Reporterzy Samozwańcy: Kuba, jakiej nie poznacie

Na Kubie ma właśnie miejsce prawdziwa rewolucja internetowa. Oczywiście Internet nie jest jeszcze darmowy, tylko, jak na Kubę przystało, na kartki.


Przyjazd papieża Franciszka na Kubę zmobilizował dziennikarzy i podróżników-zapaleńców do odwiedzenia tego państwa, by obserwować dynamiczne zmiany. Kuba się zmienia, ale jest teraz w okresie rewolucji internetowej bardziej niż dyplomatycznej. To ostatnie dni Kuby, którą znamy – mówią Reporterzy Samozwańcy w rozmowie z Anną Kiedrzyńską-Tui.

Anna Kiedrzyńska-Tui: Do tej pory byliście w Maroku, w obozie imigrantów w Calais we Francji, a teraz wróciliście z Kuby, którą odwiedzał papież Franciszek.
Anna Tomaśko: Kuba była wyjątkowa – byliśmy tam bez wiz dziennikarskich, trochę „na lewo”. Z wizami turystycznymi mogliśmy być dużo bliżej mieszkańców wyspy, ale istniało też ryzyko konfiskaty sprzętu, bo przecież nagrywaliśmy bez zezwoleń… Na początku było to stresujące, ale z każdym dniem strach mijał. Z walki o wizy dziennikarskie zrezygnowaliśmy – po pierwsze dlatego, że baliśmy się, że ich w ogóle nie dostaniemy, po drugie – chcieliśmy być jak najbardziej „niewidoczni” dla kubańskich władz. Dzięki temu mogliśmy wmieszać się w tłum, włóczyć po slumsach Hawany wyczekiwać Papieża Franciszka – 7 godzin w słońcu, w tłumie, a nie w klimatyzowanym centrum prasowym.

Czy wizyta Franciszka będzie motorem zmian społeczno-obyczajowych na Kubie? Znamy z historii takie kluczowe wizyty, momenty przełomowe, które nadają nowy kierunek nastrojom społecznym.
A.T.: Moim zdaniem nie jest to takie oczywiste… Podczas wizyty Papieża na Kubie starałam się śledzić komentarze międzynarodowych ekspertów. Wielu z nich mówiło, że ta pielgrzymka ma ogromne znaczenie. I na pewno miała – ale moim zdaniem na poziomie czysto „ludzkim”. Kubańczycy cieszyli się z wizyty Franciszka. Tym bardziej, że to „ich” papież – z Ameryki Środkowej, mówiący sporo o problemach biednych ludzi. Natomiast jeśli mówimy o pielgrzymce w kontekście przemian politycznych to pewnie można ją odbierać jako przypieczętowanie bardzo ważnego i ciekawego dla Kuby momentu – wznowienia stosunków z USA i nowego „otwarcia” – ale nie jako jej przyczynę.

Patryk Michalski: Na wizyty papieskie komentatorzy patrzą z dystansu, wybiegają w przyszłość. My żyliśmy emocjami chwili, obserwowaliśmy zachowania w tłumie, komentarze ludzi, którzy czekali kilkanaście godzin. Dlatego wiemy, że Kubańczycy patrzyli na Franciszka jak na człowieka, którego znają z telewizji. Jego wizyta to symbol, ale na pewno nie wydarzenie przełomowe.

A.T.: Co ciekawe, byliśmy też świadkami dowożenia ludzi autokarami na spotkanie z papieżem! Być może spowodowane to było tym, że Kuba nie jest dużym państwem i władze chciały, by na spotkaniu z Papieżem były tłumy. Ale wyglądało to bardzo interesująco – autobusy oznaczone były naklejkami z nazwą sektorów i dosłownie dowoziły ludzi w miejsca, gdzie było mało wiernych.

P.M.: Na pewno to nie był przymus. Ci ludzie zdawali sobie sprawę, że biorą udział w przygotowanym na potrzeby telewizji i Papieża przedstawieniu, ale dzięki temu mieli niepowtarzalną okazję, żeby wszystko oglądać z bliska. Poza tym, mam wątpliwości, czy gdziekolwiek na świecie, podczas podobnych wydarzeń, można mówić o spontaniczności.

Czytaj najnowsze wydania Res Publiki: o wychowaniu do innowacyjności, o potrzebie mocy i o radykalizmie miejskim. Wszystkie dostępne są na stronie naszej księgarni

3-okladki-jesien-20151-474x237

Powrót do religii

To dość osobliwe, że Papież odwiedza kraj o deklaratywnie negatywnym nastawieniu wobec religii. Czy Kubańczycy są zatem wierzący?
A.T.: Kubańczycy są wierzący, ale ich katolicyzm ma szczególny wymiar. Kuba to takie magiczne państwo, które jest mieszanką wybuchową. To miejsce, w którym krzyżuje się kultura karaibska – bardzo seksualna, wyzwolona – z państwem reżimowym, które kontrolować chce każdego, zawsze i wszędzie.

P.M.: Wizyta Papieża mogła mieć duże znaczenie nie dla kraju jako całości, ale dla pojedynczych Kubańczyków. Przez lata rządów braci Castro społeczeństwo laicyzowało się. Pielgrzymka to moment na odnowienie wiary, która nie jest już tak ważna dla młodych ludzi. Spotkanie z Franciszkiem było też ważne dla Raula i Fidela, którzy chodzili do katolickich szkół. Niedawno pojawiła się wzmianka w prasie, że Raul jest podbudowany postawą Franciszka, bacznie przygląda się jego działaniom i nie wyklucza powrotu do wiary i Kościoła.
W Polsce mówiło się, że spotkanie Franciszek-bracia Castro jest podobne do spotkania Jana Pawła II z Gorbaczowem. To porównanie na wyrost, katolicyzm na Kubie ma zupełnie inny charakter. Moim zdaniem w kubańskich przemianach to internet odegra kluczową rolę.

A.T.: To, co mnie zafascynowało, to widok kobiet czekających na Papieża Franciszka, ubranych w czerwone sukienki z głębokimi dekoltami. Przypomniałam sobie wtedy o europejskich normach – np. o konieczności zasłaniania ramion w kościołach, nie mówiąc już o wystawionym na widok biuście…

P.M.: Sam Papież traktowany był jak gwiazda rocka, ludzie wyszarpywali sobie plakaty i ulotki z jego wizerunkiem. Kobiety w wałkach na głowach kłóciły się o lepsze miejsce przy barierce.

_DSC7335

Internet czy kapitalizm

Mówicie, że to ostatnie dni Kuby, jaką znamy z przekazów medialnych, opowieści znajomych, książek podróżniczych i innych relacji. Czy faktycznie zmiana stosunków dyplomatycznych ze światem zachodnim zmieniła Kubę w znacznym stopniu?
A.T.: Przyczyn jest kilka. Ja skupiłabym się przede wszystkim na tym, w jaki sposób wyspę zmienia dostęp do internetu. To coś niesamowitego – na Kubie ma właśnie miejsce prawdziwa rewolucja internetowa. Od niedawna funkcjonują tam miejsca, w których po raz pierwszy można z internetu skorzystać. Oczywiście nie jest on jeszcze darmowy – tylko, jak na Kubę przystało – na kartki.

P.M.: : Internet uczy Kubańczyków zasad wolnego rynku, kreatywności i konkurencyjności. Kod dostępu do sieci, 2 euro za godzinę, można kupić tylko u operatora z rządowym pozwoleniem – teoretycznie. W praktyce karty dostępu – tarjetas – kupuje się u koników, 3 euro za godzinę – dla swoich, ale nawet 5 euro dla niezorientowanych turystów. Bardziej przedsiębiorczy zarabiają więcej za mniej: kupują jedną kartę za 2 euro, przychodzą na plac ze swoim laptopem, agregatem, anteną wzmacniającą sygnał i tworzą podsieć z własnym hasłem. W ciągu godziny sprzedają za 1 euro dostęp do sieci nawet kilkunastu osobom.

Bliżej ludzi i wydarzeń

Skąd się wziął pomysł na projekt Reporterzy Samozwańcy? Na co dzień pracujecie w mediach, ale mimo tego próbujecie z pracy za kamerą i aparatem fotograficznym wycisnąć więcej.

RepSam
A.T.: Mieliśmy marzenie, żeby stworzyć coś swojego, od samego początku według naszych zasad. Wszystko z miłości do obrazu, filmu, słowa.

P.M.: Jeździmy, żeby pobyć z ludźmi, zobaczyć, jak żyją, co mówią, czym się cieszą, o co się martwią. W mediach rzadko jest na to czas. My staramy się zatrzymać na dłużej, później dzielimy się tymi historiami.

Skąd w Was ta chęć zwolnienia trybu?
A.T.: Na co dzień pracujemy „w newsach” i to też daje wiele satysfakcji, ale potrzebowaliśmy oddechu od szybkiej informacji. Chcieliśmy, żeby te historie były mniej newsowe, a bardziej dokumentalne i reportażowe.

To Wasz powrót do korzeni dziennikarstwa i początków reportażu?
A.T.: Staramy się uciekać od kategoryzowania tego, co robimy. Jedziemy w dane miejsce. Znajdujemy temat. Opowiadamy go w internecie. Wywołujemy dyskusję. Słuchamy.

Brian Dam: Staramy się wykorzystywać możliwości, jakie dają media cyfrowe i nie mam tu na myśli wyłącznie mediów społecznościowych. Internet ma globalny zasięg, koszty publikacji są znikome. Kreatywne możliwości są nieograniczone, a że posiadamy doświadczenie w różnych dziedzinach, jesteśmy w stanie tworzyć i eksperymentować z nowymi formami. Śledzimy, co robią w internecie największe światowe redakcje i dochodzimy do wniosku, że mimo różnic finansowych i zasobów ludzkich, jakie nas dzielą, wszyscy razem uczymy się nowego języka. Chcemy opowiadać świat chociażby dzięki reportażowi multimedialnemu. To połączenie tekstu, dźwięku i obrazu. Cały czas próbujemy, bo w mediach cyfrowych liczy się wyłącznie kreatywność, której nie da się kupić.

fot. Reporterzy Samozwańcy / www.reporterzysamozwancy.pl

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa