Stan stosunków transatlantyckich

Przemówienie Komisarz UE na spotkaniu Grupy Bilderberg w Warszawie


Powiększona o państwa Europy Środkowo-Wschodniej Unia Europejska redefiniuje relacje z USA. Nowo powołana komisarz ds. polityki regionalnej – jako pierwsza osoba z Polski na tak wysokim stanowisku w UE – Danuta Hübner przekonuje, że transatlantyckie partnerstwo przez to nie ucierpi, a wręcz ma szansę na wzmocnienie.

Read in English

Szanowni Państwo,

Nie jako ekspert, ale jako praktyk i z pewnością ktoś, komu leży na sercu stan stosunków transatlantyckich, muszę przyznać, że duży procent europejskich polityków przez połowę życia zamartwia się stanem relacji transatlantyckich. Nieco mniejszy procent amerykańskich polityków robi to samo. Pięćdziesiąt lat temu wcale nie było inaczej. Czy mieliśmy rację, martwiąc się wtedy, i czy jest jakiś powód, by bardziej martwić się dzisiaj?

Według mnie istnieje dobry powód, by cały czas pielęgnować te relacje. To nasza jedyna szansa, by obronić wspólne wartości w coraz bardziej niebezpiecznym świecie. Jeśli wrogom liberalnego, wolnego i demokratycznego społeczeństwa uda się wbić klin między Stany Zjednoczone a Europę, to ryzykujemy utratę tego wszystkiego.

Sceptycy, oczywiście, podadzą w wątpliwość to, czy nasze wartości są faktycznie wspólne. Wskażą na różnice między etatystyczną Europą a indywidualistyczną Ameryką, między amerykańskim społeczeństwem z silnymi przekonaniami religijnymi a laicką Europą, między pacyfistyczną miękką siłą Europy a wojowniczą twardą siłą USA.

Całkowicie odrzucam te argumenty. Tym, co nas łączy, jest obrona wolności i nasza wiara w demokrację jako najlepszy sposób obrony tej wolności. Ci z nas, którzy pochodzą z Europy Środkowej i Wschodniej, znają wartość wolności może jeszcze lepiej niż ci, którzy cieszyli się nią znacznie dłużej.

Ale sceptycy tak łatwo się nie poddadzą. A co z Irakiem? – zapytają. Co ze „starą” i „nową” Europą? Nie ma sensu zaprzeczać, że ten epizod wystawił nasze relacje na ciężką próbę.

Dla mnie najgorszym aspektem różnicy zdań w sprawie Iraku był fakt, że niektórzy prominentni politycy po obu stronach Atlantyku zdawali się cieszyć z rysujących się podziałów. Można było odnieść wrażenie, że niektórzy politycy w Stanach Zjednoczonych próbują jeszcze pogłębić już istniejące podziały w Unii Europejskiej; zasadniczo uznali, że z punktu widzenia amerykańskich interesów najlepsza jest podzielona Europa. Natomiast w Europie inni politycy zobaczyli w tym sporze szansę na zademonstrowanie niezależności Europy od USA, czyli czegoś, do czego tęsknią, choć nie są gotowi za to zapłacić.

Pozwólcie, że w tym kontekście powiem, że Europejczycy potrzebowali czasu, żeby zrozumieć, jak głębokim wstrząsem dla Amerykanów były zamachy z 11 września. Podobnie niektórzy Amerykanie potrzebowali czasu, żeby zrozumieć, że nawet największe mocarstwo na świecie potrzebuje sojuszników i multilateralizmu, jeśli nie po to, by wygrać wojnę, to z pewnością po to, by wygrać pokój, co jak wiemy, jest czymś zupełnie innym. Dzisiaj, jak sądzę, oba te fakty są dobrze rozumiane przez decydentów po obu stronach Atlantyku.

Mam poczucie, że wyciągnęliśmy wnioski z Iraku i teraz lepiej się rozumiemy niż przed tym konfliktem. Wolałabym widzieć spór w sprawie Iraku jako część przebiegającego na początku XXI wieku procesu uczenia się (w ten sposób łatwiej przyswoić sobie tę lekcję), niż jako linię uskoku w stosunkach transatlantyckich.

W trzecim punkcie chciałabym powiedzieć, że jeśli mamy razem bronić naszych wspólnych wartości, to z pewnością musimy stawić czoło naszym słabościom.

My Europejczycy często uznajemy amerykańską politykę zagraniczną za dość arogancką i opartą na bardzo uproszczonej wizji skomplikowanego świata – pamiętamy tę słynną uwagę: „to prawda, że oni mają worki pieniędzy, ale to my mamy olej w głowie”. Amerykanie często widzą Europę jako miejsce, w którym panuje straszny bałagan, niezdolne do szybkich decyzji i generalnie pogrążone w wewnętrznych kłótniach – pamiętamy tę inną słynną uwagę o braku numeru telefonu w Europie, pod który można by zadzwonić w sprawie jej polityki zagranicznej.

Sądzę, że po stronie amerykańskiej ten sposób widzenia wynika po części z faktycznych problemów z europejską polityką zagraniczną, po części z niezrozumienia znaczenia miękkiej siły w odróżnieniu od siły militarnej, ale też z błędnego przekonania na temat charakteru Unii Europejskiej. Amerykanie zwykle przykładają amerykańskie kategorie do znacząco innej sytuacji w Europie. Arizona i New Jersey nie mogą prowadzić odmiennej polityki zagranicznej, zatem jak to jest możliwe w przypadku Francji i Polski?! Jak wiemy, Unia Europejska nie jest państwem federalnym z centralnym rządem, i jest mało prawdopodobne, by za naszego życia stała się takowym. To wyjątkowy zbiór instytucji, którym suwerenne państwa przekazały kompetencje w pewnych istotnych obszarach działania.

Ale ten wyjątkowy układ instytucjonalny okazał się zdolny do dokonywania wielkich politycznych przełomów. Ukończenie budowy rynku wewnętrznego, wspólna polityka handlowa i stworzenie unii monetarnej to tylko trzy przykłady w sferze wewnętrznej. Rozszerzenie Unii o kraje Europy Środkowej zaledwie piętnaście lat po upadku komunizmu jest oczywiście, według mnie, największym unijnym tryumfem, z którego wszyscy powinniśmy być bardzo dumni.

To prawda, że w sprawach zagranicznych Unia koncentruje się raczej na miękkiej niż na twardej sile. Państwa członkowskie Unii są od dawna militarnymi „pasażerami na gapę”, korzystającymi z amerykańskiej tarczy ochronnej. Jednak Amerykanie nie doceniają wagi miękkiej siły i wpłacają jedynie drobną część pieniędzy, które Europejczycy inwestują w pomoc na rzecz rozwoju i inne formy miękkiej siły.

Szkoda, że tak się dzieje, ponieważ w polityce zagranicznej powinniśmy raczej przeciwdziałać kryzysom u ich źródła, niż działać jak globalny strażak, który gasi jeden pożar po drugim. Jeżeli nie zajmiemy się problemem biedy i niesprawiedliwości na świecie i nie spróbujemy szerzyć demokracji swoim przykładem i przekonywaniem, to nadal będziemy przechodzić od jednego kryzysu do drugiego.

Ale to prawda, że my Europejczycy nie byliśmy zjednoczeni w wielu kwestiach polityki zagranicznej i naprawdę musimy poradzić sobie z tymi słabościami. Nie stworzymy jednolitej polityki zagranicznej Unii w krótkim czasie; w pewnych kluczowych kwestiach różnice między państwami członkowskimi są zbyt wielkie. Jednak podejmujemy zdecydowane działania w tych wielu obszarach, w których faktycznie mamy wspólne stanowisko, a kluczowym rozwiązaniem instytucjonalnym jest nowa funkcja unijnego ministra spraw zagranicznych, który będzie odpowiedzialny zarówno za czystą politykę zagraniczną na poziomie całej Unii, jak i za rozwój jej miękkiej siły. To prawda, że to nowe rozwiązanie musi zostać jeszcze zatwierdzone w referendach ratyfikujących nową konstytucję Unii, ale zgoda na poziomie rządów stanowiła istotny krok.

W czwartym punkcie chciałabym odnieść się do niedawnego rozszerzenia Unii o osiem krajów Europy Środkowej i dwie wyspy: Cypr i Maltę. Czy to rozszerzenie spowoduje dużą różnicę w polityce zagranicznej Unii Europejskiej i stosunkach transatlantyckich, czy nie? Moja odpowiedź brzmi: „nie” i „tak”!

Moje „nie” odzwierciedla osobiste poczucie, że w większości kwestii nowe państwa członkowskie Unii mają podobne poglądy do starych członków. Spójrzmy na historię mojego kraju, Polski, w ostatnich kilku latach; Polska zgadzała się z niemal wszystkimi decyzjami dotyczącymi polityki zagranicznej podjętymi przez Unię. Nowe państwa członkowskie nie zmienią radykalnie ani treści, ani stylu polityki zagranicznej Unii Europejskiej.

Jednak w mojej odpowiedzi jest też „tak”, będące odbiciem subtelnych różnic, które w końcu mogą okazać się decydujące.

Co do stosunków transatlantyckich, to jestem pewna, że nowi członkowie podzielają mój pogląd, że sojusz między Stanami Zjednoczonymi a Europą ma kluczowe znaczenie dla ochrony naszej wolności i szerzenia pokoju na świecie. Poznaliśmy bezpośrednio wartość amerykańskiego wsparcia przez tamte lata, gdy albo byliśmy zdominowani przez Związek Radziecki, albo, jak w przypadku państw bałtyckich, byliśmy do niego włączeni. Wszyscy też posiadamy znaczące grupy rodaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Wielu z nich wydobyło się z biedy i ucisku dzięki szczodrej Ameryce, która przyjęła ich lub ich przodków jako imigrantów. Te więzy są bardzo głębokie i jeszcze przez wiele kolejnych pokoleń będą wpływały na politykę zagraniczną naszych krajów, ale też Unii jako całości.

Z drugiej strony, nie oznacza to wcale pełnej akceptacji działań amerykańskiej polityki zagranicznej, jeśli z naszej perspektywy wydają się nierozsądne. Wsparcie państw naszego regionu dla interwencji w Iraku nie było jednomyślne, a wsparcie mieszkańców nigdy nie miało charakteru większościowego. Ale oznacza to, że nowe państwa członkowskie uznają dobre stosunki transatlantyckie za stały czynnik pokoju i stabilności, mający większe znaczenie od sporadycznej różnicy zdań w polityce zagranicznej.

Chciałabym wyrazić przekonanie, że niewątpliwie największym sukcesem polityki zagranicznej Unii Europejskiej jest rozszerzenie obszaru pokoju, stabilności i postępu gospodarczego w jej sąsiedztwie. Wielkim tryumfem było powiększenie Unii o kraje Europy Środkowej. Ogromny wpływ na stabilność w Europie południowo-wschodniej wywarł Układ o Stabilizacji i Stowarzyszeniu połączony z ofertą ostatecznego członkostwa w Unii.

Przyjęcie nowych członków doprowadzi, moim zdaniem, do pogłębienia naszych relacji z Europą Wschodnią, z krajami południowego obszaru basenu Morza Śródziemnego i z Bliskim Wschodem, w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Polski rząd będzie z pewnością dążył do silniejszych związków ze wschodem – w końcu jest to szczególne sąsiedztwo Polski. Inne nowe państwa członkowskie Unii będą miały, jak sądzę, podobne poglądy. Rozszerzenie zwiększyło też liczbę państw członkowskich, które wyraźnie opowiadają się za przyjęciem Turcji do Unii, co już widać w Parlamencie Europejskim.

Te nowe fakty to dobra wiadomość z punktu widzenia stosunków transatlantyckich. Także w interesie Ameryki leży połączenie jak największej liczby państw Europy w Unię, w której demokracja i rządy prawa są zagwarantowane. Nawiasem mówiąc, jest to również dobre dla amerykańskiego biznesu. Ten proces stymuluje Europejska Polityka Sąsiedztwa, której celem jest większa zbieżność regulacyjna na całym kontynencie oraz pobudzanie współpracy gospodarczej i wzrostu.

Zatem, w mojej ocenie, rozszerzenie Unii jeszcze wzmocniło stosunki między Ameryką a Europą, które i tak nie cierpią na jakąś nieuleczalną atrofię, tylko czasami przeżywają krótkie okresy osłabienia.

Nowe państwa członkowskie, ale też starzy członkowie, wiedzą, że wolność przyszłych pokoleń oraz pokój i demokracja na świecie zależą od siły tych stosunków. Albo będziemy razem prosperować, albo osobno upadniemy.

Wróć

OPEN DAYS 2012 - OPENING SESSION

 

The health of transatlantic relations

European Commissioner Danuta Hübner adresses the Bilberberg Group

October 15, 2004

The European Union enlarged with Central and Eastern European countries redefines its relationship with the United States. Danuta Hübner, the newly appointed European Commissioner for Regional Policy – the first Pole to hold such a high position in the EU – argues that the transatlantic partnership will not suffer and can even be strengthened.

Ladies and Gentlemen,

Not as an expert, but as a practitioner, and certainly as somebody who cares and often worries about the health of transatlantic relations, I must admit that a large percentage of Europe’s politicians seem to spend half of their lives worrying about the health of the transatlantic relationship. A somewhat smaller percentage in America does the same. Fifty years ago it was no different. Were we right to be worried then and is there any reason to be more worried today?

In my view there is good reason to nurture this relationship all the time. It is our only chance to defend our common values in an ever more dangerous world. If the enemies of a liberal, free and democratic society can force a wedge between the United States and Europe, we risk losing all.

Doubters will, of course, question whether our values are common. They will point to the differences between statist Europe and the individualistic America, between an American society with strong religious beliefs and a somewhat secular Europe, between pacifist soft power in Europe and strident hard power in the US. I reject this entirely.

What unites us is our defense of freedom and our belief in democracy as the best way of defending that freedom. Those of us from Central and Eastern Europe know the value of freedom perhaps better than those who have enjoyed it for far longer.

But the doubters will not give up there. What about Iraq, they will say; what about ‘old’ and ‘new’ Europe? There is no point in denying the strain which this episode has put on the relationship. For me the worst element of this disagreement was the apparent enjoyment of these divisions by some prominent politicians on both sides of the Atlantic. In the States, some politicians seemed to try to make divisions within the European Union even more severe than they already were; basically they believed that a divided Europe is the best sort of Europe for American interests. In Europe other politicians saw this quarrel as a chance to demonstrate Europe’s independence from the USA, something which they long for without being prepared to pay for.

In this context let me say that it has taken time for Europeans to realize what a profound shock September 11th was for the American people. Equally, it has taken time for some Americans to realize that even the greatest power in the world needs allies and multilateralism, if not to win the war then certainly to win the peace, which, as we know is somewhat different. Today I think both these facts are understood by policy-makers on either side of the Atlantic. My feeling is that the lessons of Iraq have been learnt and we now understand each other better than we did before the conflict. I would rather see Iraq as part of an early 21st century learning process (this is an easier concept to deal with) than as a fault line in the trans-Atlantic relationship.

In my 3rd point I would like to say that if we are to work together to defend our common values, then we clearly need to tackle our weaknesses. We Europeans tend to think of American foreign policy as quite arrogant and based on a very simplistic view of a complex world – remember the famous remark ‘it’s true they have the money bags, but we have all the brains’. Americans often think of Europe as being a kind of mess, incapable of taking rapid decisions and generally squabbling amongst ourselves – remember that other famous remark about the absence of a European telephone number on foreign affairs.

On the American side this perception in my view results partly from real problems with European foreign policy, partly from a misunderstanding of the importance of soft power as opposed to military power but also from a misconception about the nature of the European Union. Americans tend to apply American logic to a very different European situation. Arizona and New Jersey can’t have different foreign policies, so how is that possible for France and Poland? As we know, the European Union is not a Federal State with a centralized government and is unlikely to become one in our lifetimes. It is a unique set of institutions to which sovereign governments have delegated authority in certain important areas of policy.

But this unique institutional arrangement has proved itself capable of achieving major policy breakthroughs. The completion of the internal market, the common commercial policy and the creation of the Monetary Union are just three examples in the domestic sphere. In my view, the triumph of the enlargement of the Union to the countries of central Europe only fifteen years after the end of Communism is, of course, the greatest triumph of all, of which we all should be very proud.

In foreign affairs it is true that the Union concentrates on soft power rather than hard power. Member states have for long been military free riders under the American shield. However the Americans underestimate the importance of soft power and contribute only a minute proportion of the money, which the Europeans invest in development aid and other forms of soft power.

This is unfortunate because we must tackle foreign policy crises at their roots rather than acting as a global fireman going from conflagration to conflagration. Unless we tackle world poverty and injustice and attempt to spread democracy through example and persuasion, we will carry on going from crisis to crisis.

But it is true that we Europeans have not been united on many foreign policy issues and we really do need to tackle these weaknesses. We will not create a unified foreign policy in the Union in the short term; the differences between the member states on some key issues are too great. How-
ever, we are taking positive steps in those many areas where we do have common views and the key institutional advance is the nomination of a Union Foreign Minister, who will combine in his responsibility both the pure foreign policy development at the Union level and the use of the Union’s soft power. It is true that this has to be confirmed in the ratification referenda of the new Union constitution, but agreement between governments was an important step.

My 4th point would be the recent enlargement to eight countries in Central Europe and to the islands of Cyprus and Malta. Will this enlargement make a major difference to EU foreign policy and the transatlantic relationship or not? My answer has to be both a no and a yes!

My ‘no’ reflects my feeling that on the majority of issues the new member states hold similar views to the old members. Look at the track record of my country, Poland, over the last few years; it has agreed with almost all the foreign policy decisions taken by the Union.

The new member states are not going to change dramatically either the substance or the style of EU foreign policy. However there is also a ‘yes’ in my answer and this reflects subtle differences, which may eventually prove to be decisive.

On transatlantic relations, the new member states will, I am sure, share my view that the alliance between the USA and Europe is crucial to guarding our freedom and promoting peace in the world.

We know first-hand the value of American support through those years when we were either dominated by the Soviet Union or, in the case of the Baltic countries, part of it. We also all have substantial ex-patriot groups living in the United States, many of whom were helped out of poverty and oppression by a generous America, which accepted them or their forefathers as migrants. These ties are very deep and they will continue to influence foreign policy in our own countries but also in the Union as a whole for generations to come.

On the other hand, this does not mean a blanket acceptance of American foreign policy actions, when they appear to be unreasonable from our perspective. The support by governments in the region for the intervention in Iraq was not unanimous and support in the population never became a majority sentiment. But it does mean that the new member states value good relations across the Atlantic as a permanent factor in peace and stability above the occasional foreign policy dispute.

Let me say that the greatest success of EU foreign policy has undoubtedly been in extending the area of peace, stability and economic progress across its own neighborhood. The enlargement to Central Europe was a great triumph. The stability brought to South-Eastern Europe through the Stabilization and Association Process with the offer of eventual membership of the Union has had a dramatic impact.

The arrival of the new member states will, I believe, ensure that the so-called European Neighborhood Policy deepens our relationship with Eastern Europe and with the Southern Mediterranean and the Middle East. The Polish Government is certainly going to push for stronger links with the east – after all, this is Poland’s particular neighborhood. Other new member states will have similar views. And enlargement has also increased the number of member states who are clearly in favor of Turkish membership of the Union which is already seen in the European Parliament.

These developments are good news for the transatlantic relationship. It is also America’s interest to bind as many of the states of Europe into a Union, in which democracy and the rule of law are guaranteed. This is by the way also good for American business. This process is stimulated by the European Neighborhood Policy that aims at increasing regulatory convergence in the continent and stimulating economic cooperation and growth.

Enlargement has then, in my view, further strengthened a relationship which was in any case not suffering from a terminal decline, but which suffers occasional bouts of weakness. The new member states – but also the old members – know that freedom for future generations and peace and democracy in the world depend on this relationship remaining strong.

We will both either prosper together or fail separately.

Back
fot. European Council / Flickr
Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “Stan stosunków transatlantyckich”

Skomentuj

Res Publica Nowa