Res Publica jest kobietą #2 CIAŁO

W dyskusji o prawach kobiet powraca temat prawa do rozporządzenia własnym ciałem. Przypominamy cztery teksty z archiwum RPN o kobietach, ciałach i prawach


Piekło kobiet 

Uczynić biedną dziewczynę matką, pozbawić ją pracy dlatego, bo się spodziewa macierzyństwa, kopnąć ją z pogardą, zrzucić na nią cały ciężar błędu i jego skutków, i zagrozić jej latami więzienia, jeżeli, oszalała rozpaczą, chce się od tego zbyt ciężkiego na jej siły brzemienia uwolnić — oto filozofia praw, które, aż nadto znać, były przez mężczyzn pisane! Głosić wzniosłe teorie o „prawie płodu do życia”, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka — którą jej „święte” macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa — nie ma dachu nad głową. […]

Jak wszystkie paragrafy wspierające się na obłudzie społecznej, tak i ten godzi jedynie w biedaków. Jest nieetyczny, bo trafia przypadkowe ofiary pośród dziesiątków tysięcy bezkarnych; jest niedemokratyczny, ponieważ zapewnia przywilej bezkarności tym, którzy i tak są uprzywilejowani. […]

Zdaje mi się tedy, że najwyższy jest czas, aby przerwać to zbożne milczenie; aby wydobyć na światło dzienne kwestię tak złożoną, tak trudną, kwestię, w której tyle zawodów ma coś do powiedzenia, w której wreszcie mają chyba prawo głosu ci, a zwłaszcza te, których to prawo dotyczy — kobiety. Postaramy się oświetlić kwestię, zebrać poglądy na nią ludzi co najświatlejszych; postaramy się uświadomić kobiety co do sposobu, w jaki traktują ich najboleśniejsze sprawy panowie prawodawcy. Poprowadzimy, jeżeli będzie trzeba, przed sąd trzydzieści tysięcy kobiet, które oskarżą się same i powiedzą: „Prosimy, zamknijcie nas do więzienia, ale *wszystkie*”! Niech rzecz dojdzie do absurdu. Bo można niedorzeczne prawa jakiś czas cierpieć przez szacunek dla ich dawności, ale nie ma chyba racji od niedorzecznych praw zaczynać.

Więcej http://bit.ly/2lSxW0j


Technologia a sprawa aborcji – 

W dyskusji o prawach reprodukcyjnych kobiet uwzględnia się wiele kategorii z porządku  etyki, medycyny czy polityki społecznej. Na problem aborcji można jednakże spojrzeć również od strony technologii. Nie chodzi tu o technikę samego aktu usunięcia ciąży, ani medyczne aspekty kontroli nad kobietą ciężarną, a o to wszystko, co dzieje się na długo przed pojawieniem się dylematu: usunąć czy też nie?

Zacznijmy od tego, że technologia nie jest neutralna moralnie. Dlaczego? Artefakty, a więc sztuczne wytwory człowieka, tworzone są zazwyczaj w jakimś celu. Cel natomiast może być konstruowany na podstawie intencji twórcy danego przedmiotu.

Peter-Paul Verbeek wskazuje, iż technologia taka jak USG nie jest po prostu instrumentem, ale generatorem nowych dylematów i nowych decyzji, więcej nawet – kształtuje ona nowe podmioty – rodziców i dziecko/dzieci. Czy badanie medyczne może być działaniem w sensie moralnym?

Badanie ultrasonograficzne polega na kreowaniu wizerunku zarodka bądź płodu w macicy na podstawie fal dźwiękowych. Badanie przebiega bezinwazyjnie w sensie fizycznym i pozwala na zobaczenie „wyniku” na monitorze urządzenia. Biorę słowo „wynik” w cudzysłów, gdyż w przeciwieństwie do wielu innych badań medycznych, które najczęściej pokazują dane w postaci wykresów, statystyk czy obrazów zupełnie nieczytelnych dla laika USG jest urządzeniem wyjątkowym. Przyszli rodzice mogą zobaczyć swoje potomstwo w tej postaci, w jakiej akurat obecnie się znajduje.

Nawiązanie osobistej relacji z reprezentacją płodu na monitorze wykorzystywane jest często przez przedstawicielu ruchu antyaborcyjnego, gdyż w przestrzeni publicznej pokazywane są zdjęcia tego, co dzieje się w kobiecej macicy właśnie za pośrednictwem obrazów USG.

Badanie USG, choć niezmiernie ważne z medycznego punktu widzenia, jest jednak niezwykle inwazyjne na poziomie psychicznym i moralnym.

Więcej http://bit.ly/2mhONNL


Kto posiada moje ciało? Rozmowa ze Zbigniewem Szawarskim

Jeżeli moje ciało jest moją własnością, to mogę go swobodnie używać i swobodnie nim dysponować. Jeżeli coś jest moją własnością, mogę to sprzedać, zniszczyć, podarować lub zapisać komuś w testamencie. Jeśli to jest mój samochód, to ja decyduję, co się z nim stanie. Mogę go sprzedać, oddać na złom w całkiem dobrym stanie czy pożyczyć przyjaciołom na czas mojego wyjazdu za granicę. Pojęcie własności prywatnej jest integralnie związane z pojęciem wolności, i w każdym społeczeństwie istnieje system reguł, które wyraźnie określają, co może, a czego nie powinien czynić właściciel ze swoją własnością. A zatem ktoś, kto stanowczo twierdzi, że jego ciało jest jego wyłączną własnością, rości sobie prawo do wolności w jego użyciu i dysponowaniu nim. Nie jest to jednak prawo absolutne, lecz względne. Tradycja moralna, względy religijne, a także prawo wyraźnie określają, co wolno, a czego nie wolno nam uczynić ze swoim ciałem.

Stanowisko to – jasne, proste i zrozumiałe – doskonale odpowiada filozofii wolnego rynku, w którym miarą wartości rzeczy jest pieniądz. Moje ciało jest potencjalnym towarem. Jeśli rzeczywiście jestem właścicielem własnego ciała, to jestem także właścicielem wszystkich jego narządów, tkanek, komórek, płynów organicznych, wydzielin, a także zawartej w każdej komórce swoistej dla mnie informacji genetycznej. Jeśli wszystko to jest moją własnością, znaczy to, że swobodnie mogę tym dysponować. Mogę więc sprzedać moją krew, podarować lub sprzedać nerkę, czy też opatentować charakterystyczną dla mnie informację genetyczną. Zwolennicy tej koncepcji twierdzą, że nie ma nic złego w powstaniu wolnego rynku organów ludzkich – pod warunkiem oczywiście, że zostanie on odpowiednio uregulowany.

Dopiero całkiem niedawno filozofowie zdali sobie sprawę z doniosłej filozoficznie różnicy pomiędzy żywym i martwym ciałem. Nie jestem pewien, kto jest właścicielem i prawomocnym dysponentem mojego martwego ciała. Z całą pewnością jednak moje żywe ciało należy do mnie i tylko do mnie, współtworzy moją tożsamość osobową. Nie jest jednak moją własnością. Nie jestem właścicielem siebie samego. Podobnie jak nie jestem właścicielem mojej żony czy mojej córki. Problem tkwi w znaczeniu zaimka dzierżawczego „moje” i w pojęciu ontologicznego statusu ciała („ciało samo w sobie” i „ciało dla innych”). A zatem – choć nie jestem właścicielem siebie samego – mam niezbywalne prawo do integralności cielesnej, do nietykalności, do autonomii działania. To jest moje ciało i to moje życie. Ja – i tylko ja – decyduję, co się z nim będzie działo. Dopóki jestem w pełni świadom siebie samego, nikt nie może dotknąć mnie bez mojej zgody. Nikt nie może pobrać mi krwi lub wbrew mojej woli poddać mnie badaniom i eksperymentom naukowym. Prawo wyraźnie określa, jakie są prawa pacjenta i w jakich okolicznościach lekarz, kierując się interesem pacjenta, może odstąpić od uzyskania jego zgody na zamierzone działanie terapeutyczne.

Czy państwo może ingerować w moje ciało? W pewnych sytuacjach prawo sankcjonuje przymusowe leczenie. Sankcjonuje też przymusowe szczepienie dzieci. A w krajach, w których istnieje obowiązkowa służba wojskowa, państwo swobodnie dysponuje żywymi ciałami żołnierzy i nie pyta ich o zgodę, gdzie i w jaki sposób pragną umrzeć. Granicę ingerencji wyznacza wówczas różnie rozumiane dobro pacjenta lub dobro ogółu.

Więcej: http://bit.ly/2mBiEBL


Ciała opowiedziane, ciałem opowiadane – 

Patriarchalizm kultury znalazł odwzorowanie w rzeczywistości obozowej. Trudny do przekroczenia, nie był jednak na tyle silny, by nie mógł być adaptowany przez więźniów i więźniarki do swoich potrzeb. Jako ewidentne narzędzie władzy był dla nich szansą na obronę samych siebie.

Prostytutki, postrzegane jako dewiantki, nie mogły liczyć na zrozumienie pozostałych kobiet. Ich cielesność, seksualność, była nie tylko towarem, a wręcz ich tożsamością, od której nie mogły uciec. W rzeczywistości obozowej, gdzie wyróżniki genderowe często przestawały mieć rację bytu, a ciało postrzegane było jako apłciowe, seksualność prostytutek wyjątkowo silnie przypominała, iż w przestrzeni publicznej kobiety pojawiają się jako istoty cielesne. Istnieją, o ile są przedmiotami estetycznej kontemplacji. Istnieją, jeśli są widziane – przez mężczyzn lub kobiety przyjmujące męskocentryczne reguły.

Kobieca cielesność, podszyta erotyzmem, niekiedy oddalała śmierć, dawała szansę na ocalenie tożsamości; odpowiednio zainscenizowana (choć nie do końca przez same kobiety) była walką ze nieustannym zagrożeniem, co wielokrotnie podkreśla Karwowska. Przykład – Szmaglewska w Dymach nad Birkenau opowiada o orkiestrze złożonej z młodych węgierskich Żydówek. Skrzypaczki, grając wesołe melodie, gdy obok przechodzili ludzie kierowani do komór gazowych, stawały się rzeczniczkami piękna w świecie niezmierzonego okrucieństwa. Grały, a jednocześnie tańczyły. Taniec w obozie oznaczał odzyskanie własnego ciała, scalał, przypominał o indywidualności, jednostkowości.

Więcej http://bit.ly/2mf8W5u

Numer Res Publiki o władzy i medycynie dostępny jest w naszej księgarni
Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa