ROGOWSKA: Włosi decydują, kogo nie wybrać

Poznaj pole bitwy wyborczej przed niedzielnymi wyborami we Włoszech - jednego z kluczowych państw Unii Europejskiej


  • O wyniku zadecydują niezdecydowani, których liczbę szacuje się na 6 milionów. Nie głosują ci, którzy swego czasu najbardziej uwierzyli przedstawicielom prawicy lub lewicy i potwornie się zawiedli
  • Rządzącą Partię Demokratyczną najbardziej obciąża były premier Matteo Renzi, który po przegranym referendum konstytucyjnym co prawda podał się do dymisji, ale nie zniknął ze sceny politycznej, jak zapowiadał.
  • Program nowo powstałych partii lewicowych Włochom mógłby się spodobać, jednak trudno im uwierzyć w nową propozycję starych polityków, którzy od lat zasiadają w parlamencie, co chwilę zmieniając klubowe barwy, a często również ideały.
  • Włosi nie bez powodu uważają, że UE niewiele robi, by pomóc w rozwiązaniu skutków kryzysu migracyjnego na Półwyspie. Dla prawicowych ugrupowań to dodatkowy argument za eurosceptycyzmem. Niepokoi w tym obozie popularność haseł nacjonalistycznych i faszystowskich.
  • Niezgoda na arogancję władzy, na koalicje, o których przed wyborami mówiło się, że są niemożliwe, na brak propozycji tożsamościowych innych niż te odwołujące się do faszyzmu skłoni zapewne Włochów do zagłosowania na partię antysystemową, czyli Ruch Pięciu Gwiazd.

Scenariusz dla Europy

W niedzielę 4 marca Włosi wybiorą swoich przedstawicieli do parlamentu. Po ubiegłorocznych wyborach w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii teraz czas na czwartą gospodarkę Unii Europejskiej. I choć wybory we Włoszech nie elektryzują tak jak na przykład te we Francji, to warto uważnie przyjrzeć się sytuacji na Półwyspie Apenińskim, ponieważ zgodnie z zasadą Pareta, włoskiego ekonomisty i socjologa, 20% przyczyn powoduje 80% skutków. Należąca do gospodarczej europejskiej czwórki i światowej ósemki Italia ma więc decydujący wpływ na sytuację na kontynencie.

W czwartek Jean-Claude Juncker ostrzegał, że Europa musi przygotować się na „najgorszy scenariusz”, jakim jest „nieoperacyjny rząd” we Włoszech, co też może spowodować zamieszanie na rynkach finansowych w połowie marca. Na te słowa szybko zareagował obecny premier Włoch Paolo Gentiloni oraz tamtejsza giełda – rozpiętość (spread) stóp procentowych włoskich obligacji (BTP) w stosunku do stóp procentowych obligacji niemieckich (Bund) momentalnie wzrosła ze 134 do 138 punktów. Wypowiedź Junckera, choć w kolejnych dniach tłumaczona jako „nieporozumienie”, może okazać się niedźwiedzią przysługą nie tylko dla włoskiej gospodarki, ale i prawicowo-lewicowej koalicji, którą swoimi aluzjami szef Komisji Europejskiej zapewne chciał wesprzeć, ostrzegając przed ugrupowaniami antysystemowymi, takimi jak Ruch Pięciu Gwiazd. „Europa nie może zwolnić, musimy wcisnąć pedał gazu” – przekonywał Juncker.

Kto na starcie? Z kim do mety?

Zgodnie z włoskim prawem na 15 dni przed planowaną datą wyborów nie można publikować sondaży. Wiadomo, że choć o 315 mandatów senatorskich i 630 mandatów poselskich XVIII kadencji ubiegać się będą przedstawiciele 41 list i 2 koalicji, w wyścigu liczyć się będą tylko: koalicja centroprawicowa, koalicja centrolewicowa, Ruch Pięciu Gwiazd oraz Wolni i Równi. W minionych miesiącach każda z pierwszych trzech list oscylowała w okolicach 30%. W ostatnim czasie zaczęły przeważać partie prawicowe, uzyskując nawet 11 punktową przewagę nad rywalami. Sojusz trzech lewicowych partii pod nazwą Wolni i Równi otrzymuje w sondażach około 5-6%. Pozostałe głosy wyborcy oddadzą na ugrupowania, które prawdopodobnie nie dostaną się do parlamentu.

O wyniku zadecydują zatem niezdecydowani, których liczbę szacuje się na 6 milionów.

Nie bez powodu na podium sytuują się koalicje. Nowe prawo wyborcze nazywane Rosatellum bis faworyzuje tego typu rozwiązanie1. Partią, która samodzielnie ma szansę na zdobycie największej liczby głosów jest Ruch Pięciu Gwiazd (M5S). Jego przedstawiciele od miesięcy utrzymują, że ze względu na rosnącą popularność Ruchu prawo wyborcze zostało skonstruowane w taki sposób, by utrudnić im dojście do władzy. Wystąpienie Junckera tylko wzmaga głosy o „spisku establishmentu”.

We Włoszech od lat spada frekwencja wyborcza (w 2013 roku po raz pierwszy spadła poniżej 80% i wyniosła 75,13%) i choć wciąż utrzymuje się na poziomie, o którym w Polsce możemy tylko marzyć, trend jest niepokojący i może wynikać z rezygnacji z głosowania osób, które zawiodły się na popieranych przez siebie partiach. Według Michela Vecchioniego, współautora książki Personalizing politics and realizing democracy, najbardziej przekonani pozostaną w domu. Vecchioni na podstawie przeprowadzonych badań argumentuje, że nie jest prawdą, że do urn nie idzie się z obojętności. Nie głosują ci, którzy swego czasu najbardziej uwierzyli przedstawicielom prawicy lub lewicy i potwornie się zawiedli. Rozdrobnienie sceny politycznej tylko pogłębia uczucie zagubienia. Z badań wynika, że najbardziej decydujący jest pierwszy głos, bowiem z natury jesteśmy rutyniarzami i dążymy do tego, by pozostać wiernymi swojemu pierwszemu wyborowi. Dlatego partie tak bardzo walczą o młodych wyborców. Tymczasem 7 na 10 młodych osób, którzy w ostatniej kadencji nabyli prawa wyborcze, nie pójdzie głosować. 60% młodych osób chce głosować na partie antysystemowe, co we Włoszech przekłada się na głos oddany na Ligę Salviniego bądź Ruch Pięciu Gwiazd.

Podziały na lewicy

Wielu wyborców, nawet jeśli chciałoby zagłosować tak jak podczas swoich pierwszych wyborów, często nie ma takiej możliwości, bo partie z trudem utrzymują swój kształt w miarę upływu kolejnych kadencji. Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie we Włoszech. Sprawująca w ostatnich latach władzę centrolewica w przeciągu ostatniego roku zaczęła rozmieniać się na drobne. „Nowe” partie zaproponowały głównie nowe loga i nazwy, bo trudno mówić o nowych twarzach.

Rządzącą Partię Demokratyczną najbardziej obciąża były premier Matteo Renzi, który po przegranym referendum konstytucyjnym co prawda podał się do dymisji, ale nie zniknął ze sceny politycznej, jak zapowiadał. Z pewnością partia mogłaby liczyć na lepszy wynik, gdyby jej twarzą w tych wyborach był obecny premier Paolo Gentiloni, ale Matteo Renzi pytany o to, kto zostanie szefem rządu, jeśli wybory wygra centrolewica, odpowiada, że „ten, kogo desygnuje prezydent”.

Do tego w ostatnich tygodniach przed wyborami na jaw wyszła afera korupcyjna dotycząca utylizacji odpadów w regionie Kampania, w którą zamieszany był przedstawiciel PD Roberto De Luca. Rządzącym nie pomogła też informacja o tym, że koncern Whirlpool przenosi fabrykę Embraco na północny Włoch do Europy Środkowej. Włoski minister przemysłu Carlo Calenda udał się w tej sprawie na rozmowy do Brukseli, skarżąc się, że przyciąganie inwestycji przez małe państwa jak Słowacja, które otrzymują spore europejskie wsparcie finansowe, same nie ponosząc zbyt dużych kosztów utrzymania infrastruktury, jest nieuczciwą praktyką. Decyzja o przeniesieniu turyńskiej fabryki jest wodą na młyn dla eurosceptyków.

Alternatywą dla PD miało być DP (Demokraci i Postępowi), ugrupowanie utworzone w lutym 2017 roku przez skłóconych z Renzim przedstawicieli Partii Demokratycznej, znane również pod nazwą Artykuł 1 (chodzi o pierwszy artykuł włoskiej konstytucji: „Włochy są Republiką demokratyczną opartą na pracy. Suwerenność należy do ludu, który wykonuje ją w formach i w granicach określonych w Konstytucji”). Demokraci i Postępowi startują w tych wyborach razem z partią Możliwe oraz Włoską Lewicą pod wspólnym szyldem sojuszu Wolni i Równi. I choć ich program wielu Włochom mógłby się spodobać, to trudno uwierzyć w nową propozycję starych polityków, którzy od lat zasiadają w parlamencie, co chwilę zmieniając klubowe barwy, a często również ideały.

Siła prawicy

W sytuacji dużego rozdrobnienia trudno się dziwić, że stabilność reprezentuje powracający niczym książę na białym koniu 81-letni Silvio Berlusconi ze swoją prawicową partią „Naprzód, Italio”. Wchodzi ona w skład koalicji prawicowej, która ma największe szanse na wygraną w niedzielnych wyborach. Oprócz partii Berlusconiego tworzą ją Liga Salviniego (do niedawna: Liga Północna na rzecz niepodległości Padanii), Bracia Włoch oraz My z Italią. Zgodnie z umową koalicyjną tekę premiera obejmie przedstawiciel tej partii, która w ramach koalicji zdobędzie najwięcej głosów. Najprawdopodobniej będzie to przywódca Ligi Matteo Salvini bądź człowiek wskazany przez Silvia Berlusconiego. On sam z pewnością nie obejmie tego urzędu, jako że został skazany za malwersacje finansowe i zgodnie z tzw. prawem Severino jest „niewybieralny”.

Pojawiają się głosy, że przyszłym premierem Włoch może zostać długoletni przyjaciel Berlusconiego, swego czasu jego rzecznik prasowy, a obecnie przewodniczący Parlamentu Europejskiego – Antonio Tajani. Być może dlatego w Europie znowu patrzy się na – zdawałoby się skompromitowanego – Berlusconiego przychylnym okiem. Na tle innych mających szansę na wygraną ugrupowań, jego partia uchodzi za umiarkowaną.

Niepokoi natomiast popularność haseł nacjonalistycznych i faszystowskich, a tych w ramach centroprawicowej koalicji nie brakuje. Od 2014 roku we Włoszech miało miejsce 142 przypadków użycia siły przez neofaszystów i przedstawicieli radykalnej prawicy. I choć lider Ligi i sama Liga zmieniają profil na bardziej „instytucjonalny” – zmiana barwy z zieleni symbolizującej Padanię na urzędowy granat – to wypowiedzi takie jak w Recco w kontekście imigrantów o potrzebie „masowych porządków, ulica po ulicy, dzielnica po dzielnicy, siłowymi metodami, jeśli zajdzie potrzeba” przywodzą na pamięć najstraszliwsze zbrodnie minionego wieku.

Najbardziej zastanawia popularność Ligi na południu, bo choć dziś hasłem Ligi jest „Po pierwsze Włosi”, to jeszcze do niedawna flagowym postulatem ugrupowania było odłączenie bogatej i pracowitej północy od południowców, których przedstawiciele Ligi określali najgorszymi epitetami. Teraz wspólnym wrogiem stali się imigranci i Unia Europejska.

Włosi nie bez powodu uważają, że UE niewiele robi, by pomóc w rozwiązaniu skutków kryzysu migracyjnego na Półwyspie. Dla prawicowych ugrupowań to dodatkowy argument za eurosceptycyzmem. I choć liczba eurosceptyków stale rośnie – w 2016 roku 48% badanych Włochów odpowiadało, że nie ufa Unii – to i tak jest ich mniej niż tych, którzy nie mają zaufania do rządu (78%) i włoskiego parlamentu (76%) – jest to blisko 20% więcej niż w pozostałych krajach UE.

Gwiazda wyborów

Taka sytuacja stwarza pole ugrupowaniom antysystemowym, których podstawowym hasłem jest walka z partiokracją. We Włoszech najpoważniejszą siłą tego typu jest Ruch Pięciu Gwiazd (M5S). Obecnie jego twarzą jest Luigi Di Maio, rówieśnik kanclerza Austrii Sebastiana Kurza (rocznik 1986). To co zarzucają mu przeciwnicy, czyli brak wykształcenia i doświadczenia, dla zwolenników Ruchu Pięciu Gwiazd stało się zaletą i gwarancją zmiany. Początkowo antyeuropejski i antyestablishmentowy Ruch z dnia na dzień kluczy coraz bardziej. W kampanii wyborczej Di Maio odbył tour po Europie, przekonując, że Ruch będzie w stanie dogadać się w Unii, mimo że w Parlamencie Europejskim należy do frakcji eurosceptycznej, której twarzą jest Nigel Farage, lider Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa.

Ruch Pięciu Gwiazd w wyborach w 2013 roku uzyskał 25,3% głosów (4-6 punktów procentowych więcej niż to wskazywały wyniki exit poll, nie wspominając o przedwyborczych sondażach – tu różnica wynosiła 8-15 punktów). W mijającej kadencji ugrupowanie zdobyło popularność m.in. tym, że parlamentarzyści M5S zrezygnowali z połowy bardzo wysokiego wynagrodzenia, przekazując zaoszczędzone w ten sposób pieniądze na niskooprocentowane mikrokredyty dla przedsiębiorców. W ostatnich tygodniach wyszło na jaw, że kilku posłów mimo deklaracji nie przelało określonej kwoty, co nie zmienia jednak faktu, że przez 5 lat M5S zwróciło 23 miliony euro.

Ruch Pięciu Gwiazd był więc opozycją, która wielu Włochom się podobała. I choć znany jest raport Wiceprzewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych amerykańskiego Senatu Bena Cardina, który wskazuje, że Ruch Pięciu Gwiazd oraz Liga wspierane są przez Kreml i rozprzestrzeniają nieprawdziwe informacji w sieci, to jednak problem fake news nie jest we Włoszech tematem rozgrzewającym polityczną dyskusję. Do tego przedstawiciele M5S mówią w taki sposób, by niczego nie zadeklarować, a jednocześnie poruszyć populistyczne struny. Stąd nie deklarują już chęci wyjścia ze strefy euro, choć wciąż krytykują wspólną walutę; od zawsze deklarują, że z nikim nie zawrą koalicji, a w ostatni weekend przed wyborami Di Maio nie wyklucza porozumienia „w stylu niemieckim”. W programie telewizyjnym prominentny przedstawiciel M5S na pytanie, czy jest antyfaszystą nie udziela mimo nalegań jednoznacznej odpowiedzi, twierdząc, że włoska konstytucja jest antyfaszystowska. Ruch Pięciu Gwiazd u sterów rządu jest więc wielką niewiadomą. Może dlatego w Europie najbardziej go się obawiają.

Pole minowe

Poza twardym elektoratem poszczególnych partii, Włosi zastanawiają się na kogo nie oddać głosu. Negatywne wybory są chyba największym ciosem, jaki mógł zostać wymierzony w młodą przecież włoską demokrację. Niezgoda na arogancję władzy, na koalicje, o których przed wyborami mówiło się, że są niemożliwe, na brak propozycji tożsamościowych innych niż te odwołujące się do faszyzmu skłoni zapewne Włochów do zagłosowania na nową – prawdopodobnie niedoszacowaną w sondażach – partię antysystemową, czyli Ruch Pięciu Gwiazd. Będzie to raczej głos „przeciw” aniżeli „za”, ale da on eurosceptycznemu ugrupowaniu władzę w 60-milionowym państwie.

Gabriela Rogowska – redaktorka Res Publiki i Visegrad Insight, tłumaczka. Absolwentka kulturoznawstwa (studia śródziemnomorskie) i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka we Włoszech.

Fot. European People’s Party, (CC BY 2.0)


1 Od ostatnich wyborów prawo wyborcze zmieniło się we Włoszech dwa razy (ustawa Carderoli zwana Porcellum została zastąpiona ordynacją zwaną Italicum, która nie została zastosowana przy żadnych wyborach, a tą z kolei zastąpił system nazwany Rosatellum). Obecna ordynacja wyborcza jest systemem mieszanym i przewiduje, że 37% mandatów w obu izbach przypadnie według ordynacji większościowej i zasady „pierwszy na mecie”, 61% mandatów rozdzielonych będzie według ordynacji proporcjonalnej, a 2% zarezerwowanych jest dla głosów z zagranicy. Głosując na kandydata w okręgach jednomandatowych oddaje się jednocześnie głos na całą listę (nie można oddać głosu dzielonego), co oznacza, że im więcej partii popiera danego kandydata – który ma działać niczym przynęta – tym większe szanse na przejęcie głosów w głosowaniu proporcjonalnym, stanowiącym niemal 2/3 miejsc w parlamencie.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa