ROGOWSKA: Polityka z centrów kongresowych nie ma szans z krzykiem ulicy

Wiece i spotkania na placach zostały wyparte przez konwencje programowe w salach konferencyjnych, a spotkania w domach kultury zamieniono na wystąpienia w studiach telewizyjnych


  • Pokonani zostali najwięksi dotychczas gracze na włoskiej scenie politycznej: lewicowa Partia Demokratyczna (18,72%) i prawicowa Forza Italia Berlusconiego (14,01%). Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) zdobył 32,68% głosów, a Liga Salviniego 17,37%. Jednak Liga startowała w koalicji centroprawicowej, która łącznie uzyskała 37%, a zatem więcej niż walczący samotnie Ruch.
  • Wygrały dwie partie uznawane za populistyczne, które popularność zdobyły, krytykując instytucje, głosząc hasła eurosceptyczne, antyimigranckie, antyestablishmentowe. Wygrały obietnicą lepszego życia, przywrócenia godności i podmiotowości, odsunięcia od władzy zachłannej kasty, która odwróciła się od zwykłych ludzi.
  • Wraz z partiami umiarkowanymi przegrała wiara w zjednoczoną, sprawną i solidarną Europę. Otworzyła się przestrzeń dla nacjonalizmu i ksenofobii, dając zwycięstwo i możliwość utworzenia rządu dwóm ugrupowaniom mającym niejasne powiązania z Kremlem oraz nieoczywistą strategię działania.
  • Brak jednoznacznego zwycięzcy powoduje, że jak nigdy wcześniej utrzymanie ładu politycznego zależy od osobowości i autorytetu prezydenta Włoch.

Porażka systemu

Wyniki wyborów parlamentarnych na Półwyspie pokazują, że Włosi uznali, iż nie mają nic do stracenia oraz że bardziej od eurosceptycznych radykałów boją się dobrze znanego powyborczego pocałunku między lewicą a prawicą. Nie zagłosowali przeciwko systemowi, ale z powodu jego braku. Bo tam, gdzie partie nie są w stanie stanąć na straży własnych wartości, tam trudno o zaufanie wyborców.

Głosowanie odpowiedziało na pytanie, która partia przegrała, ale nie wskazało jednoznacznie zwycięskiego ugrupowania. Pokonani zostali najwięksi dotychczas gracze na włoskiej scenie politycznej: lewicowa Partia Demokratyczna (18,72% do Izby niższej, 19,12% do Senatu) i prawicowa Forza Italia Berlusconiego (odpowiednio 14,01%; 14,42%).

W kampanii wyborczej tylko dwa ugrupowania poniosły na sztandarach nazwisko swojego kandydata na premiera i to one są największymi triumfatorami tych wyborów i teraz toczą spór o palmę pierwszeństwa. Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) zdobył 32,68% głosów do Izby i 32,22% do Senatu, a Liga Salviniego odpowiednio 17,37% i 17,62%. Jednak Liga startowała w koalicji centroprawicowej, która łącznie uzyskała 37% do Izby i 37,49% do Senatu, a zatem więcej niż walczący samotnie Ruch1.

Partie zwykłych ludzi

Wygrały zatem dwie partie uznawane za populistyczne, które popularność zdobyły, krytykując instytucje, głosząc hasła eurosceptyczne, antyimigranckie, antyestablishmentowe. Ale wygrała też obietnica lepszego życia, przywrócenia godności i podmiotowości, odsunięcia od władzy zachłannej kasty, która odwróciła się od zwykłych ludzi. Istotnie mamy tu raczej do czynienia z „ludzizmem” niż „populizmem”, to jest konstrukcją, która nie odwołuje się do jakiejś ideologicznie spójnej wizji ludu, ale do niezdefiniowanego „zwykłego człowieka”.

W ostatnich latach nadużywano we Włoszech słowa „populizm” w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych, przekonując, że swoimi obietnicami odwołują się oni do najniższych instynktów, a kto na nich głosuje nie jest w stanie pojąć złożoności systemu makroekonomicznego i sprzeniewierza się wartościom demokratycznym. Tym, którzy straszyli populizmem zabrakło jednak intelektualnej odwagi i uczciwości, by przeanalizować, na czym polega atrakcyjność populistycznej oferty.

W rezultacie przegrały partie, które zapomniały o empatii i których podstawy ideologiczne były zbyt słabe, by odpowiedzieć na wyzwania współczesnego świata i rzeczywistość dzisiejszych Włoch, również tę prekariacką i zmarginalizowaną. Przedstawiciele centrum i lewicy do fabryk czy też na spotkania z młodymi ludźmi jeździli co najwyżej po to, by zrobić sobie okolicznościowe zdjęcie, nie wsłuchując się i nie reagując na rzeczywiste problemy swoich wyborców. Wiece i spotkania na placach zostały wyparte przez konwencje programowe w salach konferencyjnych, a spotkania w domach kultury zamieniono na wystąpienia w studiach telewizyjnych. Trudno się zatem dziwić, że najsłabsi nie dostrzegli w takiej lewicy swojego sprzymierzeńca, a Matteo Salvini, za którego kadencji poparcie dla Ligi wzrosło z 4% w 2013 roku do 17% w 2018, po wyborach mówił, że jest „dumny z bycia populistą”2. Demokratom zabrakło bowiem zdrowego populizmu, czyli zwykłego spotkania z ludem.

Najgorsze jest jednak to, że wraz z partiami umiarkowanymi przegrała wiara w zjednoczoną, sprawną i solidarną Europę. A w konsekwencji otworzyła się przestrzeń dla nacjonalizmu i ksenofobii, dając zwycięstwo i możliwość utworzenia rządu dwóm ugrupowaniom mającym niejasne powiązania z Kremlem oraz nieoczywistą strategię działania.

Włoski but bez cholewki

Półwysep przedzielił się na pół, odwzorowując linię historycznego podziału sprzed Zjednoczenia Włoch. W dzisiejszym „Królestwie Obojga Sycylii” niepodzielnie panuje Ruch Pięciu Gwiazd. A „Królestwo Piemontu (bez Sardynii)” to władztwo Ligi Salviniego, które rozszerzyło się również na centralne regiony – historycznie niezależne, a tradycyjnie lewicowe.

We Włoszech zmieniła się nie tylko polityczna geografia, ale i demografia. Do niedawna wierzono, że na partie antysystemowe głosują niewykształceni starsi ludzie oraz bezrobotni. I choć rzeczywiście M5S zdobyło najwięcej głosów tam, gdzie jest największe bezrobocie – i z pewnością nie bez znaczenia była obietnica tzw. „płacy obywatelskiej”3, skoro nazajutrz po wyborach mieszkańcy południowych regionów szukali w internecie wyrażenia „reddito di cittadinanza” – to okazuje się, że na Ruch Pięciu Gwiazd zagłosowało więcej osób poniżej 65 roku życia oraz tych z wyższym wykształceniem niż na zadzierającą nosa Partię Demokratyczną.

Wbrew pozorom lewicowy wyborca nie zmienił jednak poglądów; zwyczajnie przestał mieć reprezentację. Włoski skręt w prawo nie jest więc zwycięstwem ugrupowań prawicowych, ale porażką centrum i lewicy. Demokraci przez całą kampanię wyborczą zmuszeni byli do gonienia za nadającymi ton debacie publicznej, wyrazistą Ligą i niewyraźnym Ruchem. Zamiast budować zjednoczony front sił demokratycznych, z miesiąca na miesiąc kłócili się coraz bardziej. Zamiast uderzyć się w pierś, szukali odpowiedzialnych za własne niepowodzenia w innych: populistach, ciemnym ludzie, frustracjach społecznych. Najbardziej więc w tych wyborach dziwi zdziwienie demokratów, że przegrali.

W skórze prezydenta

Na straży poszanowania werdyktu wyborczego, ale też europejskiego kursu Włoch stoi teraz prezydent Republiki, były sędzia trybunału konstytucyjnego Sergio Mattarella, który podczas wystąpienia z okazji Dnia Kobiet wzywał do „odpowiedzialności i postawienia w centrum interesu kraju i obywateli”.

Włosi nie mają długich tradycji demokratycznych ani silnych instytucji, dlatego wyważony i szanowany Mattarella musi wystarczyć do zagwarantowania powyborczego ładu. Jego koncyliacyjny charakter, doświadczenie polityczne oraz przygotowanie jako konstytucjonalisty z tytułem profesorskim będą niezwykle przydatne w nadchodzących tygodniach. Nigdy tak dużo nie zależało od osobowości i autorytetu prezydenta Włoch.

Polityczne puzzle – podejście pierwsze

W najbliższym czasie będziemy świadkami prób ułożenia układanki, której części być może nie składają się w jedną całość. Zarówno lider M5S Luigi Di Maio, jak i przewodniczący Ligi Matteo Salvini już zdążyli proklamować się szefami przyszłego gabinetu, jednak żaden z nich nie dysponuje większością parlamentarną, która mogłaby zapewnić stabilne rządy. Pierwsze posiedzenie nowo wybranego parlamentu odbędzie się 23 marca, co oznacza, że jest jeszcze trochę czasu na rozmowy i negocjacje.

W wystąpieniu po zamknięciu lokali wyborczych oraz w liście opublikowanym w dzienniku „La Repubblica” Luigi Di Maio przekonywał: „Wynik tych wyborów jest post-ideologiczny, wykracza poza schemat prawica-lewica i dotyczy wielkich nierozwiązanych problemów narodowych. Ten wynik dotyczy tematów, nie ideologii. (…) Jesteśmy otwarci na rozmowy ze wszystkimi siłami politycznymi”. Wielu słowa Di Maio uznało za wyciągnięcia ręki do Partii Demokratycznej, która w wyborach uzyskała drugi wynik. Wyważony ton wypowiedzi niejednemu działaczowi i wyborcy demokratów przypadł do gustu, ale jasne jest, że PD nie może sobie pozwolić na wsparcie rządu M5S, i to z kilku powodów.

Po pierwsze jej program wyborczy jest w dużej mierze sprzeczny z postulatami Ruchu. Po drugie niechybnie byłaby oskarżana o „trzymanie się stołków”. Po trzecie każdy sukces takiego rządu zapisywałby się na konto Ruchu Pięciu Gwiazd, doprowadzając do stopniowej anihilacji Partii Demokratycznej.

Do tego dochodzą kwestie osobistych urazów. Zaraz po ogłoszeniu pierwszych wyników przedstawiciel M5S Giovanni di Battista mówił nie bez satysfakcji: „Teraz wszyscy muszą przychodzić na rozmowy do nas”. Ton jego wypowiedzi mógł tylko rozwścieczyć politycznych adwersarzy, bo nikt – a już najmniej politycy – nie lubi być traktowany z góry. W powyborczych rozgrywkach duma i osobiste ambicje mogą okazać się czynnikami przesądzającymi o być albo nie być jakiejkolwiek koalicji. Wszystko jednak wskazuje na to, że M5S umyślnie stosuje taktykę dobrego i złego policjanta, aby z jednej strony pokazać dobrą wolę, a z drugiej nie doprowadzić do koalicji, a w rezultacie – przy ewentualnych powtórnych wyborach – zdobyć jeszcze więcej głosów i rządzić samodzielnie.

Ewolucjonizm polityczny

Warto wspomnieć, że dwa dni po wyborach, 6 marca, Beppe Grillo na swoim blogu opublikował wideo-relację z wystawy „Human+ Przyszłość naszego gatunku”, w którym mówi: „Mechanizm ewolucyjny polega na przystosowaniu się do każdego środowiska. Ponieważ przeżywa nie ten gatunek, który jest najsilniejszy, ale ten, który najlepiej się adaptuje. Dlatego też my jesteśmy trochę chrześcijańską demokracją, trochę prawicą, trochę lewicą, trochę centrum – możemy dostosować się do czegokolwiek. Dlatego zawsze wygramy”.

Z pewnością formacja Beppe Grillo nie zawrze jednak koalicji z Forza Italia, ponieważ kontestowanie jej rządów było głównym powodem, dla którego Ruch powstał, a 81-letni były premier stał się dla Ruchu symbolem przeżartego korupcją, starego systemu. Pozostaje zatem wyłącznie opcja koalicji z Ligą Salviniego. W odpowiedzi na tę ewentualność wielu, zarówno zwolenników, jak i przeciwników Partii Demokratycznej, wzywa demokratów do porozumienia z M5S w imię poczucia odpowiedzialności za kraj, by uniemożliwić dojście do władzy skrajnej prawicy.

Na lewicy bez zmian

Tymczasem Partia Demokratyczna cały czas nie może otrząsnąć się z powyborczego szoku i najwyraźniej nie przygotowała sobie planu B na wypadek, przewidywanej przecież w sondażach, przegranej. Podczas konferencji prasowej – a następnie w wystąpieniu nagranym w stylu Berlusconiego z początku tego wieku – przewodniczący partii Matteo Renzi, podając się do dymisji, ale nie rezygnując ze swojej pozycji (sic!), zapewniał, że PD będzie w nowym parlamencie siłą opozycyjną i nie poprze rządu M5S.

Problem w tym, że jako odchodzący sekretarz partii Renzi nie ma mandatu do tego, by przesądzać o strategii ugrupowania. Natomiast wszystko wskazuje na to, że on sam sonduje teren pod założenie nowej partii wzorowanej na En Marche! Macrona – którą, biorąc pod uwagę częstotliwość używanego ostatnio hashtagu i tytuł wydanej w lipcu 2017 roku książki, nazwie zapewne „Avanti” (Naprzód!).

Porozumienie koalicji centroprawicowej z centrolewicową było hipotezą braną pod uwagę przed wyborami, ale wtedy wszyscy myśleli, że liderem centroprawicy jest Forza Italia, która jako kandydata na premiera proponowała Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Antonia Tajaniego. Jeśli jednak coś jasno wynika z wyborów 4 marca to jest to właśnie niezgoda Włochów na – nieraz już widziane – porozumienie partii określających się jako lewicowe i prawicowe, czyli tak zwane inciucio (neap. szemranie). Tak czy inaczej, koalicja Partii Demokratycznej z centroprawicą pod wodzą Matteo Salviniego jest raczej nie do pomyślenia.

Rząd bez premiera

Dziś najbardziej prawdopodobną koalicją, a zarazem najczęściej dementowaną przez bezpośrednio zainteresowanych, jest natomiast porozumienie pomiędzy Ruchem Pięciu Gwiazd a Ligą Salviniego. Obydwie partie mają zbliżone poglądy w kwestii dyscypliny finansowej, stosunków z Unią Europejską oraz Rosją, reformy emerytalnej, szkolnej oraz w kwestii imigracji. Jednak jako że premier może być tylko jeden, w porozumieniu M5S-Liga ktoś musiałby się podporządkować, a najwyraźniej nikt nie ma na to ochoty. Do tego z powyborczych analiz wynika, że profil i preferencje wyborców M5S i Ligi są rozbieżne. Zatem wielce prawdopodobny byłby odpływ elektoratu, którego każda partia chce uniknąć.

Jakie opcje pozostają? Po pierwsze włoskie prawo nie określa terminu, w którym rząd musi zostać powołany, a do czasu sformułowania nowego gabinetu w sprawach bieżących decyzje podejmuje odchodzący premier, czyli Paolo Gentiloni i to on może zostać przynaglony przez Komisję Europejską do wprowadzenia niezbędnych reform mających na celu obniżenie długu publicznego. Po drugie prezydent Mattarella może zdecydować o oddaniu sterów rządu człowiekowi spoza parlamentu – komuś, kto byłby w stanie sformułować gabinet i zyskać poparcie większości parlamentarnej. Trzecią możliwością jest rozpisanie powtórnych wyborów, licząc na to, że wyłonią one zwycięzcę z większością parlamentarną. Czwartą opcją jest powołanie rządu w celu zmiany ordynacji wyborczej i ponowne pójście do urn. Żadna z opcji nie jest bardziej prawdopodobna od innych. Pewne jest jedno – niezależnie od tego, na kogo wskaże prezydent Mattarella, nawet jeśli będzie to Luigi Di Maio lub Matteo Salvini, ktoś na pewno zawoła, że we Włoszech znów rządzi premier nie wybrany przez naród.

Gabriela Rogowska – redaktorka Res Publiki i Visegrad Insight, tłumaczka. Absolwentka kulturoznawstwa (studia śródziemnomorskie) i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka we Włoszech.

Fot. Giovanni Favia, Beppe Grillo 2011, (CC BY-SA 2.0)


1 Dane z 61374 na 61401 komisji wyborczych w przypadku Izby niższej i 61381 na 61401 w przypadku Senatu. Por. http://www.ilsole24ore.com/speciali/2018/elezioni/risultati/politiche/static/italia.shtml

2  Tymczasem za kadencji Matteo Renziego poparcie dla Partii Demokratycznej spadło z 40% w 2014 roku do 19% w 2018.

3 Chodzi o 780 euro dla bezrobotnych, oraz zapowiedź reformy ośrodków pośrednictwa pracy.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa