FUKSIEWICZ: Region nie chce Trójmorza

Dopóki Trójmorze będzie synonimem propagandowej antyniemieckiej i antyeuropejskiej inicjatywy, nie będzie traktowane poważnie przez partnerów z regionu, a przez Zachód będzie przyjmowane z niechęcią


Najbliższy szczyt Trójmorza w Warszawie pewnie zostanie odtrąbiony jako sukces, bo poza Donaldem Trumpem stawi się na nim wielu przywódców z Europy Środkowo-Wschodniej. Nic dziwnego. Niewielu jest prezydentów w regionie, którzy mogą sobie pozwolić na rezygnację ze spotkania z nowym prezydentem USA. Pytanie tylko, czy rzeczywiście świadczy to o atrakcyjności samej inicjatywy Trójmorza.

„Gazeta Wyborcza” donosiła ostatnio, że z inicjatywy wypisują się Czesi. Nie tylko oni. Do Warszawy nie wybiera się też prezydent Austrii. Również dla innych państw udział w warszawskim spotkaniu jest mało komfortowy, bo nie chcą zapisywać się do sojuszu, który postrzegają jako budowanie przeciwwagi dla Niemiec i to pod antybrukselskimi sztandarami. Oprócz Pragi sceptyczne komentarze można usłyszeć np. w Bratysławie, a w pierwszym szczycie Trójmorza w Dubroniku tylko połowa krajów była reprezentowana przez prezydentów, reszta przez ministrów lub nawet wiceministrów.

Co ciekawe, również na Węgrzech, które są głównym europejskim sojusznikiem rządu PiS, pomysł budzi mieszane uczucia. Chociaż dla Budapesztu antybrukselski wydźwięk inicjatywy mógłby być kuszący, węgierscy dyplomaci mówią, że inicjatywa niepotrzebnie osłabia Grupę Wyszehradzką (współpraca Polski, Czech, Słowacji i Węgier), która jest dla nich priorytetem. To z nią wiążą zdecydowanie większe nadzieje w ważnych dla nich tematach – polityce migracyjnej UE, bezpieczeństwie czy negocjacjach budżetowych w UE.

Krytyczne głosy płyną też z państw bałtyckich. Sporo nas łączy: wspólne spojrzenie na Rosję, współpraca w energetyce czy zwiększaniu obecności NATO w regionie. Bez względu jednak na to, jak ważnym partnerem jest dla nich Polska, zawsze ważniejsze będą Niemcy. Nikt nie ma ochoty na awanturę czy choćby ochłodzenie relacji z nimi. Zmiany polityczne w Warszawie odbierane są w krajach sąsiedzkich ze zdziwieniem i niechęcią, bo psują opinię całemu regionowi. „Na nas nie liczcie. Nie zapisujemy się do koalicji dyktatorów” – mówił mi jeden z ekspertów zajmujących się polityką zagraniczną w krajach bałtyckich. W Słowacji eksperci argumentują podobnie: „Nikt nie będzie umierał za Kaczyńskiego”.

Sama Grupa Wyszehradzka ma fatalny wizerunek w Europie, bo stała się głównym punktem oporu przeciw relokacjom uchodźców w ramach UE. Kolejno promowane przez dyplomacje tych państw hasła o „elastycznej solidarności” czy „efektywnej solidarności” zostały nie bez racji odczytane jako zwykły brak solidarności i to okazywany przez państwa, które dotychczas – zwłaszcza jeśli chodzi o fundusze unijne – najbardziej się tej solidarności domagały i na niej korzystały. Jednocześnie poza rzeczonymi uchodźcami niewiele nas obecnie łączy, a Grupa Wyszehradzka, określana w nomenklaturze anglojęzycznej „V4”, bywa obecnie nazywana „V2+2”. Z jednej strony mamy bowiem wojujące z Brukselą Polskę i Węgry, a drugiej – dystansujące się od nich Czechy i Słowację.

W Czechach w październiku odbędą się wybory parlamentarne, które najprawdopodobniej wygra partia ANO i jej lider Andrej Babiš, który jest czeską wersją Donalda Trumpa. Multimilioner, właściciel m.in. mediów, który stanowiska w partii obsadził swoimi współpracownikami biznesowymi, jest populistą, ale zdaniem czeskich ekspertów nie dołączy do antyeuropejskiego tandemu Victora Orbana i Jarosława Kaczyńskiego. Jest bowiem pragmatykiem bez ideologicznego podejścia do polityki, który sprawami europejskimi raczej się nie interesuje, i który nie będzie niepotrzebnie psuł stosunków z Niemcami.

Trójmorze jako nieformalna regionalna współpraca nie jest skazana na porażkę. Takie regionalne platformy działają w ramach Beneluksu, Skandynawii czy państw bałtyckich. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby również państwa Europy Środkowo-Wschodniej mające w UE częściowo wspólne interesy np. w dziedzinie polityki spójności, konsultowały i koordynowały swoje działania w UE. Dopóki jednak Trójmorze będzie miało konotacje antyniemieckiej i antyeuropejskiej inicjatywy o charakterze propagandowym, nie będzie traktowane poważnie przez partnerów z regionu, a przez Zachód będzie przyjmowane z niechęcią.

Dla przyszłości samej inicjatywy lepiej byłoby zaprosić do Warszawy nie światowego lidera populistów Donalda Trumpa, ale po prostu przewodniczącego Komisji Europejskiej czy też nowego prezydenta Francji (co byłoby krokiem z stronę odbudowy stosunków polsko-francuskich). Jako obserwator w inicjatywie mógłby uczestniczyć przedstawiciel Niemiec – zwłaszcza teraz, kiedy Berlin przewodniczy G20 i dzień po spotkaniu Trójmorza w Polsce organizuje szczyt tej inicjatywy w Hamburgu. Warszawa, jako współinicjator i promotor takiej otwartej grupy, mogłaby wówczas aspirować do roli prawdziwego lidera regionu, który nie jak obecnie stara się go wykorzystywać do swoich celów politycznych, ale reprezentuje jego wspólnie uzgodnione interesy.

Zaproszenia skierowano jednak nie do Macrona, Junkera i Tuska, ale do trzech unijnych komisarzy, a podpisał je nawet nie prezydent Andrzej Duda, tylko jego minister Krzysztof Szczerski. I to jest najlepsze podsumowanie tej inicjatywy.

Aleksander Fuksiewicz – analityk w programie europejskim Instytutu Spraw Publicznych. Absolwent stosunków międzynarodowych w Collegium Civitas w Warszawie i europeistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa