalu „Jazzowa Jesień”?

Każdy szczegół w tym projekcie jest wyrafinowany.

Zawsze podkreślam, mimo że jestem dyrektorem artystycznym, jest to festiwal mój i córki (Anna Stańko – przy. red.). Jesteśmy niezwykle do siebie podobni duchowo. Powtarzam jej: „idź za ciosem, nie bój się powodów, dla których wybieramy tych a nie innych muzyków”. To oczywiście jest u mnie teoretyczne, kiedy przychodzi do działania, zachowuję się rutyniarsko. Robię to poprzez pryzmat mojej estetyki. Kiedy jednak u podstaw tej rutyny jest duch, to musi się udać. Szczęście też wówczas zaczyna pracować.

W tegorocznej edycji zagra m.in. jeden z najlepszych kontrabasistów w historii jazzu,  Dave Holland. Słychać go choćby na płytach Milesa In a Silent Way i Bitches’ Brew. Będzie grał ze swoim trio, gitarzystą Kevinem Eubanksem i perkusistą Obedem Calvaire.  Będziemy mogli usłyszeć również występ tria znakomitego saksofonisty i klarnecisty, hołubionego przez takich artystów jak Pat Metheny, Dave Douglas, czy Dave Holland – Chrisa Pottera. Wydał w tym roku kolejną płytę dla ECM – The Dreamer is the Dream. Na festiwalu wystąpi w fenomenalnym składzie z Reubenem Rogersem na kontrabasie i perkusistą Ericiem Harlandem. 

Ogromnie cieszę się również z udziału dwóch młodych pianistów, Ormianina Tigrana Hamasyana i pochodzącego z Kuby, Davida Virellesa. Hamasyan nagrywa płyty dla najbardziej prestiżowych wytwórni na świece ECM i Nonesuch. Virelles to jeden z najbardziej rozchwytywanych pianistów w nowojorskim świecie muzyki kreatywnej. Łączy ich niezwykle uważne podejście do muzyki swoich korzeni. Szczególnie Virellers – widzę, że on zaczyna szukać siebie. I szuka siebie mądrze i głęboko, z niezwykłą konsekwencją. Zaprezentują mistyczny, świetny skład. 

Ja sam będę grał muzykę Komedy, Requiem i balladę z Noża w wodzie, a w pierwszej części mojego koncertu zagram z Dawudem Virellesem duet – improwizacje.

Ponownie Komeda. Co takiego było w nim, w jego muzyce?

To jest muzyka jak to jesienne światło teraz. I przyzna pani, w pewien sposób łatwiej się myśli, kiedy jesteśmy smutni. 

My przeceniamy trochę światło. Wszyscy chcieliby radości, szczęścia, ale przecież to tylko połowa tego, kim jesteśmy. Jesteśmy zawieszeni między światłem a ciemnością.

Tomasz Stańko – trębacz jazzowy, kompozytor, lider. Jest organizatorem i dyrektorem festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.

15. edycja festiwalu Jazzowa Jesień odbędzie się w dniach 14-19 listopada 2017 r. w Bielsku-Białej.

www.jazzowajesien.pl

Zdjęcie (c) Bielskie Centrum Kultury, L. Cykarski

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa